Grzyby Siemiona...

Trochę lasactwo, trochę skauting z domieszką traperki, nieco survivalu, sporo demobilu, a ogólnie radosne piknikowanie w terenie bez... obrusa.

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Grzyby Siemiona...

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 11 sie 2011, 13:08

Grzyby Siemiona(*)
Kiedy się mieszka w sporym mieście, w dodatku daleko od gór, lasów, rzek i jezior, a przychodzą marne jesienne pogody, człowiek zaczyna łazić po różnych forach turystycznych i... "włóczykiić po ekranie". No, może nie każdy człowiek, ale ci bardziej potrąceni szajbą łazęgowania i w internecie nieco choćby kumaci tak zazwyczaj robią. Ja w każdym razie tak właśnie zagłuszam własną tęsknicę górską...

Jakoś ponad rok temu na którymś forum - nazwę zmilczę(**) - przeczytałem peanik - autorkę i jej nick zostawię w spokoju - na temat fenomenalnej jej zdaniem książki-podręcznika robienia pożywienia z roślin rosnących w kraju dziko, a jadalnych. No, fajna sprawa! Wreszcie! Ileż to razy tylko brak zapasów prowiantu zganiał mnie z połonin czy dolin tatrzańskich? I trzeba było potem te zakupy tam wtargać! Teraz wreszcie będzie na to jakaś rada... sobie pomyślałem i zanabyłem drogą kupna w internecie zachwalaną książkę: "Dzikie rośliny jadalne... - przewodnik survivalowy" - autora pominę...
Po kilku dniach książka dotarła do mnie pocztą i natychmiast zacząłem ją czytać... Wierzgło mnie szczęście: miałem w rękach wydanie drugie i to poszerzone!
No, przewodnikiem nazywać się tego nie powinno w żadnym razie, bo najpierw trzeba by te różne zielska umieć w terenie rozpoznać, a ilustracji... kiepskich zresztą jest tam nomen omen... na lekarstwo. Nic to, pomyślałem - wszak fotki można znaleźć w internecie, a do lasu, by porównać wygląd konkretnego zielska można zabrać laptopa, a jeszcze lepiej... tablet. Survival survivalem, metody pierwotne... jak najbardziej, ale nowoczesność trza zachować w domu i... w zagrodzie!
Gdzieś tak krótko po połowie lektury trafiłem na określany przez autora jako przebój jego warsztatów autorskich przepis na zupę z pędów pałki. No, tego to na pewno nie pomylę, mi zaświtało, ale na wszelki wypadek jeszcze poszperałem po Googlach, pooglądałem zdjęcia, co by się nie pomylić. Wszak być może istnieje coś podobnego, a trującego? Tfu, tfu, tfu...!
A, że pora roku akurat była stosowna, pojechałem nad nie za bardzo odległe jezioro i naciąłem(***) co trzeba w ilości stosownej. Że był tego cały ciężki snop do przerobienia na porcję dla dwóch osób, to frajer - samochodem to jakoś dowiozłem do domu i zabrałem się za pichcenie dokładnie według przepisu autora. Że odpadów powstał prawie cały tygodniowy kubeł na śmieci... ? Też nie problem - w tak zwanym terenie nikt się takimi szczegółami przejmował nie będzie... Aczkolwiek, robi się u nas ostatnio dość "ciasno" w swawoli biwakujących gdzie popadnie...

[ img ]

Swoją drogą... kostka rosołowa w takiej survivalowej zupie...? No, nic - kazali, to dodałem! Wreszcie strawa była gotowa. Zaprosiłem więc My First Lady na rewelacyjny, ponoć przebojowy posiłek... jak dosłownie, czarno na białym twierdził autor książczyny.
Po pierwszych łyżkach obydwoje jednocześnie i nad wyraz zgodnie wspomnieliśmy kultowy ongiś film "Barwy walki" i przebojową w nim scenę z Wojciechem Siemionem oraz menażką potrawy grzybowej... Przeprosiłem więc damę serca i... pojechaliśmy do restauracji. Nic to - pomyślałem, że może ja coś schrzaniłem, jako że za dużej wprawy w działalnościach kulinarnych nie mam, albo może jezioro zanieczyszczone... Na wszelki wypadek przeprosiny wzmocniłem sporym bukietem kwiatów - jakoś mnie nie rzuciła...
Minął rok, a ja znów z tą samą MFL, w długi weekend majowy wylądowaliśmy nad przecudnej urody jeziorkiem tak daleko od cywilizacji, że jedyne zanieczyszczenie wody mogło pochodzić z... naszych w nim kąpieli. Jakoś tak z przekory namówiłem towarzyszkę, by tym razem ona sama przygotowała ową przebojową zupę z pędów pałki. Dała się namówić! Ileż w końcu można znieść leżenia bykiem na leśnej polance nad jeziorem...?
W mojej propozycji była ukryta jeszcze jedna myśl. Otóż, kupiłem nieco wcześniej bardzo zgrabny nóż, taki specjalny... "do lasu", no... cudeńko, a już trzeci dzień byliśmy w lesie i mój nabytek jeszcze do niczego się nie przydał. Nawet nie został przypięty do paska!
Narżnąłem więc tym ekstra nożem stosowny snop pałki, wpław - łódki nie mieliśmy - dociągnąłem pływający tłumok do naszej łączki i przerobiłem na czyściuteńki wsad do kociołka. Znów uroczyście usiedliśmy, ale tym razem na pociachranych ścinkach pałki, po turecku, nad biwakowymi kubkami... Łyżki w dłoń! I znów... grzyby Siemiona!
Qurna! Może i kiedyś ludziska to żarli z głodu, a braku innych możliwości? Może tam jakieś wartości odżywcze są, ale jeśli chodzi o smak, to ja serdecznie wszystkim radzę: szukajcie go gdzie indziej!

(*) Tekst ten ukaże się drukiem w trzecim tomiku moich opowiadań. Pod wskazanym linkiem jest jeszcze kilka innych opowiadań do tego tomiku w stanie... "warsztatowym". Upsss...!
(**) Przepraszam ale mam alergię na wszelką reklamę - tę "anty" także!
(***) Nie zrobiłem tego, ale tak po prawdzie, to należało by spytać wpierw właściciela, czy pozwoli na "wycinkę". Kłopot główny w tym, że trzeba by najpierw wiedzieć... kogo spytać?
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10918
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Grzyby Siemiona...

Postprzez zbigi » Cz, 3 sie 2017, 22:26

W palce wodnej jadalne są kłącza, a nie pędy. Wyrywa się je z dna jeziora w postaci długich węży. Jadalne jest zwykle 20-40 cm najmłodszego kłącza. Starsze jest wyraźnie łykowate. W smaku przypomina coś pośredniego między głąbem sałaty a młodymi kaczanami kukurydzy. Jadłem osobiście.
zbigi
 

Re: Grzyby Siemiona...

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 3 sie 2017, 22:58

zbigi napisał(a):W palce wodnej jadalne są kłącza, a nie pędy. Wyrywa się je z dna jeziora w postaci długich węży. Jadalne jest zwykle 20-40 cm najmłodszego kłącza. Starsze jest wyraźnie łykowate. W smaku przypomina coś pośredniego między głąbem sałaty a młodymi kaczanami kukurydzy. Jadłem osobiście.

Nosz... qrna mać! Może coś pochrzaniłem...!
Książka stoi na półce... pod samym sufitem wprawdzie, ale mimo wszystko nie wywaliłem... jeszcze.
Zdjąłem z półki, nawet było założone i czytam na stronie 157:
Łukasz Łuczaj "Dzikie rośliny jadalne Polski Przewodnik survivalowy napisał(a):ZUPA Z PĘDÓW PAŁKI
Przebój numer jeden moich warsztatów w Zawadce Rymanowskiej.
Smaczne są jedynie młode pędy wysokości 20-100 cm, zbierane od kwietnia do początku czerwca...

Na tylnej okładce książki autor pisze o sobie, że jest botanikiem...
Daj mu Boże zdrowie, bo na cokolwiek innego to za późno jednak.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10918
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Puszczaństwo

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość