Lekcja chemii

Wszystko można, lecz z... ostrożna!

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Lekcja chemii

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 11 gru 2014, 12:49

Lekcja chemii
Coś opowiem... jak to ja.

W zawierusze zmian systemowych lat 90-tych rozstałem się z wyuczonym zawodem chemika technologa środków spożywczych. Najłatwiej wtedy dawało się żyć z handlu i tym się zająłem. W pewnym okresie przyjąłem zlecenie na zorganizowanie i poprowadzenie hurtowni w Ostródzie. Interes był trafiony i rozkręcał się bardzo dobrze, ale w handlu zawsze coś można zrobić lepiej. Gdy więc zaproponowano mi, bym wystawił towar na imprezie handlowej w Olsztynie, zgodziłem się od razu.
Do przewiezienia ekspozycji nająłem prywatną taksówkę bagażową. Kierowca okazał się bardzo sympatycznym mieszkańcem jakiejś pobliskiej wioski i chętnie pomagał przy ładowaniu i rozładowaniu towaru, więc na zakończenie także do niego zadzwoniłem. Zapakowaliśmy wszystko do samochodu i ruszyliśmy w niedaleką, ale dość męczącą podróż, bo to była głęboka zima. Kto tamtędy kiedykolwiek jeździł, ten wie, że wąsko, kręto, brak widoczności i nie ma gdzie wyprzedzać na prawie całej czterdziestokilometrowej trasie. W dodatku było już zupełnie ciemno, więc wlekliśmy się w iście żółwim tempie.
Gadatliwy poprzednio kierowca tym razem siedział za kierownicą bardzo markotny, więc go trochę dla rozrywki zagadałem z głupia frant i nie siląc się na zbytnią oryginalność.
- I co tam słychać w wielkim świecie?
- Nie wie pan – odparł - czym poprawić bimber?
Urwał nać! Nieźle facet trafił…- pomyślałem
- Na bimbrze to ja się nie znam, ale umiem zrobić spirytus – odparłem prowokacyjnie.
Znów zapadła martwa cisza, więc po chwili ciągnąłem:
- A w czym problem?
- Brat ma za dwa tygodnie wesele, a mój bimber wyszedł tak śmierdzący, że wstyd go podać gościom.
- A dużo tego bimbru pan zrobił?
- Będzie dobre sto litrów. To ma być duże wesele… i… poprawiny. No i coś… na zaś chciałem zostawić...
- Pewnie skopał pan coś i źle poszło w fermentacji, albo… aparatura...
- Aparat to ja mam świetny. Dziadek w czasie wojny u nas na wsi robił na nim taki bimber, że nawet żołnierze niemieccy od niego kupowali. Potem za najcięższej komuny ojciec na niej kręcił niezłe interesy, a nawet stryja wykupił bimbrem z UB… Patrz pan, tyle razy robiłem i był dobry, a właśnie teraz mnie nie wyszło… Wie pan ile pieniędzy poszło w błoto?
Wiedziałem…mniej więcej. W myślach szybko przesuwał mi się wspomnieniowy film sprzed wielu lat… Studiowałem tę moją chemię spożywczą dość dokładnie, bo… nie miałem innego wyjścia. Nasz stareńki profesor Stanisław Z. prowadził wykłady z technologii środków spożywczych w takiej dość „rodzinnej” formie: „Uczcie się dzieci – tak do nas mawiał – jak się robi spirytus, masło i mydło, a nawet najgorsza wojna nie zrobi z was biedaków. Ba, nawet pozwoli wam się dzięki temu nieźle dorobić…”
Poza wykładami były jeszcze oczywiście laboratoria, na których całą masę najprzeróżniejszych produktów spożywczych i kosmetycznych robiliśmy w skali laboratoryjnej, ale całkowicie samodzielnie. Problem był w tym, że te laboratoria zabierały mnóstwo czasu, a człowiek był młody i… świata ciekawy.
Triumfy święciła wśród nas wtedy taka odkrywcza maksyma: wszystkich dziewczyn nie zadowolisz, ale warto... próbować. No i oczywiście urywaliśmy się do znacznie ciekawszych zajęć z tych ciągnących się całymi dniami śmierdzących laboratoriów, za co były oczywiście regulaminowe kary: dodatkowe zadania do zaliczenia – oczywiście były to zadania z tych najbardziej czasochłonnych oraz z surowców możliwie najpodlejszej jakości.
W sposób jak najbardziej zasłużony nałapałem tych dodatkowych zadań co niemiara… Spirytus i mydło też kazali mi dodatkowo zrobić… Jakże się to wiele lat później, w stanie wojennym przydało!
Ten spirytus to się u nas zaliczało dość… ekstrawagancko. Należało gotowy produkt przebadać: zmierzyć stężenie, oznaczyć gęstość właściwą, refraktometrem pomierzyć… itd. Potem następowało najważniejsze: należało kolbkę circa 50 mililitrów z całym „produktem” wraz z wynikami badań przedstawić asystentowi pana profesora do zaliczenia. A ten czytał sprawozdanie, oglądał, wąchał, czasem sam szybko zmierzył jakimś przyrządem… ale w przypadku tego jednego jedynego zadania gotowy produkt po oględzinach rozlewał do dwóch małych zleweczek i należało to z nim wspólnie… wypić! Chodziło zapewne o zmierzenie się osobiście z psychologiczną barierą: własnoręcznie wykonany produkt spożywczy przedstawiany jako gotowy musiał nadawać się do spożycia.
Naprawdę znam taki przypadek, gdy jedna z koleżanek odmówiła wypicia i… nie zaliczyła. Interwencja z płaczem u profesora także niczego nie zmieniła – musiała całe ćwiczenie wykonać jeszcze raz. Ech… fajne to były czasy!

Chwilę pomyślałem nad sprawą mojego kierowcy. Jeśli problem był nie w aparaturze, a w fermentacji, to pewnie jest w tym bimbrze od cholery aldehydów i ketonów, czyli… „wali karbidem” na… obie strony…
Trzeba całość czymś porządnie zakwasić, utlenić te świństwa do kwasów i strącić kwasy do osadu. Potem oczywiście jeszcze raz odpędzić na tej samej aparaturze. Skoro taka świetna…
No tak, ale jak to opowiedzieć człowiekowi, który zapewne za bardzo się w wiejskiej szkole do nauki nie przykładał? Jak go nie wystraszyć strasznymi zapewne dla niego określeniami: pH, indykatory, biurety, miareczkowanie redoks, miareczkowanie strącające, dekantacja itp…?
- Trzeba zrobić tak – zacząłem ostrożnie - najpierw trzeba kupić w aptece z dziesięć deko nadmanganianu potasu. To się po łacinie nazywa kali hipermanganikum, ale jak pan powie „kali pomagali”, to każdy magister farmacji będzie wiedział, o co chodzi. Ten nadmanganian trzeba rozpuścić w mniej więcej dwóch litrach wody. Będzie to bardzo ciemno fioletowy roztwór. Rąk lepiej w tym nie moczyć…
Spojrzałem z ukosa na rozmówcę, ale nie wydawał się przytłoczony tym, co powiedziałem… Powoli, małymi porcjami podawałem zatem kolejne informacje.
- Potem trzeba kupić w GS-ie worek wapna palonego i tak około kilograma zgasić w wiadrze wody. Poczekać aż na dnie osiądzie ciasto wapienne, a wodę wapienną znad niego zlać do butelek.
- Trzeba też kupić na stacji benzynowej trzy półlitrowe butelki kwasu akumulatorowego.
Teraz musiałem w możliwie najprostszych słowach opisać i bez zbędnych szczegółów wyjaśnić cały proces miareczkowego utleniania i strącania…
- W czym pan trzyma ten bimber?
- W trzech balonach, bo do butelek się nie nadaje...
- Balony są z jakiego szkła?
- Ze zwykłego, takiego bezbarwnego…
- Balony są w koszach?
- Tak
- No to trzeba je powyjmować, bo trzeba będzie je uważnie obserwować z boku. Opiszę panu postępowanie z jednym balonem, a z pozostałymi zrobi pan to samo.
Kiwnął głową, więc kontynuowałem:
- Najpierw do balonu wleje pan pół litra kwasu akumulatorowego i dobrze zamiesza… najlepiej jakimś kijem.
Spojrzał na mnie z przerażeniem, ale nie protestował.
- Fioletowy roztwór będzie pan dodawał w porcjach po połowie najmniejszego kieliszka, jaki ma pan w domu. Po każdym dodaniu trzeba dobrze zamieszać w balonie. Bimber się będzie robił różowy i ten kolor będzie szybko zanikał. Po którymś kieliszku roztwór w balonie zrobi się także różowy, ale już ten kolor nie zniknie. I na tym trzeba poprzestać.
- Teraz weźmie pan kopiastą łyżkę ciasta wapiennego, rozbełta je pan w szklance wody, wleje do balonu i zamiesza. Wszystko zrobi się bardzo mętne, ale dość szybko osad będzie opadał. Jak już opadnie, to będzie pan po kieliszku dodawał wodę wapienną obserwując, czy dalej coś się wytrąca? Jak się wytrąca, to przed kolejną porcją trzeba poczekać, aż osad opadnie. To może trochę potrwać…
- Jak po kolejnym kieliszku wody wapiennej nic się nie wytrąci, to cały proces będzie skończony. Niech się dobrze odstoi… Teraz trzeba zlać przejrzysty płyn znad osadu, wlać do pańskiego aparatu, dodać tam jeszcze jedną szklankę wody wapiennej i jeszcze raz odpędzić.
Gość zza kierownicy rzucił mi kilka niepewnych spojrzeń.
- I co? To już wystarczy?
- Tak, to wystarczy, by pański bimber stał się spirytusem, a jeśli nie spirytusem, to na pewno doskonałym bimbrem.
- A skąd pan to wie?
- Bo to właśnie jest mój zawód wyuczony. Ja to studiowałem na Politechnice…
Spojrzał na mnie ubawiony, pokręcił głową zapewne z wielkiego zdziwienia i już więcej nie pytał. Zresztą, dojeżdżaliśmy właśnie do Ostródy. Rozładowaliśmy samochód, ale na odjezdnym dałem mu jeszcze numer telefonu, żeby w razie problemów mógł do mnie zadzwonić.
Następnego dnia oczywiście już w ogóle nie pamiętałem o tej naszej rozmowie. Praca zasypała mi wszelkie po niej wspomnienia. Zresztą, gość nie zadzwonił…

Po jakimś miesiącu wszedł do wzorcowni hurtowni jakiś dość znajomy mi z twarzy facet, ale nie mogłem sobie przypomnieć, skąd go znam. On zresztą jakoś nie kwapił się ze swoją sprawą. Chodził, oglądał towar, brał do rąk, odstawiał – wyraźnie miał dużo czasu. No i bardzo dobrze, bo akurat miałem spory nawał klientów.
Mniej więcej po jakiejś godzinie, gdy zostaliśmy sami, podszedł, wyjął z teczki litrową butelkę zatkaną rozmemłanym papierowym kwaczem i wtedy mnie olśniło: to był przecież tamten kierowca bagażówki
- To dla pana – postawił butelkę na biurku.
- A co to jest? – spytałem.
- To jest ten bimber, co mi pan powiedział, jak go naprawić…
Wyciągnąłem kwacz i odruchem chemika powąchałem. Wyglądało na to, że dostałem litr porządnego spirytusu…
- Panie, ja jestem uratowany! Na weselu brata nikt nie chciał wierzyć, że to jest mój bimber. Wszystkim tak smakowało, że ja teraz mam od cholery zamówień! Nawet z trzeciej wsi i tu z miasta do mnie przyjeżdżają! Teraz to ja mam zamówienia na kwartał do przodu. Ja sprzedaję tego Żuka i uruchamiam produkcję.
Polałem z butelki do dwóch małych kieliszków i wypiliśmy. Trzeba przyznać, że facet zrobił wszystko chyba bardzo dokładnie według mojej instrukcji, bo spirytus był naprawdę wyśmienity, choć tak na „chuch” to nie mocniejszy niż jakieś 80 procent. Zaniepokoiły mnie jednak zamiary mojego rozmówcy…
- No wie pan… trzeba pamiętać, że domowa produkcja spirytusu to jest przestępstwo i można słono za to zapłacić, a nawet…
- A na szosie – przerwał mi stanowczo – to ja mandatów nie płacę? Panie… proboszcz na weselu to pił i chwalił, a komendant posterunku u mnie zamówił na wesele córki, to czego ja się mam bać?
Podszedł i z błyszczącymi oczyma prawie krzyknął:
- Teraz to ja na wsi jestem… gość!
Pogadaliśmy jeszcze chwilę, wypiliśmy „na drugą nóżkę” i gość się pożegnał.
- A jak pan będzie potrzebował, to telefon pan ma – dla pana zawsze… po kosztach, za pół ceny i.. jeszcze przywiozę.
Z okna widziałem jak po tych dwóch kieliszkach spirytusu wsiada do Żuka i odjeżdża. Taka… gmina.

P.S.: A jak mi ktoś jeszcze kiedyś powie, że uczniowie w wiejskich szkołach są zbyt tępi i nie ma sensu uczyć ich chemii, to mu prosto w twarz wypalę: Dureń!
Trzeba tylko samemu się na tej chemii dobrze znać, umieć dobrać odpowiednie dla uczniów słowa, by stosownie tematem… zainteresować!



Ostróda, luty 1992.

(*) - Trochę więcej na ten temat jest - tu!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10817
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Powrót do Nalewki, likiery, kordiały i inne spirytualia

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości