"Historia pewnego zimowego podejścia..."

Przygody uczestników forum oraz przez nich... zasłyszane

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

"Historia pewnego zimowego podejścia..."

Postprzez TakiJeden » Pt, 13 paź 2006, 16:27

*
albo jak nie zamarzłem wraz z moim bratem w pewnej górskiej szopie...
...czyli co się wydarzyło, zanim zostałem narciarzem śladowym.

część pierwsza, czyli jak do tego doszło

Przygoda, którą zamierzam tu opowiedzieć, wydarzyła się w czasach dość zamierzchłych. Dość rzec, że autor (czyli ja), który za parę lat będzie świętował półwiecze, odkąd na własne oczy ogłada ten najlepszy, podobno, ze światów, był natenczas młodzieńcem w wieku przedmaturalnym. Ustrój który wówczas panował w naszej Ojczyźnie zwał się "realnym socjalizmem", niepodzielną władzę sprawował tow. Edward Gierek a oświatą zarządzał pan minister Kuberski.
Trzeba rzec że mądry minister edukacji to u nas rzadkość, ale pan Kuberski należał chyba do największych osłów na tym urzędzie. Jak wiadomo Polska jest sporym krajem i obywateli też liczy sobie niemało natomiast gór ma raczej niewiele, a tak się dziwnie składa że na ferie zimowe wszyscy chcą jechać akurat w góry. Tedy, aby ulżyć PKP, które podobnie jak obecnie, podówczas także nie dawały sobie rady ze skutecznym wożeniem ludzi i rzeczy (a po prawdzie to chyba jeszcze bardziej), pan minister wymyślił że w całym kraju ferie w szkołach podstawowych i średnich będą odbywać się w różnych terminach. Dla kolei może to i była ulga, ale dla rodzin, które miały dzieci w różnym wieku poważny kłopot.
Wszelako nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W czasie ferii dla szkół podstawowych, mój Ojciec pojechał z młodszymi dziećmi w Beskid Żywiecki, i wkrótce przysłał wiadomość, że dla mnie i mojego brata, wówczas uczniów liceum, zarezerwował miejsca w schronisku na Rysiance. Przeto dwa tygodnie później, pięknym zimowym przedpołudniem, wysiedliśmy z bratem z autobusu pośrodku wsi zwącej się Złatna...

część druga, czyli jak nie zamarzliśmy w drodze

Nie pamiętam już który z nas wpadł na ten pomysł. Zapewne ja. Ze Złatnej na Rysiankę prowadziły wtedy dwa szlaki, czarny i niebieski. Szlak czarny szedł przez całą wieś, a dalej dość stromo pod górę, prowadziła nim jednak droga, którą do schroniska na Rysiance i położonego w jego bliskim sąsiedztwie schroniska na Hali Lipowskiej dowożono zaopatrzenie, szlak więc był przetarty czy to przez konne sanie, czy to przez terenowe auto, natomiast szlak niebieski wychodził ze środka wsi i łagodnie wznosił się wzdłuż stoku. Czy nie chciało się nam tłuc kawał drogi przez wieś, czy może raczej szarpać się z gratami po stromym podejściu, dość że zdecydowaliśmy się iść niebieskim. Na drogowskazie widniało, że schronisko jest odległe o trzy godziny marszu. Ruszyliśmy zatem w drogę. Kiedy minęliśmy ostatnie chałupy górnych przysiółków i zbliżyli do lasu okazało się, że szlak jest nieprzetarty. Ale co to dla dzielnych, młodych ludzi! Postanowiliśmy brnąć dalej. Jak ten nasz marsz wyglądał?
Kto próbował iść pod górę, dźwigając ciężki sprzęt, w śniegu po kolana to w zimowych wprawdzie, ale miejskich butach, to w narciarskich butach zjazdowych (ówczesne wprawdzie bardziej nadawały się do marszu niż obecne, ale nie znaczy to bynajmniej że w ogóle do marszu się nadawały), to znów podchodząc na nartach zjazdowych, ciężkich jak cholera, ze sztywno trzymającymi nogę wiązaniami (próbowaliśmy wszystkich trzech sposobów), ten domyśla się zapewne że drogowskazowego czasu nijak, ale to nijak utrzymać nie byliśmy w stanie. Dni zimowe są krótkie, toteż gdy zapadał zmierzch byliśmy jeszcze głęboko w lesie, a zmęczeni byliśmy potwornie. Nieprzetarta droga przez las w zapadających ciemnościach wymagała stałego wyszukiwania znaków latarką, ale w końcu stało się. Zgubiliśmy szlak. Wkrótce po tym gdy dotarło to do naszej świadomości -- a było już dość późno -- wyszliśmy na polanę na której stała samotna koliba pasterska, rzecz jasna, na zimę opuszczona. Mieliśmy tak dość, że choć zdawaliśmy sobie sprawę z ryzyka zamarznięcia postanowiliśmy zabiwakować w tej szopie. Właśnie wyciągaliśmy śpiwory z plecaków gdy z góry ale z niezbyt daleka dobiegło nas szczekanie psa...


część trzecia, czyli Happy End


Szczekanie psa, czyli gdzieś w pobliżu są ludzkie siedziby! Porzuciwszy wszystkie rzeczy w szopie, ruszyliśmy za tym niosącym nadzieję głosem.
To na nogach, to na czworakach, to wrzeszcząc na całe gardło (aby pobudzić psa do szczekania), to milcząc (aby nasłuchiwać skąd dobiega jego głos), to przedzierając się przez zaspy, to przez krzaki parliśmy pod górę. Po jakimś kwadransie wyszliśmy na drogę i wkrótce stanęliśmy pod drzwiami schroniska na Hali Lipowskiej*.

część czwarta, czyli co było potem

Wykupiliśmy nocleg (wtedy kosztowało to grosze), zrzuciliśmy mokre łachy i legli spać. Kiedy rankiem zeszliśmy na śniadanie, pierwszymi ludźmi którzy rzucili się nam w oczy było... kilku kolegów z mojej klasy!
Okazało się, że zupełnie niezależnie od nas i oni wybrali się na samodzielną wyprawę w te same strony! Dalszy ciąg był oczywisty: zeszliśmy do szopy po rzeczy, przebazowali na Rysiankę, koledzy dali się namówić do zmiany planów i w ten sposób spędziliśmy bardzo mile dwa tygodnie, mieszkając w piwniczce pod tarasem schroniska (bo cała resztę zajmował obóz harcerski) jeżdżąc na nartach i czyniąc zakłady, kto szybciej obróci na Miziową i spowrotem (czyste szaleństwo, nieprawdaż? :wink: ). A na następny sezon umówiłem się z kolegami na narciarskie przejście Gorców. Ale zabrałem się do tego w inny sposób: narty -- stare narty Mamy słynnej zakopiańskiej firmy "Zubek" ** z kandaharowymi wiązaniami, kandaharowe buty Ojca i foki także pamiętające studenckie czasy rodziców. Ta wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem i chyba to ona ukształtowała moje upodobania w zimowej turystyce. Do dziś pamiętam stację turystyczną na Knurowskiej, gdzie paliliśmy w kozie drewnem podkradanym z drewutni gospodyni, nieistniejące już schronisko na Łapsowej Polanie nad Kowańcem, gdzie wkręciliśmy się "na waleta" na obóz studencki... Kilka lat później dostałem polskie śladówki marki "Hermes", które służyły mi przez kilkanaście lat -- w wieczornych spacerach po parkach, w weekendowych wypadach do podwarszawskich lasów i do wakacyjnych włóczęg po beskidzkich dolinach -- dopóki nie połamałem ich na Magurze Małastowskiej. A z nart, które sprawiłem sobie na ich miejsce korzystam do dziś. Ale to już zupełnie inna historia***...

Przypisy:
* Niezorientowanych w geografii Beskidu Żywieckiego objaśniam:
Schroniska na Hali Lipowskiej i na Rysiance dzieli 10 min marszu równą drogą. Tak bliskie położenie dwu dużych schronisk wyjaśnia ich historia: przedwojenna konkurencja PTT (Lipowska) i BV (Rysianka) czyli towarzystw turystycznych reprezentujących społeczność polską i niemieckie mieszczaństwo ze Śląska Cieszyńskiego. Nawiasem mówiąc ta rywalizacja, jeszcze za Najjaśniejszego Pana, pobudziła PTT do zauważenia, że oprócz Tatr są jeszcze inne góry którymi warto się zająć...
** można obejrzeć w "wirtualnym muzeum" -- wystarczy kliknąć na nazwę
*** jak mawiał sir Rudyard Kipling
Ostatnio edytowano Wt, 14 gru 2010, 22:38 przez TakiJeden, łącznie edytowano 5 razy
TakiJeden
 
Posty: 1467
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Postprzez Hairy » N, 5 lis 2006, 12:18

No i mamy w tym opowiadaniu przykład - jestem mlody mam duzo sily to co to dla mnie. Autor i jego koldzy napewno wyciagneli wniosek takize najkrótsza droga nie zawsze jest najszybsza.
Opowiadanko bardzo ciekawe.
Rodzi mi sie jedno pytanie.
Z opowiqadania wynika ze odbylo się to na zimowisku.
Czy opiekunowie nie byli zdziwieni zniknieciem nanoc grupku kilku osób z autorem na czele??
Hairy
 
Posty: 613
Dołączył(a): Pn, 21 lut 2005, 12:13
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Hairy » Pn, 6 lis 2006, 09:41

I tutaj n asuwa mi sie jedno stwierdzenie ze niestety najlpiej sie uczymy na wlasnych bledach- (mniejszych i wiekszych ale wlasnych).
Sam wiem z doswiadczenia ze jak nie dostane po d**** to sie nie nauczę.
Taka juz nasza natura (ludzka)
Calesz szczescie wieksza czesc spoleczeństwa ciegi zbierane od natury i życia ucza ( jest jednak klan Przemkowy który nigdy sie nie nauczy - niech zyja sobie we wlasnym swiecie i nie psuja zdrowia i zabieraja czasu innym - typ niereformowalny)
Ja swoja przygode z Górami zaczynałem od Tatr i przejscie Dolina Białego - Pod Reglami - Strążyńską.
I wpadlem po tej wyciecze jak śliwka w kompot.
Po 4 latach chodzenia po Tatrach zachodnich i dolinkach pierwszy raz sie wybrałem się w wysokie. Pięć stawów - Krzyżne - Murowaniec.
To że zacząlem wogole chdzic po górach jest dzielem wielkiego przypadku.
Wpadliśmy na pomysł z kumplem ze idziemy się przejść i poszliśmy.
Przyjechalismy do Zakopanego z zamairem pobalowania po zakonczeniu roku szkolnego.
Hairy
 
Posty: 613
Dołączył(a): Pn, 21 lut 2005, 12:13
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 6 lis 2006, 20:27

No tak, ale
Po 4 latach chodzenia po Tatrach zachodnich i dolinkach pierwszy raz sie wybrałem się w wysokie. Pięć stawów - Krzyżne - Murowaniec.

to coś zupełnie innego niż Orla na "dzień dobry"...
Nie do końca zatem można przyjąć, że "pierwsze śliwki robaczywki", czy "pierwsze koty za płoty". To nie zawsze tak delikatnie uczy. Bywa, że Opatrzność traci cierpliwość i wierzga...
Własna nauka... OK, ale gdy wchodzą w rachubę Jej Wysokości Tatry, to może jednak pod czyimś rozsądnym okiem.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Sprostowanie

Postprzez TakiJeden » Śr, 20 gru 2006, 21:25

*

(1) Przypis do opowiadania, co ze wstydem przyznaję, zawiera fałszywą informację. Ostatnio doczytałem się jak historia schronisk w Beskidzie Żywieckim wyglądała naprawdę. Więc: PTT miało Miziową pod Pilskiem. Lipowską postawiło BV. Boracza należała do Żydowskiego Towarzystwa Sportowego "Makkabi", natomiast Rysianka powstała jako przedsięwzięcie prywatne (oprotestowane przez BV, z powodu, że ich schronisku na Lipowskiej stawia się pod bokiem obiekt konkurencyjny) szybko objęte patronatem przez Krakowskie Towarzystwo Narciarzy. Wkrótce potem, gdy wojna wybuchła wyszło szydło z worka, właściciel Rysianki okazał się szpiegiem niemieckim...
Nie zmienia to wszakże faktu, że właśnie aktywność BV przyczyniła się do zainteresowania się PTT Beskidem Śląskim i Żywieckim.

(2) Ponieważ odpowiedź którą udzieliłem "Hairemu" na pytanie zawartym w jego pierwszym poście w czasie jakichś porządków na forum przepadła (nie chciało mi się logować więc była anonimowa) a jest istotna, to ją powtórzę
Hairy napisał(a):Rodzi mi sie jedno pytanie.
Z opowiqadania wynika ze odbylo się to na zimowisku.
Czy opiekunowie nie byli zdziwieni zniknieciem nanoc grupku kilku osób z autorem na czele??

Otóż opiekunów nie było. Rezerwacja była prywatna, i my i moi koledzy wędrowaliśmy samodzielnie -- w 70-tych nie uchodziło za nieprzyzwoitość, że 16-17 chłopcy w czasie wakacji włóczą się po Polsce na własną odpowiedzialność -- a kierownikowi schroniska jakoś nie przyszło do głowy by alarmować GOPR z powodu dwóch chłopaków którzy nie stawili się w pierwszym dniu rezerwacji. Dopiero potem świat popadł w paranoję na punkcie bezpieczeństwa młodzieży.
Ostatnio edytowano N, 23 cze 2019, 10:41 przez TakiJeden, łącznie edytowano 2 razy
TakiJeden
 
Posty: 1467
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 20 gru 2006, 22:32

Taaaa...!
Ciekawe są historie schronisk...
Śląski Dom w Dolinie Wielickiej (pierwszy budynek nie był wcale taki paskudny!) postawił wrocławski oddział węgierskiego MKE (członkami tego oddziału byli wyłącznie Niemcy!) w 1894/5-tym roku. Autorem postulatu stworzenia samego MKE był austiacki lekarz dr Heinrich Wallmann. No, dość międzynarodowe to było ;-)
Zresztą, którekolwiek schronisko weżmiesz "pod lupę", dowiesz się wielu ciekawych rzeczy, bo trzeba być nieźle "zakręconym", by sie tym zajmować. Jeżdżąc na Głodówkę doświadczam tego także dziś...
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Adam K » Cz, 4 sty 2007, 22:38

Podobało mi się i stronki znajome, mądre to to nie było, ale grunt, że się dobrze skończyło, ja w wieku lat 17-tu ... :) A na Rysiance jak ostatnio byłem to zrobili nawet saunę, żona mi sie "zawiesila jak windows" i nie chciała spać w namiocie w lesie... (w sumie to wtedy przyszła żona...)
Adam K
 
Posty: 97
Dołączył(a): So, 18 mar 2006, 09:23
Lokalizacja: Straszyn

AdamK -

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 4 sty 2007, 22:41

*
To zapraszam do opowiasti "Noc na Babie" - http://turystyka.skibicki.pl/?a=2&o=16
Wtedy nie było Windows'ów... ;-)
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Adam K » Cz, 4 sty 2007, 22:45

Czytałem, czytałem, a jakże...
mnie ta sauna też wtedy kusiła, ale przekabaciłem swoją Panią i doszliśmy z worami na Babę właśnie :)

To wtedy stwierdziła, że w górach jest to coś...
Adam K
 
Posty: 97
Dołączył(a): So, 18 mar 2006, 09:23
Lokalizacja: Straszyn

AdamK -

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 4 sty 2007, 22:54

*
Popatrz, a moja ówczesna doszła do wniosku że nie ma... w tym miejscu właśnie!
Nie jeżdżę z Kobietami w góry, z Dziewczynami... owszem!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Adam K » Cz, 4 sty 2007, 23:20

Ja muszę przyznać, że lubie jeździć z żoną - nie ma co sprawdziła się na tych namiotowych eskapadach przy myciu w kubku wody, jak jej za mocno nie przeforować to świetnie sobie radzi! Niestety teraz juz rzadko możemy sobie pozwolić na taki wyjazd - następny to chyba za dwa lata...
Co do innego towarzystwa to ze względu na ograniczony czas właśnie, to jest ono ograniczone do kilku osób, aby jednak nie psuć sobie humoru na długo wyczekiwanym i wytargowanym wyjeździe :)
Adam K
 
Posty: 97
Dołączył(a): So, 18 mar 2006, 09:23
Lokalizacja: Straszyn

Re: "Historia pewnego zimowego podejścia..."

Postprzez Tomasz Adamski » Pn, 14 wrz 2009, 13:03

TakiJeden napisał(a):*
Historia pewnego zimowego podejścia
albo jak nie zamarzłem wraz z moim bratem w pewnej górskiej szopie...
...czyli co się wydarzyło, zanim zostałem narciarzem śladowym.


Historia z całą pewnością zapadająca głęboko w świadomość człowieka (daj Boże, żeby nie tylko bohatera-ów).
Tak się składa, że nie dawno przechodziłem niebieskim szlakiem jak w opowieści tyle, że latem. Szlak piękny (nikogo w środku lata!) i wcale nie wymagający choć przydługi. Zabraliśmy tam na pierwszą wycieczkę mojego brata i jego dziewczynę (jeszcze). Tak w ogóle to okolice Rysianki i schronisko tamtejsze to moje ulubione miejsca w Beskidzie Żywieckim. Efekt tego eksperymentu:
- zaszczepiona miłość do gór mojej tym bardziej mam nadzieję przyszłej bratowej,
- po 2 tyg znów razem na szlaku i to za jej propozycją!
- brata się jeszcze podszkoli (ostatnio widziałem jak patrzy na Skrzyczne z Kotarza - mam nadzieję, że nie na kolejkę). :wink:
Tomasz Adamski
 
Posty: 106
Dołączył(a): Pt, 11 wrz 2009, 17:08
Lokalizacja: Ruda Śląska

Re: "Historia pewnego zimowego podejścia..."

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 wrz 2009, 13:25

Tomasz Adamski napisał(a):- zaszczepiona miłość do gór mojej tym bardziej mam nadzieję przyszłej bratowej,
- po 2 tyg znów razem na szlaku i to za jej propozycją!
- brata się jeszcze podszkoli (ostatnio widziałem jak patrzy na Skrzyczne z Kotarza - mam nadzieję, że nie na kolejkę).

No, wypisz wymaluj... "Szczepienie szajby" !
A mówią mi czasem, że to są metody dawno zapomniane, że "komu by się chciało, że to już "nie te czasy"....
Jak widać, trochę tej "szczepionki" jeszcze po świecie się tuła.
I w tym cała Nadzieja!
Albowiem, nigdzie człek się sam tak nie pozna jak w górach właśnie.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: "Historia pewnego zimowego podejścia..."

Postprzez Tomasz Adamski » Pn, 14 wrz 2009, 13:46

Zygmunt Skibicki napisał(a):No, wypisz wymaluj... "Szczepienie szajby" !
A mówią mi czasem, że to są metody dawno zapomniane, że "komu by się chciało, że to już "nie te czasy"....
Jak widać, trochę tej "szczepionki" jeszcze po świecie się tuła.
I w tym cała Nadzieja!

Mam nadzieję, że szczepienie skuteczne.
Zaszczepiam jeszcze moje dwie pociechy. Starsza (10 lat) zaczyna sama się dopominać o góry :smile: na razie na zasadzie "a czy kupisz mi w schronisku odznakę?" I kupuję... i chyba dobrze...

Zygmunt Skibicki napisał(a):Albowiem, nigdzie człek się sam tak nie pozna jak w górach właśnie.

Jedna z... wielu prawd. Czasem nie tylko "sam się". Moją żonę choć formalnie poznałem na nizinach to jednak w górach i to pod BABIĄ! było nam dane zapoczątkować to co już ponad dekadę trwa.
Tomasz Adamski
 
Posty: 106
Dołączył(a): Pt, 11 wrz 2009, 17:08
Lokalizacja: Ruda Śląska

Re: "Historia pewnego zimowego podejścia..."

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 wrz 2009, 15:35

Tomasz Adamski napisał(a):Starsza (10 lat) zaczyna sama się dopominać o góry :smile: na razie na zasadzie "a czy kupisz mi w schronisku odznakę?" I kupuję... i chyba dobrze...

Z pewnością dobrze!
Ja także kupowałem.
Między chodzeniem dzieciarni dla odznak, plakietek, proporczyków, punktów i takich tam różnych... potwierdzeń, a chodzeniem dla siebie samego jest oczywiście różnica, ale głównie... wiekowa. Z tego się po prostu wyrasta. Niektórzy wcześniej, inni później, ale czy widział ktoś w tych latach siwą głowę w całkowicie "zablachowanym" kapeluszu czy z plecakiem całym oblepionym znaczkami?
Ja akurat jeden raz w życiu widziałem, ale to było cholernie dawno i był to jakiś sakramencko nadęty, angielski skaut na tatrzańskim rajdzie... leninowskim - nie mógł zatem być normalny!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Opowieści i relacje ku przestrodze i... nie tylko

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości