Umiem pływać...!

Morskie, zatokowe, szuwarowe, rekreacyjne, turystyczne, samodzielne, rodzinne, towarzyskie i każde inne...

Moderator: Zygmunt Skibicki

Umiem pływać...!

Postprzez Zygmunt Skibicki » So, 24 lip 2010, 00:30

Od razu powiem, że raczej dobrze radzę sobie w wodzie. W młodości uprawiałem wyczynowo pływanie i dystans kilometra albo i kilku do przepłynięcia wpław nie stanowi dla mnie problemu. Praktycznie w warunkach krajowych wód wewnętrznych może mnie utopić jedynie utrata ciepła w bardzo zimnej wodzie. I wszystko mi jedno, czy mam pod sobą trzy, trzydzieści czy trzysta metrów wody - bywało i ponad sześćset przy trzymetrowej fali.
Jestem pływakiem nieomal doskonałym - tak mi się zdawało aż do pewnego miłego, bo dobrze zakończonego, a nader pouczającego w końcowym efekcie zdarzenia.
Otóż płynąłem dawno temu kajakiem z bardzo doświadczonym turystą kajakowym i w ogóle wodniakiem wszelkich możliwych dyscyplin. Zrobiliśmy sobie przerwę w spływie i jedliśmy na brzegu kanapki. Upał był niemiłosierny. Mój partner zaproponował wykąpanie się. Świetny pomysł pomyślałem i bez zastanowienia wszedłem do rzeki. Gdy ta "złapała" mnie za biodra, siła nurtu po prostu położyła mnie na wodzie, czemu się zresztą nie sprzeciwiałem. Z takim stażem pływackim...? Czego tu się bać?
Nurt natychmiast pociągnął mnie z sobą, więc próbowałem płynąć pod prąd, ale prąd był szybszy. Znosiło mnie...!
Dałem się więc nieść sądząc, że za chwilę znajdę dogodne miejsce do wyjścia na brzeg. Minąłem jeden zakręt, potem drugi, a dogodnego miejsca nie było...
Mijałem jakieś kłody zatopione pod powierzchnią wody, otarłem się o grząską mieliznę, a twardego lądowiska nie było...
To znaczy, było takie jedno, ale pod bardzo stromą skarpą po zewnętrznej zakrętu. Woda płynęła tam bardzo szybko śród ogołoconych z ziemi grubaśnych korzeni i z daleka było widać, że się kłębi w wirach. Bałem się tam skierować...
Dostęp do kolejnego lądowiska zagrodziły mi gęste wodorosty, o których wiedziałem, że tną mokre ciało do kości...
Nie wiem, ile zakrętów przepłynąłem z nurtem, ale gdy wreszcie mocno zmęczony i potężnie zestresowany - po prostu wystraszony! - wylazłem na brzeg, mój partner dogonił mnie właśnie kajakiem, który wpierw musiał spakować zanim pogonił za mną. On po prostu wiedział, że ta rzeka nie ma dobrych lądowisk dla pływaków poniżej naszego biwaku, więc jedno co mógł zrobić to dogonić mnie i asekurować "od w razie wypadku"...
Od tamtej przygody wiem, że bardzo dobre, długodystansowe i szybkie pływanie w basenie, to dużo za mało na niewielką, ale wartką rzekę. To zdarzyło się na środkowym odcinku Wdy przy leśniczówce Młynki w pobliżu Lubichowa.
Kolejna pouczająca przygoda pływacka zdarzyła mi się na średniej wielkości jeziorze. Bardzo lubiłem i nadal lubię po prostu przepływać jeziora na wprost. Najpierw w jedną, a potem drugą stronę. Pięknie jest tak spokojnie i w ciszy płynąć.
Kłopot w tym, ze przez jeziora przepływają rzeki. I one wcale nie płyną całą szerokością jeziora, a tworzą stosunkowo wąskie i dość kręte cieki skroś tych jezior. Tor przepływania nurtu przez jezioro wcale nie jest stały i potrafi się z dnia na dzień zmienić. Pewnie zależy to od kierunku i siły wiatru, ale wcale tak nie musi być. W końcu w dnach jezior znajdują się także źródła...
Szkopuł istotny w całej tej sprawie to sporo niższa temperatura w nurcie czy nad źródłem niż w powierzchniowej wodzie stojącej. Pływak mało doświadczony jest mocno wystraszony, gdy raptem wpłynie w taką zimną wodę. Równie dobrze może się to skończyć dla niego szokiem termicznym, a to jest już zupełnie niezależne od lat i rozległości doświadczeń.
Kolejny problem z pływaniem po dużych akwenach to fala wyższa niż wystająca z wody głowa. I ta fala może drastycznie utrudniać oddychanie. Po prostu trzeba umieć wdychać powietrze z głową mocno skręconą w dowolną stronę, a jak się nie da inaczej, to płynąć na plecach nie gubiąc kierunku na długim dystansie...
Zdarzają się także gwałtowne deszcze. Każda kropla deszczu wpadająca do głębokiej wody powoduje "wystrzelenie" w górę dwóch mniejszych kropel. Skutek jest taki, że tuż nad powierzchnią wody, jakieś 20 centymetrów, gdzie właśnie znajdują się usta pływaka gęstość kropli w powietrzu jest trzykrotnie większa niż w samym deszczu. Bardzo łatwo się tym zachłysnąć...!
Na długich wodnych dystansach zdarzają się też skurcze, które trzeba umieć rozmasować na głębinie...
Głębokości zwykle się boimy, ale w wodach otwartych zawsze bezpieczniej jest pływać po kilkudziesięciometrowych głębiach niż po płyciznach. Na płyciznach zwłaszcza szybkich rzek zawsze istnieje ryzyko nadziania się gołym ciałem na jakieś ostre kołki lub żelastwa...
Reasumując, pływanie latem wpław po wodach otwartych wymaga nieporównywalnie większych umiejętności niż w basenie.
I dlatego rezygnowanie z kapoków przez wodniaków, bo na przykład zostawiają fatalne "łaty" w opaleniźnie, jest dopuszczalne wyłącznie wyjątkowo sprawnym i bardzo doświadczonym pływakom, a i to nie zawsze i nie wszędzie.
Policja wodna widząc moje bardzo stare uprawnienia tak zwanego "żółtego czepka" nie czepia się mnie, ale bywa, że w kajaku niezależnie od obowiązujących w tej kwestii przepisów prawnych ubieram kapok i to wcale nie dla picu.

Bardzo ważna uwaga!
Wywrotka kajaka na zimowym spływie, albo latem na górskiej spienionej rzece, to zupełnie inna bajka i niewyobrażalnie większe zagrożenie życia także dla najsprawniejszych pływaków. Sporo o tym napisałem w "STK" i zawsze wtedy używam pełnego stroju piankowego oraz porządnego, całkowicie zapiętego kapoka, że o kasku nawet nie wspomnę.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10918
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Umiem pływać...!

Postprzez Staszek70 » Śr, 1 lut 2012, 19:17

Witam , od dłuższego już czasu miałem ochotę coś tu naskrobać w tym temacie no i wreszcie dojrzałem :smile: . Każdego roku sytuacja się powtarza już cyklicznie , przed każdym sezonem i w trakcje jego trwania dużo uwagi mas media poświęcają bezpieczeństwu na wodzie a i tak co roku masa ludzi tonie z tej czy innej przyczyny . Nie chcę się tu rozpisywać o szerokim pojęciu rekreacji wodnej , a zawężę to do samego kajakowania . Dobre przygotowanie pływackie basenowe jak to bardzo słusznie piszesz Zygmuncie jest nie wystarczające ! do pływania kajakiem po dużych akwenach i rzekach samotnie , gdzie w razie W nikt nam nie poda pomocnej dłoni i można liczyć tylko na siebie i swoje umiejętności . Jakież jest zdziwienie basenowego mistrza gdy wywróci się na szybkim nurcie rzeki - pół biedy jeśli jest głęboka- i jego umiejętności prócz utrzymywania na wodzie są praktycznie żadne . No właśnie rzeka to nie spokojny basen , to często bardzo , wręcz śmiertelnie niebezpieczny szybki nurt a zwłaszcza przy wysokim stanie wody nie tylko po roztopach , ale jak często po ulewnych deszczach w lecie , to pełno niespodzianek w nurcie w postaci np. powalonych drzew resztek mostków i mostów , a raczej ich filarów . Często jest taka wywrotka szokiem dla nawet opanowanego pływaka i od szybkich i trafnych decyzji często zależy czy wyjdziemy z opresji w miarę cało czy też nurt nas pochłonie . I DLATEGO!!! każdy powtarzam każdy kto chce pływać kajakiem powinien ćwiczyć technikę pływania nie tylko na basenie ale w szczególności na jeziorach i rzekach w asyście doświadczonych ludzi i najlepiej w trudniejszych warunkach . Kolejna rzecz to ciuchy na spływach tych letnich jak i wiosenno-jesiennych . Moim skromnym zdaniem nie wolno nigdy zakładać nic wełnianego ani puchowego i tym podobnych rzeczy bo przy wywrotce taki ubiór zadziała jak b. ciężki balast i pójdziemy na dno jak Titanic bez względu na umiejętności pływackie .Każde wyjście na wodę to ryzyko nie powrotu niestety , woda nie jest naszym środowiskiem naturalnym i zawsze istnieje ryzyko że - no właśnie ! , lepiej zapobiegać niż leczyć , jeśli się chce pływać kajakiem w różnych porach roku , TO NIE MOŻNA oszczędzać na odpowiedniej odzieży ochronnej i termicznej bo hipotermia zabije każdego - jak często spotykam ludzi którzy łamią wszelkie zasady zdrowego rozsądku i to ludzi bynajmniej nie zielonych na wodzie i nie żebym się wymądrzał ale mówię to z własnego doświadczenia - sucha odzież kajakowa i odpowiedni podkład termiczny - śmiało to mogę powiedzieć niejednokrotnie uratował mi życie i to dosłownie dając mi odpowiednią ilość czasy na dotarcie do brzegu co wbrew pozorom często nie jest wcale proste i łatwe .Doskonalenie technik kajakarsko-pływackich to bardzo ważny aspekt i nigdy tego za wiele aby pływało się nam bezpieczniej i przyjemniej , bo czyż jest coś piękniejszego od spokoju i ciszy na łonie natury , tych pięknych widoków które nie rzadko możemy podziwiać tylko z pokładu kajaka? - dla mnie nie . Na koniec tej mojej przydługiej tyrady chciałbym przytoczyć naprędce jedną z moich przygód rzecznych . Latem 1997 roku wybrałem się na Pilicę a dokładnie na około 130-sto kilometrowy odcinek przed ujściem do Wisły mniej więcej w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego , stan wody wysoki i szybszy nurt niż zwykle o tej porze roku a ja na dmuchańcu postanowiłem popływać choć stan wody trochę mnie niepokoił , no ale skoro się tam już dostałem ( nie posiadałem wtedy auta ) to postanowiłem kontynuować spływ .Nie będę zanudzał szanownych forumowiczów szczegółami całego przebytego odcinka i przejdę od razu do sedna sprawy . Po kilkunastu chyba kilometrach odczułem potrzebę natychmiastowego przybicia do brzegu za potrzebą , i po wypatrzeniu w miarę dogodnego miejsca wylądowałem co sprawiło mi troszkę problemów przy tak silnym w tym czasie nurcie . Po chwili lżejszy i szczęśliwszy zapaliłem papieroska ( nałogowy palacz jestem ) i postanowiłem kontynuować tę samotną eskapadę i tu skończyła się moja sielanka , a mogło by i życie przy odrobinie niefartu . Gdy zacząłem spuszczać kajak na nurt to się poślizgnąłem , a zaznaczyć muszę że w tym miejscu było wody tak po pępek mniej więcej i ten mój ślizg był gwałtowny tak że zanurzyłem się aż po szyje - krótka szamotanina i kajaczek popłynął w siną dal , ale be zemnie ( wiosło przywiązane do dziobu tak mniej więcej 2,5 m sznura do bielizny , podobnie torba bryzgoszczelna ) :biggrin: co robić ! panika - nie to nie to po prostu się zirytowałem okrutnie i bez większego namysłu puściłem się w pław za kajakiem i się zaczęło : przy poślizgu jedną ręką trzymałem kajak za olinowanie burty a drugą wiosło , ale upadek był tak gwałtowny że ratując sytuację zacząłem chwytać się zielska wypuszczając niestety kajak i wiosło które popłynęło obok kajaka ( trzeba by być tam w tej chwili żeby zrozumieć jak do tego doszło ) . Kajak jako że minimalnie zanurzony popłynął szybciej a ja mając tylko głowę nad wodą stawiałem dużo większy opór wodzie i zacząłem zostawać w tyle co nie znaczy że płynąłem wolno bo szybki nurt wezbranej rzeki porwał mnie i wyniósł na środek i choć było lato i ciepło w miarę w ten pochmurny dzień , to woda była wystarczająco zimna i zdałem sobie sprawę z tego że kajaka i tak nie dogonię a temperatura wody jeśli z niej szybko nie wyjdę to mnie załatwi na amen i tu zaczęły się największe kłopoty . Dopóki płynąłem wartkim nurtem ale głębokim to jakoś to było - Pilica to jedna z najszybszych rzek w kraju i nie wolno jej lekceważyć - parokrotnie o coś się otarłem i raz mocniej walnąłem o jakąś przeszkodę trzeba dodać że trafiały się jakieś łachy - wypłycenia pod wodą , ale nie mogłem się na nich jakoś wesprzeć tak mnie woda mocno pchała i jeszcze ważne zjawisko , gdy dolna część tułowia szła głębiej i trafiała na wolniejszy nurt to zaczynało mną niebezpiecznie obracać i podtapiać , jakby jakaś niewidzialna ręka mnie zatrzymywała . Zacząłem kierować się do brzegu i to było naprawdę trudne i ciężko mi było pokonywać wartki nurt , bardzo ciężko choć wcześniej patrząc z brzegu nie wyglądało to źle a jednak! taka woda to potężny żywioł mający dużą siłę , nie spodziewałem się na niej że aż taką .Nie wiem jaki odcinek rzeki przebyłem w nurcie ale to było kawał drogi , bo ten nurt niósł naprawdę szybko i gdy w końcu wydostałem się z niego to bliżej brzegu wcale nie było lepiej to łapałem grunt to znów nagle traciłem rzeka każda ma bardzo nieregularne i urozmaicone dno no i pełno różności czego to człowiek do niej nie wrzuca .Prąd cały czas próbował mnie wywalić na środek a ja się zmagałem coraz słabszy i już tak wyziębiony że zaczęły mi drętwieć członki no więc sobie pomyślałem że albo teraz albo po ptokach i raz jeszcze z całych sił zacząłem iść po skosie do brzegu i już przestałem wypatrywać dogodnego miejsca co na zawołanie rzadko się zdarza no i w końcu prawie już dotarłem ale w nie najlepsze miejsce w którym były jakieś zawirowania i mszę dodać że choć mocno się starałem to nie da się wylądować tam gdzie się chce niestety no i tak już ze trzy metry od brzegu w tym miejscu niezbyt wysokiego patrząc z mojej perspektywy te zawirowania i prąd okazały się tak silne że się w końcu naprawdę wystraszyłem że nie dam już rady , krótki kocioł i walnąłem głową w coś pod wodą ale raczej nie był to kamień - ostatkiem sił odbiłem się od dna na którym nie mogłem sobie spokojnie stanąć bo nurt nie pozwalał i to tuż przy samym brzegu no i wreszcie złapałem się chaszczy ale na tym nie koniec! , gdy zacząłem się wyciągać z wody na tych chaszczach to już byłem taki wyczerpany że nie miałem sił i w tej pozycji pobyłem kilka minut żeby złapać oddech , gdy znów zacząłem się gramolić to okazało się że moje nogi ważą po tonie chyba każda i normalnie nie mogę ich podciągnąć pod brzuch , Jezu tak jak bym ich nie miał no normalnie ich nie czułem - boże kochany nie wiem jak długo to trwało to wyłażenie z wody , ale długo oj naprawdę długo niewiele razy w życiu byłem tak bardzo wyczerpany ale to nie był koniec mojej udręki bo gdy już się wygramoliłem , to miałem do pokonania jeszcze pas krzaków i jakiś jeżyn tak bardzo gęstych że szok ale najważniejsze że byłem na brzegu i po kilkunastominutowym odpoczynku powoli jakoś się przedarłem i padłem na trawę . Kajak zaczepił wiosłem o inne krzaki na drugim brzegu parę kilometrów dalej , po odpoczynku i dotarciu do drogi zobaczyłem zabudowania i tamtejsi mieszkańcy mi pomogli - to jeden z nich ze swoim synem znalazł i odzyskał mój kajak . Reszta to już banał , jeden człowiek zadzwonił do mojego brata informując w skrócie co zaszło i gdzie jestem , a on zjawił się tam po paru godzinach i zabrał mnie do domu . To wszystko - hmm opisałem to zajście dość ogólnikowo i chaotycznie , ale czas zrobił swoje i zaciera szczegóły i dobrze - dlaczego opisałem to zdarzenie , ano ku przestrodze dla innych potencjalnych topielców - no właśnie gdyby nie moje wcześniejsze opływanie takich akwenów , to nie byłoby tego opisu ot co - i to też ważne : miałem na sobie piankę i buty neoprenowe + zwykła syntetyczna koszula .
Staszek70
 
Posty: 43
Dołączył(a): So, 12 lis 2011, 23:51
Lokalizacja: Brzeziny , Łódzkie

Re: Umiem pływać...!

Postprzez Zygmunt Skibicki » So, 4 lut 2012, 12:30

Ponieważ sprawa zaczęła wyglądać na jednak dyskusyjną, przeniosłem to do działu "Kajaki".
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10918
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Umiem pływać...!

Postprzez DarkTri » Wt, 15 lip 2014, 14:13

Także dostałem nauczkę i to w ostatnią sobotę. Wyjechałem trochę popływac kajakiem nad mój ulubiony zbiornik. Jako, że pogoda nie dopisała, ubrałem oprócz sysntetycznej koszulki, także lekką kurtkę od wiatru (typowa biegówka). Podwinąłem rękawy, aby nie przeszkadzły mi wiosłować, zabezpieczyłem rzepami, a jakże, aby się nie ześlizgiwały, zapiąłem zamek prawie pod szyję, i ognia. Było wspaniale, kondycja jest, pogoda słaba, ale za dużych fal pomimo wiatru nie było, pusto nad akwenem, może jakiś przemoczony wędkarz.

Po 2 km postanowiłem zrobić w najbliższym przewężeniu zalewu, kontrolowaną wywrotkę. Tak tez uczyniłem. Jakież było moje zdziwienie, gdy nieiwnna kurteczka zaczęła robić się balonem. Ale, nie powietrza, a wody. Wlewająca się woda do rękawów i do całej kurtki, zablokowana rzepami skutecznie zrobiła ze mnie zbiornik. Dobrze, że nie było paniki. Uratowały mnie także nabyte odruchy pływackie. Rozpiąłem rzepy. Woda mogła swobodnie przepływac, jednak główna bańka pozostała. I tu duże rozczarowanie. W zwykłej biegówce, zamek pod wodą zachował się zgoła inaczej, niż powinien. Po prostu się nie rozpiął. Nie byłem w kamizelce (trenowałem sportowo), bojka asekuracyjna(renatka) ciągnięta była za kajakiem. Tak więc, z wielkim trudem, pod wodą, zdejmowałem kurtkę przez głowę. Z powodzeniem. Potem już nie było kłopotu z odwróceniem kajaka i docholowaniem go do brzegu ok. 30m.
Człowiek uczy się i uczy...

A propos-są jakieś łatwo pozbywalne kurtki kajakowe?
DarkTri
 
Posty: 27
Dołączył(a): Śr, 4 cze 2014, 13:09

Re: Umiem pływać...!

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 12 mar 2018, 16:12

Tak, są takie, w których ten problem w ogóle nie występuje.
To są tak zwane "kurtki suche" - portki też są takie, które się zakłada, zapina i... woda się pod nie nie wlewa nawet podczas wywrotki.
Próbowałem takiej kurtki i... nie używam, bo to sprzęt moim zdaniem wybitnie wyczynowy, w turystyce uważam za zbędny, a nawet szkodliwy, bo kompletnie blokuje wentylację ciała.
Natomiast często w chłodne i deszczowe dni używam pianki
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10918
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Żagle

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości