Mgła pod Słoniem

Opowiadania turystyczne

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Mgła pod Słoniem

Postprzez Zygmunt Skibicki » So, 12 lis 2011, 22:31

Mgła pod Słoniem

Już ponad dobę utrzymywała się iście sztormowa pogoda. Solidny, acz na szczęście w miarę równy wiatr niósł nad głowami setki ton rozpylonej wody. Mokre płótna wzdęte jego mocą błyszczały niesympatycznie. Napięte chyba do granic wytrzymałości linki wspieraliśmy przerażonym wzrokiem. Strach pomyśleć, co by było, gdyby choć jedna puściła. Trzymające to wszystko w górze maszty pochylały się groźnie w jedną to w drugą stronę. Wewnątrz wszystko było wilgotne. Ciuchy, posłania nawet skromne sprzęty były w dotyku mokre i zimne. Na zewnątrz wychodziliśmy tylko z konieczności.
Noc spędziliśmy na czuwaniu, bo co chwila zdawało się, że nasza przyszłość zbliża się do ostatecznego i gwałtownego końca. Za dnia wiatr nieco osłabł, a może po prostu nocą robił większe wrażenie. W każdym razie drzemaliśmy nieco na przemian. Nie mieliśmy radia, więc nawet nie docierały do nas, być może optymistyczne prognozy.
W ograniczonej przestrzeni zabijaliśmy kolejne godziny. Nawet przygotowanie posiłków było w tej sytuacji atrakcją. Wreszcie Jagoda wpadła na pomysł zrobienia zapiekanek na chlebie. Zabrała się z zapałem do skomplikowanego w tych warunkach przedsięwzięcia. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że za chwilę kolejny podmuch wiatru może umieścić nas w całkowitym niebycie. A może czując małą swą przydatność w naszych zabiegach o przetrwanie, chciała urozmaicić proste z konieczności posiłki.
Jakby nie było, wokół szalały żywioły, a ona jak na pikniku z denkiem menażki w ręce, pochylona nad niebieskawym palnikiem, układała coś tam na kolejnych kromkach. Wyszedłem na zewnętrz. Od północnego wschodu wiało nadal i nic nie pozwalało mieć nadziei na rychłą zmianę. Świat wokół był zalepiony mgłą, tak jakby go w ogóle nie było. Duże... za duże płótna opierały się kolejnym falom napierającego wiatru. Przez przełęcze, grzbiety i doliny Bieszczadów przewalał się z ogromną siłą wielki front atmosferyczny.
Przyszliśmy tu dwa dni temu. Od Stuposian przez Tarnawę i dalej szczerym lasem dotarliśmy wreszcie na wysokie połoniny Halicza. Zdobywanie wysokości w bieszczadzkim lesie ma swój niepowtarzalny urok. Pod nogami wieloletnie warstwy butwiejącego listowia, gałęzi i rozpadających się pni. Nigdy nie wiadomo, czy to na czym stawia się nogę nie pojedzie kilka metrów w dół do najbliższego drzewa. Mocna laska jest tu nieodzowna. Ciężkie plecaki gniotły dotkliwie.
Dopiero na zwartej, nieprzetartej połoninie doceniliśmy ich zalety. Dociążeni ich ładunkiem przebijaliśmy nogami ogromne kępy traw, jagód i wszelkiego innego zieliwa za każdym stąpnięciem aż do ziemi.
Chodzenie tu na lekko byłoby bardzo nieprzyjemne i chyba nawet niebezpieczne. Podchodząc od południowego wschodu obeszliśmy Słonia i między nim a Haliczem na maleńkiej przełęczy postawiliśmy nasz trzyosobowy nizinny namiot z obszernym przedsionkiem. Nie nadawał się za bardzo na górską wędrówkę, ale innego nie mieliśmy.
Cieszyliśmy się na tą wyprawę od dawna, więc taki drobiazg jak nieodpowiedni namiot, nie był w stanie nam przeszkodzić. Zresztą młode plecy taszczyły wtedy i tak masę niepotrzebnych rzeczy. Mordercza wspinaczka leśnymi bezdrożami została nagrodzona.
Wokół morze rozkołysanych traw. Było już dość późno, więc na widocznym z naszego biwaku szczycie Halicza nie było nikogo. Postawiliśmy namiot tyłem do wiatru i szybko poszliśmy spać.
Po wspaniałej nocy nastał piękny, słoneczny dzień. Bez pośpiechu zjedliśmy śniadanie i na lekko wybraliśmy się na wycieczkę. Na Haliczu nie było jeszcze nikogo. Nawet najbardziej ambitni turyści docierają tu z Ustrzyk dużo później. Widoki były doprawdy wspaniałe. Nawet odległe ukraińskie szczyty były dobrze widoczne. Wybujałe połoniny Kińczyka, Rozsypańca, Tarnicy, Krzemienia, Kopy i samego Halicza poruszane wiatrem falowały łagodnie. Rozłożyste profile Szerokiego, zamglona Caryńska i niepozorny Otryt wyrównywały linię horyzontu. Można było tam siedzieć bez końca.
Poszliśmy jednak dalej. Dzień w górach rozpoczęty na podszczytowych polanach ma swój niepowtarzalny urok. Bez porannego męczącego nabierania wysokości można zupełnie inaczej chłonąć widoki i płynące stąd wrażenia. Kluczyliśmy niespiesznie pomiędzy skałkami Krzemienia i dopiero siedząc nad „windą" na jego końcu dostrzegliśmy pierwszych ludzi na Szerokim Wierchu.
Oczywiście w goprówce na dole siodła byli z pewnością dyżurni, ale oni byli dla nas stałym elementem gór, tak jakby byli częścią ich natury. Pod Tarnicą było już gęsto, więc mimio urokliwych widoków szybko zeszliśmy do siodła.
Trawersując potem dolne stoki Krzemienia przysiedliśmy przy źródełku. Zjedliśmy jakieś kanapki i leniwie grzaliśmy się w słońcu. Poprzedni dzień był wybitnie transportowy i należał się nam solidny wypoczynek.
W pewnej chwili dostrzegliśmy dość nietypową trójkę turystów. On – czterdziestoletni urzędnik znaczącego chyba szczebla, ona – trzydziestkapiątka z twarzą znudzoną prowadzeniem domu i tworzeniem towarzyskich podstaw kariery męża. Za nimi ze zwieszoną głową setnie znudzony nastolatek, który pewnie za karę szedł w góry. Ona ciężko utykała i rozwlekle tłumaczyła chyba mężowi, że gdyby nie coś tam, to nie obtarłaby sobie pięty. To coś tam było zapewne jego winą, bo cicho się tłumaczył, co oczywiście tylko podsycało kolejne pretensje. Wreszczie facet nie strzymał i pełnym głosem, a było czego słuchać, wypalił:
– Przecie jakby my pojechali do ty Bułgarii, to byś nogi nie otarła. A ty tylko góry i góry.
– Właśnie! – dodało wyrośnięte dziecię.
Parsknęliśmy nieopatrznie śmiechem i niestety dalsza część ciekawej dyskusji odbyła się poza naszą słyszalnością.
Poszliśmy dalej, ale na szlaku robiło się coraz tłoczniej. Mijając ostatnie skałki Krzemienia skręciłem więc pod Kopę. Tu nie było nikogo. Weszliśmy na szczyt i stąd oglądaliśmy kolejną panoramę tego dnia. To dziwne, ale te szczyty leżąc tak blisko siebie dają tak odmienne panoramy. Szczególnie w stronę Szerokiego Wierchu widok z Kopy jest skrajnie inny. Jakby brakowało ogromnej przestrzeni oddzielającej Krzemień od Szerokiego. Siedzieliśmy tam tak długo, że dopiero głód wygonił nas do pobliskiego przecież biwaku. Namiot zastaliśmy oczywiście nienaruszony. Niech bym tak zostawił namiot bez opieki gdzieś nad morzem, albo na Mazurach. Szkoda nawet wracać.
To właśnie wtedy, podczas pichcenia gorącej kolacji pogoda zaczęła się psuć. Ciężkie chmury zwartą powłoką nadciągały od Otrytu. Od razu było widać, że nie będzie to przelotny deszcz. Zaczęło też wiać. Po kolacji, w już nadchodzącym wraz z mżawką zmroku robiliśmy z karłowatej buczyny dodatkowe śledzie i zakładaliśmy dodatkowe linki do namiotu. Wiatr wzmagał się i duże powłoki namiotu wydymały się jak żagle.
Pierwsza usłyszała ich Jagoda. Wyczulone uszy muzyka wydobyły z poświstów wiatru słaby dźwięk gwizdka. Po chwili ja też usłyszałem odległy gwizd. Złapałem latarkę i gwizdek już licząc sekundy. Raz było pięć, raz piętnaście to znowu ponad minutę. Jednocześnie zapaliłem latarkę i zagwizdałem. Odczekałem dwadzieścia sekund i znów to samo. Gwizdki ucichły. Zacząłem się już zbierać do dalszego wyjścia, bo w tej okolicy byliśmy chyba jedynymi, którzy mogli udzielić pomocy, gdy gwizdek rozległ się tuż koło namiotu i usłyszałem głosy. Było ich dwóch.
Dostrzegli oświetlony od środka namiot i przyszli do nas. Byli nieco zdziwieni, gdy pytałem kto wzywał pomocy. Oni szli po ciemku i gwizdkami sprawdzali czy za bardzo się od siebie nie oddalają. O tym, że gwizdek w górach służy tylko do wzywania pomocy, chyba nie wiedzieli.
Zresztą prezentowali się dość oryginalnie. Maleńkie plecaczki typu „cielak" nawet nie były zbyt wypchane. Obydwaj na nogach mieli trampki. Kiedy spytałem o ich namiot, okazało się, że mają ceratowy obrus i jeden koc. Na dodatek oświadczyli, że idą na trzy dni do Worka, a tak w ogóle to znają tutaj każdy kamień.
Kiedy okazało się jednak, że są pod Słoniem a nie jak sądzili na Rozsypańcu, zaproponowaliśmy im nocleg u nas. Zważywszy na psującą się pogodę namiot był z pewnością lepszym rozwiązaniem niż ich cerata. Zresztą pewnie i tak nocą zbyt daleko już nie pójdą. Stanowczo jednak odmówili i dopiwszy herbaty poszli beztrosko dalej posługując się gwizdkami.
Dalsze wydarzenia tej nocy nie pozwalały nam myśleć o dwóch szalonych wyrypiarzach. Sakramencki wiatr kazał nam zająć się wyłącznie naszymi sprawami. Kilka razy silne jego podmuchy idąc jakby od dołu po stromo nachylonym stoku wcisnęły się pod podłogę. Latające dywany wolę jednak wyłącznie w arabskich baśniach. Strach, że wiatr wyrwie śledzie i miotnie nami w dolinę nie dawał nam zasnąć. Dodatkowe odciągi robiłem z wszystkiego co tylko się do tego nadawało. Siedziałem do rana oparty o maszt namiotu i każde jego pochylenie budziło mnie z chwilowej drzemki. Marna to była noc.
Po obiedzie skończył się zapas wody. Zebrałem więc wszystkie pojemniki i menażki i zszedłem do pobliskiego źródełka. Ot wszystkiego ze dwieście metrów po łagodnym stoku. Przez chwilę mgła jakby przejaśniała. Podchodziłem jednak znów w zupełnym mleku. Stok wznosił się a boczne stromizny sprowadzały mnie na właściwą drogę. Wyszedłem już chyba na przełęcz, bo grunt pod nogami zaczął opadać. Zawróciłem, ale namiotu nie było. Poszedłem w lewo – stok zaczął się wznosić. Znów zawróciłem parę kroków. Znów stromizna. Co jest? Przecież ta przełęcz ma tylko kilkanaście metrów, a kobylasty namiot otoczony linkami zajmował ponad połowę wolnej przestrzeni.
Bezradnie dreptałem to w jedną, to w drugą stronę. Nie wiem, jak długo to trwało, ale solidnie się zdenerwowałem. Już zamierzałem krzyczeć, gdy dosłyszałem znajomy gwizd eklera. Obejrzałem się. W rozchylonym wejściu namiotu, trzy metry ode mnie stała Jagoda. Tuż obok mojego buta tkwił w ziemi śledź.
– Co tak długo?
Miałem tej mgły dość. Postanowiliśmy, że następnego dnia rano schodzimy do Ustrzyk. Nawet w takiej mgle ścieżki na połoninach nie są groźne gdy zna się wszystkie skrzyżowania szlaków. Wysokie kępy traw po prostu nie pozwolą zgubić szlaku. Liczyłem na to, że w lesie za Szerokim Wierchem mgła będzie rzadsza.
Właśnie robiliśmy wczesną kolację, gdy znowu rozległy się obok nas te idiotyczne gwizdki. Zanim znalazłem swój gwizdek, byli przy namiocie.
Tylko dobę się nie widzieliśmy, a wyglądali jakby im przybyło po parę lat. Kompletnie przemoczeni, poszarzali na twarzach i lekko dygocący weszli do środka. Widząc ich, Jagoda zalała wrzątkiem kostki z rosołem. Parząc się chlipali chciwie cienki rosołek przez dłuższą chwilę. Potem zaczęli opowiadać. Szło im to nieskładnie. Wzajemnie poprawiali swoje relacje. Momentami miałem wrażenie, że opowiadają nam przeżycia z dwóch różnych eskapad. Widać było, że mocne przeżycia jeszcze w nich pulsują, jeszcze nie nabrali do nich dystansu. W opowieściach padły chyba wszystkie nazwy z mapy worka – od Beniowej, aż po Tarnawę. Zlazłem to wielokrotnie i zorientowałem się natychmiast, że w topografii Bieszczadów byli po prostu zieloniutcy jak wiosenna trawa.
Tamtą noc spędzili w głębokim lesie. Przemokli dokumentnie łącznie z gratami. Rozpaćkany chleb zostawili i poszli dalej. Wyszli na jakieś łąki, ale zważywszy fatalną widoczność nie byli w stanie nic o nich pewnego powiedzieć. Jakoś przesadnie określali stromizny tych łąk. Być może wyleźli na jeden z licznych jęzorów połonin.
Na otwartej przestrzeni wiatr wyziębiał ich mokre ubrania, a suchych oczywiście nie mieli. Rozmoczone zapałki nie dawały się zapalić, więc i o ognisku nie mogli marzyć. Zupełnie niespodziewanie natknęli się na nasz namiot, chociaż spodziewali się dojść do bacówki na Tarnawie.
Moim zdaniem zwyczajnie błądzili. Nie widziałem jednak powodu, żeby im to uzmysławiać, bo dalej twierdzili, że znaja tu przecież każdy kamień. Oczywiście zaproponowaliśmy nocleg w naszym wątłym domostwie, ale znów zdecydowanie odmówili. Chcąc – nie chcąc opisałem dokładnie wszystkie krzyżówki ścieżek aż do Szerokiego Wierchu.
Radziłem, by nocowali w goprówce. Zjedli, wypili jeszcze po herbacie i wprowadzeni na ścieżkę pod Halicz poszli. Daliśmy im paczkę zapałek i kilka papierosów na drogę. Cóż więcej mogliśmy zrobić?
Kolejna noc była znacznie spokojniejsza, choć mgła nie ustąpiła, a wiatr dalej pochylał maszty. Kiedy rano składałem namiot „od środka", po wyjęciu sypialni i tylnego masztu, tropik ani myślał opaść i wydymał się jakby z przyzwyczajenia. Pożegnaliśmy „wielce atrakcyjną” przełęcz i wolniutko podchodziliśmy w stronę Halicza.
Po zaledwie setce metrów tuż obok ścieżki ujrzeliśmy wygniecioną trawę, jakieś papierki i nadpalone pudełko po zapałkach. Takie zapałki daliśmy naszym przygodnym znajomym, więc to pewnie oni tu biwakowali. Coraz gorsze przypuszczenia towarzyszyły nam w dalszej wędrówce.
Na Haliczu zrobiło się już znośnie. Widać było nawet Tarnicę. Pogoda wyraźnie poprawiała się. Wypatrywaliśmy pomarańczowego namiotu goprówki, ale zasłaniał go las. Dopiero po zejściu na trawers Krzemienia wypatrzyliśmy w snujących się dołem oparach resztki z wielkiej goprowskiej flagi. Maszt wytrzymał, ale został na nim jedynie maleńki skrawek białego stilonu. Ogromniasty niebieski krzyż wraz z resztą flagi widocznie odfrunął sobie w bliżej nieokreśloną dal.
Zeszliśmy do nich zapytać, czy nie widzieli naszych dwóch zjaw. Jakoż i zastaliśmy ich tam. Tyle, że trudno było ich poznać. Twarze wczorajszego wieczora szare, dziś były zielono fioletowe. Zawinięci w goprowskie koce trzęśli się malarycznie. Kliniczny przypadek hipotermii.
Ratownicy karmili ich czymś gorącym. Karmili dosłownie, bo żaden nie był w stanie utrzymać łyżki. Niemal tulili się do rozgrzanego żeliwnego piecyka. Z ich kolejnych oderwanych od realiów, ale tym razem już bardziej zgodnych opowieści wynikało, że aż do siodła między Tarnicą a Krzemieniem szli zgodnie z moimi wskazówkami. Tylko w tym miejscu zamiast skręcić w lewo do goprówki odległej o trzysta zaledwie metrów lub, co odradzałem, iść dalej prosto pod Tarnicę, co postanowili... poszli w prawo (!) i rozmoczoną windą wdrapali się na Krzemień.
Dalej poszli tak jak radziłem zachować się w siodle pod Tarnicą – czyli skręcić w prawo, skręcili i jak gdyby nigdy nic... przeszli cały grzebień Krzemienia. Cud boski, że nie pospadali. Dalej, co już było oczywiste, poleźli prosto więc wyszli znów na Halicz.
Tu na szczęście machnęło ich nie pod granicę, a w kierunku naszego namiotu. Tyle, że do niego nie doszli. Nic dziwnego. Po takiej nocnej wyrypie też miałbym dość, może nawet wcześniej niż oni. Przedygotali noc w trawie i nieświadomi naszej bliskości o świtaniu poszli na szczyt „rozejrzeć się". Tam wreszcie połapali się gdzie są i dowlekli się do goprówki.
Z całej tej opowieści wynikało, że popełnili tylko jeden błąd kierunku i to tuż obok miejsca gdzie teraz właśnie siedzieliśmy.
Jeszcze chwilę gadaliśmy z ratownikami, ale nic bardziej sensownego z relacji nocnych wędrowców nie udało się wywnioskować. Nad głowami zrobiło się słonecznie. Wychlastane deszczem trawy szybko parowały.
Na progu Szerokiego Wierchu dopadł nas już normalny sierpniowy upał. Gdyby nie widoczne stąd białe resztki wielkiej flagi – oczywisty dowód niedawnego załamania pogody, trudno byłoby uwierzyć, że tej nocy dwóch ludzi cudem uniknęło śmierci z wychłodzenia – w sierpniu, w Bieszczadach, na wysokości dużo niższej niż schronisko w Morskim Oku.

Jagoda, moja dopiero co poślubiona małżonka pokręciła tylko głową. Chyba zwątpiła, czy właściwego faceta wybrała. Jej ciężki plecak nie poprawiał mojej reputacji z pewnością.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10903
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Mgła pod Słoniem

Postprzez TakiJeden » Pn, 14 lis 2011, 12:24

Miki (w pokoju <Puszczaństwo>) napisał(a): Przeczytałem opowiadanie o zabłąkanych na Słoniu - ci dwaj mieli dość sprzętu, by sobie bezpiecznie i w cieple spędzić tam nockę czy dwie. Zabrakło im wiedzy.


Zatem czekamy na sugestie co twoim zdaniem powinni czynić mając to co mieli, żeby spokojnie i bezpiecznie przeczekać wredną pogodę zamiast idiotycznie narażać się na zamarznięcie w środku lata...

Zygmunt Skibicki napisał(a):Mam zupełnie, ale to kompletnie inne niż Miki zdanie na temat:
Miki napisał(a):ci dwaj mieli dość sprzętu, by sobie bezpiecznie i w cieple spędzić tam nockę czy dwie.

Ale... mówimy chyba o zupełnie nieporównywalnych realiach.


@ Zygmunt & Miki
: Myślę że wasza dyskusja tutaj będzie bardzo ciekawa i pouczająca... Ale myślę że wiedzy i to zupełnie elementarnej w znacznie bardziej zasadniczych sprawach niż sztuka przetrwania nocy bez namiotu, brakowało im już wtedy gdy na tę wyprawę wyruszali...
TakiJeden
 
Posty: 1465
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Re: Mgła pod Słoniem

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 lis 2011, 12:54

Też czekam, bo... nie wiedziałem wtedy i nie wiem dziś.
Moim zdaniem z takim "sprzętem" powinni w ogóle tam nie włazić, a jeśli już głupio i bez żadnych biwakowych umiejętności, co udowodnili, tam wleźli, to czym prędzej... spieprzać, albo przynajmniej przyjąć zaproszenie do pozostania z nami.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10903
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Mgła pod Słoniem

Postprzez Miki » Pn, 14 lis 2011, 13:15

Ależ oczywiste jest, że z ich wiedzą i wyposażeniem nie powinni tam się w ogóle kręcić po zmroku, przyjąć oferowaną gościnę i rano grzecznie zejść z gór. Nie powinni łazić nocą, gwizdać na siebie, zamiast wziąć kawałek sznurka, który by ich łączył i prowadził. Gdybym jakimś cudem w takich okolicznościach się znalazł, jeszcze przed zmrokiem siedziałbym w jakiejś dziurze, owinięty w koc, zasłonięty ową ceratą od wiatru i grzałbym się przy ognisku. Jakby nie było z czego rozpalić ognia, też bym nie zmarzł. Zwłaszcza we dwóch, gdzie jeden drugiego grzeje.
Miki
 
Posty: 85
Dołączył(a): Wt, 1 lis 2011, 02:23
Lokalizacja: Błonie

Re: Mgła pod Słoniem

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 lis 2011, 13:51

Miki napisał(a): zamiast wziąć kawałek sznurka, który by ich łączył i prowadził.

Miki... nie doprowadzaj nas do pustego śmiechu. :biggrin: :biggrin: :biggrin:
Czasem przy komputerach pijemy kawę i... skoda klawiatury.
Byłeś Ty choć raz, choćby tylko latem na połoninie?
Szedłeś nią na skroś...?
Trzymaj się może - dobrze radzę - tej swojej przyszałasowej pionierki, bo w tej dziedzinie pewnie sporo możesz nas nauczyć.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10903
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Mgła pod Słoniem

Postprzez Miki » Pn, 14 lis 2011, 14:28

Jak tam nie było lasu, to i mnie by tam nie było :) Nie pchał bym się na otwartą przestrzeń przy sztormowej pogodzie.
Miki
 
Posty: 85
Dołączył(a): Wt, 1 lis 2011, 02:23
Lokalizacja: Błonie

Re: Mgła pod Słoniem

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 lis 2011, 15:52

Miki napisał(a):Jak tam nie było lasu, to i mnie by tam nie było

Połonina... Rozumiem zatem żeś sobie poteoretyzował... :biggrin:
Miki napisał(a):Nie pchał bym się na otwartą przestrzeń przy sztormowej pogodzie.

I to jest jedyne co powinni tamci młodzieńcy zrobić.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10903
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Lama oraz inne opowieści

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość