Toskania - lipiec 2012

Tomiki opowiadań oraz relacje z podróży

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Toskania - lipiec 2012

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 28 cze 2012, 16:39

Jak to się zaczęło...? - 28.06.2012

Temat się "wiózł" od początków jesieni. Co jakiś czas ktoś coś napomykał, że trzeba by się gdzieś wybrać, ale szczegółów jakoś nie było. Wreszcie tak gdzieś koło Sylwestra Ewa z Asią przy okazji jakiejś pogaduchy w herbaciarni zdecydowały, że dość gadania i trzeba decydować. Padło na Toskanię, ale z powodów dla nas oczywistych dopiero po zakończeniu roku szkolnego i bodaj to było powodem, że poza naszą czwórką innych chętnych nie było.
Wkrótce potem, przy okazji jakiegoś sushi omówiliśmy sprawę dość dokładnie i role zostały podzielone: Krzyś zajął się przelotami, zakwaterowaniem, biletami wstępu i wynajęciem samochodu, a mnie przypadła logistyka zwiedzania. Dziewczyny z racji stałego pełnienia funkcji obligatoryjnie kierowniczych, nie dostały przydziału dodatkowych... uprawnień.
Z wodzenia palcem po mapach oraz nosem po przewodnikach ustaliliśmy, co chcemy zwiedzić. Modena, Bolonia, Florencja, Siena, San Gimignano, Chianti i... "się zobaczy" oraz Mediolan, bo tam dolecimy samolotem i stamtąd wypożyczymy samochód. Około 40 kilometrów od centrum Florencji Krzyś znalazł fajną agroturystykę i tam zarezerwował nam tygodniowy pobyt. Przed nim będziemy dwie noce w Modenie, a po... trzy noce w Mediolanie.
Bilans dotychczasowych naszych tam pobytów był taki, że dziewczyny były we Florencji, ale tak "śmigiem-przelotem", czyli w drodze do Rzymu postój na florenckim placu Michała Anioła... popatrzeć chwilę z góry na panoramę miasta i nic więcej, ja spędziłem we Florencji jeden cały dzień, ale nie byłem w żadnym muzeum, natomiast Asia z Krzysiem byli kilka dni w Mediolanie. No, to Mediolan miałem z głowy - oni poprowadzą. Co do muzeów florenckich, to oczywiście Galeria Uffizi i Palazzo Pitti i zaraz po ich wytypowaniu Krzyś zamówił bilety. W Mediolanie zamówił bilety do obejrzenia Ostatniej Wieczerzy i... to wszystkie konkrety. O wszystkim innym będziemy decydowali na miejscu zależnie od: pogody, ochoty oraz chwilowych kaprysów, bo... tak lubimy. Tak zresztą "robiliśmy" Barcelonę i to się jak najbardziej sprawdziło...
Piszę te słowa pod koniec czerwca, dokładnie trzy tygodnie przed wyjazdem i na trzy dni przed ostatnim spotkaniem "organizacyjnym"... przy okazji wspólnego oglądania finału "Euro 2012".
Wszystko, co dotyczy wyjazdu praktycznie jest już ustalone. Przewodniki i mapy przewertowane na ile się dało. Stosowne zapasy euro-gotówki zakupione. Nawet czeklisty porobione...

1.07.2012
Odbyło się ostatnie spotkanie organizacyjne:

[ img ]

Uzgodniliśmy ostatnie szczegóły. Smaczne było...
A potem obejrzeliśmy finał Euro 2012.
Też smakowało...

17.07.2012
Jestem kompletnie spakowany. Jutro wczesnym popołudniem ruszam na Wybrzeże, bo lecimy z Gdańska.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10626
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Toskania - lipiec 2012

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 8 sie 2012, 19:12

19.07.2012 - przylot do Mediolanu i droga do Modeny
Właściwie to była lotnicza podróż prawie bez historii...
Bladym świtem brat Asi dowiózł naszą czwórkę na gdańskie lotnisko. Krótka i łatwa odprawa bagażu od razu na cały przelot, proste zakupy w bezcłowym
[ img ]

Wsiadamy przy gęstniejącej mżawce, a po trzydziestu pięciu minutach lądujemy w Warszawie. Tam co prawda lekkie opóźnienie wylotu, ale bez przesady - ledwo kwadrans. Nadal mży...
[ img ]

Nad południową Polską lecimy ponad chmurami...
[ img ]

Pogoda nad Alpami ładna, widoki... nawet niezłe. Kanapki serwowane na pokładzie... jak zwykle - bez smaku.
W Mediolanie bezchmurne niebo - widać za oknami upał, ale nie doświadczamy go. Wysiadamy z samolotu wprost do "rękawa" i bez trudu w kompleksie lotniska Krzyś odnajduje siedzibę firmy, w której wynajął samochód. Mamy szczęście: ktoś opóźnił oddanie tego zamówionego i dostajemy w tej samej cenie bryczkę "o półkę" wyższą - oczywiście z klimą. Ponoć ma też nawigację, ale zamiast się z nią długo, męcząco i kosztownie dogadywać, zakładam moją, w której mam już wpisanych kilka potrzebnych tu adresów, w tym ten najważniejszy: pierwszego na trasie zamówionego hotelu...
[ img ]

Moja "mądralińska" wyprowadza nas od razu i bezbłędnie z plątaniny lotniskowych estakad na Autostradę Słońca, z którą przyjdzie się nam tu wielokrotnie mierzyć. Silnik mamy niczego sobie i śmigamy w tempie "ogólnie przyjętym tu za normalne". Trzy pasy w każdą stronę i asfalt gładki jak stół robią swoje. Nie zmienia to postaci rzeczy, że kawał drogi przed nami - tak coś około ćwierć tysiąca kilometrów.. Prowadzi Krzysztof, a ja bardziej z nudów niż potrzeby grzebię w mapie i... gadam.
- Okrążamy Mediolan...
- Mijamy Piacenzę...
- Z lewej strony zostaje Cremona...
- W prawo odchodzi autostrada na La Spezię, nad morze,
- Zbliżamy się do Parmy...
- A słynnej i porządnej parmeńskiej szynki proscciutto byśmy nie spróbowali? - pierwszy pomysł Krzycha od razu się wszystkim podoba...
W przewodniku jest nawet jakiś plan miasta i opis kilku główniejszych ulic.
[ img ]

Zabytki standardowe: kilka kościołów, magistrat i parę pomników na placach... Wjeżdżamy...

[ img ]

Upsss...! Nie wszyscy tutejsi budowniczowie zachwycali się prostokątami...

[ img ]

Nawet niedługo szukamy parkingu tuż przy centrum i moście nad prawie kompletnie wyschniętą rzeczką... Pora jest tuż popołudniowa i na dobrą sprawę miasto wygląda na wymarłe - sjesta. Po wyjściu z klimatyzowanego auta wali nas w głowy toporny upał. Ciężko!

[ img ]

Zaczynamy rozumieć, że wąskie i wysoko zabudowane ulice, to potrzeba cienia, a nie jakaś przesadna oszczędność miejsca...

[ img ]

Jakiś sklep jednak działa - kupujemy cieniuteńko pokrojona szynkę z wielkiej i niezbyt ładnej z zewnątrz bryły mięcha oraz bagietkę.
[ img ]

Nawet można napić się kawy z ... obrazkiem. Wino oczywiście jest wszędzie i w ogromnym wyborze...
Wracamy szybko do samochodu i nim na autostradę - gnamy do Modeny. Nawigacja podprowadza nas pod wskazany adres, ale okazuje się, że to jednak nie tu, a na takiej samej ulicy i pod tym samym numerem, ale w pobliskiej wiosce Cassinalbo... Poprawiam wpis do nawigacji i teraz już bez pudła podjeżdżamy pod maleńki, ale przytulny hotelik, gdzie przyjdzie nam spędzić dwie noce. Mamy dwupokojowy apartamencik na piętrze i w każdym pokoju jest klima - jedna głośniejsza od drugiej...
Po zakwaterowaniu, lekko odświeżeni wsuwamy szynkę z bagietką popijając winem i czekamy na wieczorne odpuszczenie upału. Za dużo to on nie odpuścił... Snujemy się pieszo po ni to wsi ni to miasteczku ni to po podmiejskim osiedlu w poszukiwaniu miejsca, gdzie by można coś konkretnego zjeść. Wreszcie jakaś miejscowa paniusia wskazuje drogę do małej restauracyjki, gdzie nie do końca się dogadaliśmy i na stół "wjeżdża" tak ogromna pizza, że nie ma najmniejszych szans byśmy dali jej radę w czwórkę... Trudno, resztę pakują nam w karton.
[ img ]

Włoskie wina zaczynają nam smakować...
Do hotelu jednak trafiliśmy bez zasadniczych problemów...

20.07.2012 - Maranello i Modena
W ostatniej fazie naszych uzgodnień co do kierunków zwiedzania "załapało" się muzeum Ferrari...
Bliskie położenie od naszego locum sprzyjało, a i samo muzeum jako wyjątkowe na świecie zachęcało znacząco.
Tym razem mnie przypadła rola kierowcy - jakoś trzeba dzielić obowiązki na wspólnym wyjeździe...
Moja stara nawigacja spisała się na medal. Co prawda miejscowi zdążyli coś tam przebudować w szosach, na pipidówach także, ale przecież nie wszystko.
[ img ]

Podjechaliśmy pod sam sklep z pamiątkami...
Oferta nas trochę zaskoczyła: można było za "durne" 80 € przejechać się Ferrari cabrio... Nie skorzystaliśmy.

[ img ]
foto: Asia
Ktoś tę kropkę nad i postawić... musiał!

[ img ]

Bilety do muzeów wszędzie, już nie tylko poza granicami kraju są drogie - te także do tanich nie należały. Zaraz na początku zwiedzania był kolejny sklep z koszulkami, czapkami, torbami, okularami i wszelkim innym gadgetem z logo Ferrari. Nawet długopisy z potężną "ramką" w kształcie Ferrari na szczycie... Oczywiście zaraz za sklepem był... drugi z książkami, albumami a także słynnym na cały świat Aceto Balsamico di Modena...
[ img ]
foto: Ewa

Sama ekspozycja muzealna dawała jednak porządny pogląd na to, co fabryka Ferrari przez lata produkowała i produkuje oraz jakie nagrody i w jakich zawodach jej samochody zdobyły? Nawet wyścigowy ślizgacz wodny się trafił...

[ img ]
Ściana pamięci wszystkich po kolei kierowców Ferrari rzeczywiście robiła wrażenie...

[ img ]

Historyczna ekspozycja kluczowych modeli wyścigowych...
[ img ]

Woskowa figura założyciela firmy Enzo Ferrari - oczywiście za biurkiem...
[ img ]
foto: Ewa
No, nie dogadaliśmy się w sprawie pracy... może i dobrze.
Zadowoleni wsiedliśmy do naszego - niestety mocno słońcem nagrzanego - pędzidła i udaliśmy się powłóczyć nieco po Modenie. Znów nawigacją wspomagany zaparkowałem nawet bardzo blisko centrum...
[ img ]
foto: Ewa

Katedrę zastaliśmy w kompletnym remoncie - zero szans na zwiedzenie, ale za to po uliczkach z przepięknymi podcieniami nikt nam już chodzić nie zabraniał. Kawiarenka tuż przy katedrze "wygoniła" nas swymi cenami.
Pierwsze nasze poważne doświadczenie: byle kilka uliczek od głównej atrakcji turystycznej - tu katedra! - i ceny od razu zaczynają być... przyjaźniejsze!
[ img ]
foto: Ewa

Ładne są te podcienia uliczne...
[ img ]
foto: Ewa

I nawet ciekawie ozdobione...

[ img ]
foto: Krzyś
Poza tym dają choć trochę upragnionego cienia, że o ochronie przed deszczem nie wspomnę. Ponoć czasem pada tu także śnieg, ale trudno nam w to uwierzyć.

Drugie nasze poważne doświadczenie: w takim upale chodziło by się najchętniej boso, albo w cieniutkich sandałkach, ale po takim bruku by to było bolesne.
[ img ]
foto: Ewa
Fotkę strzeliła Ewa, bo ją ten bruk mocno źgał w stopy - chochlaki na Rodos też źgały, ale przynajmniej były ładne, a czasem piękne!
A tu strasznie dużo ludzi pali papierosy i oczywiście rzucają pety gdzie popadnie... To zdjęcie obejmuje nie więcej niż jeden metr kwadratowy ziemi, a widać na nim aż cztery pety...
[ img ]

Wyjazdy indywidualne mają ten plus, że nikt nas nigdzie nie goni, sami sobie dyktujemy tempo zwiedzania i odpoczynków. I to właśnie bardzo lubimy...!
[ img ]
foto: Ewa
Wino kupowane w bocznych uliczkach jest znacznie tańsze, choć równie smaczne, ale to mogłem sprawdzić dopiero po powrocie do naszego hoteliku...
Okoliczny basen, darmowy dla gości naszego hotelu zaskoczył nas jakimiś absurdalnymi zakazami.
[ img ]

Na przykład: nie wolno było pływać w... okularach słonecznych. No, to zbyt długo w nim nie pływaliśmy...
Kolejny wieczór znów spędziliśmy w tej samej pizzerii, ale już nie szarżowaliśmy z zamówieniem.
Za to zdecydowaliśmy się na lody kupowane w zatłoczonej tuż przed północą Galaterii. Smakowały wybornie!

21.07.2012 - Bolonia, dojazd do Reggello
Pakujemy się i po śniadaniu jedziemy do Bolonii. Dziś powozi Krzysztof. Podobnie jak wjeżdżając do Modeny ustawiam nawigację na i tak niemożliwy do osiągnięcia samochodem adres: Piazza del Duomo1. I to działa! Omijamy rozległe przedmieścia i docieramy bardzo blisko ścisłego centrum. Dalej idziemy pieszo. Właśnie o to nam chodzi: powąchać klimat ulicy!
Piękna i stara Bolonia skutecznie spowalnia nasz spacer. Co chwila natykamy się na niezwykle ciekawe budynki.

[ img ]
foto: Ewa
Przerywane tylko skrzyżowaniami, kilkusetmetrowe ciągi podcieni chronią nas przed morderczym słońcem. Pałace, inne okazale siedziby pamiętające głębokie średniowiecze i wielokrotne późniejsze przebudowy.

[ img ]
foto: Ewa
I te ogrody na tarasach, i dachach...!

[ img ]
foto: Ewa
Wreszcie docieramy do placu katedralnego i ratusza...

[ img ]
Fronton katedry zastaliśmy kompletnie zabudowany rusztowaniami, a przed nią trwały przygotowania do jakiegoś pokazu na wielkim ekranie...
Widać, że tu jest pełnia sezonu turystycznego...

[ img ]

- Proszę mi natychmiast zrobić zdjęcie pod Neptunem...!

[ img ]
No, to... zrobiłem...

[ img ]
Caffe espresso, czyli tu po prostu caffe jest wspaniała: czarna jak smoła, niewiele mniej gęsta, koniecznie osłodzona i... mniej się po niej sika niż po jakiejkolwiek naszej, a to w podróży wielka zaleta.

[ img ]


Te podcienia nad chodnikami mają jeszcze jedną zaletę: począwszy od pierwszego piętra budynki są po prostu obszerniejsze!
Podcienia takie, siakie, owakie...

[ img ]
foto: Ewa
Oraz... mocno dyskusyjnej konstrukcji!
Wszędzie w Europie dowodów piękna architektury należy szukać w świątyniach i ewentualnie w pałacach...
[ img ]

W Italii piękne bywają także budynki magistrackie...

[ img ]
foto: Ewa
Staje przed nami mniej słynna niż ta w Pizie, ale znacznie bardziej okazała krzywa wieża w Bolonii...
Inna sprawa, że ładniejsza to ona od tamtej nie jest z pewnością.

[ img ]
foto: Ewa
Powoli zbieramy się do zrobienia zakupów i jazdy do naszego głównego miejsca zakwaterowania w Reggello pod Florencją.
Znów mkniemy Autostradą Słońca, teraz już niemal dokładnie na południe...

[ img ]

Tunele, estakady i kolejne tunele autostradowe. Tu już są tylko dwa pasy autostrady w każdą stronę, ale jakiegoś szczególnego tłoku nie dostrzegamy, pomimo że to jest weekend.
Zjeżdżamy z autostrady w Incisa i powoli zagłębiamy się w dość rozległą dolinę, a przed nami naprawdę spore pasmo górskie. Tak na oko z półtora tysiąca metrów nad poziom morza. Mapa to potwierdza...
Zaczynają się znane z przewodników pejzaże toskańskie: grupy kamiennych zabudowań na wzgórzach, drogi wysadzane smukłymi, wysokimi cyprysami i dominujące wszędzie winnice oraz gaje oliwne. Jakieś zboża są już ścięte, a słoma sprasowana w wielkie wały. Gdzieniegdzie pojawiają się zaorane już ścierniska... Mnóstwo tu naziemnych linii energetycznych... Sporo kwitnących pięknie krzewów...
Wiemy, że nasze Agroturismo jest około 4 kilometry na południe od Reggello, ale chcemy jeszcze zrobić zakupy, bo teraz już będziemy sami robili sobie posiłki. W samym Reggello wszystko jest pozamykane. Żadnej czynnej restauracji czy choćby baru - sjesta! Pokręciliśmy się po bodaj wszystkich uliczkach Reggello i zaczynamy szukać naszego adresu. Tu nawigacja wyraźnie zawiodła, ale od czego jest język? No i szczęścia też nam nie zabrakło... Miła dziewczyna przejeżdżała swym samochodem, zatrzymała się widząc nasze nietęgie miny, poradziła, by zawrócić i poprowadziła pod samą bramę Agroturismo Antognoni - tu będziemy mieszkać przez tydzień.
Meldujemy się, wywalamy z bagażnika nasze walizy i zaraz zjeżdżamy kilometr z kawałkiem o jedną wioskę niżej do Vaggio, gdzie wreszcie jakiś minimarket działa wczesnym popołudniem. Kupujemy wszystko, czego nam trzeba. W tej dziedzinie także Krzysztof ma głos decydujący, bo jego zamiłowanie do robienia prostych a smacznych posiłków jest naszą nadzieją, a nawet gwarancją, że nie poumieramy tu z głodu.

[ img ]

Pierwszy, rozpoznawczy spacer po terenie...

[ img ]

[ img ]
foto: Ewa
Na miejscu obejmuję funkcję głównego piromana, a Krzysztof kucharza i niebawem cieszymy się fajnie zgrilowanym mięsem. Do tego fantastyczna choć w sumie prosta w wykonaniu sałatka: rukola, pomidor, mozarella, oliwa, roztarty czosnek, papryka, czerwona cebula, sól i kropla octu balsamicznego... Nie zginiemy na takiej diecie!
Ale chleb to Włosi mają fatalny - absolutnie bez soli!

[ img ]

Próbujemy basenu - fajnie jest wejść do chłodnej i czystej wody po upalnym dniu...

Kolacja się nam najpierw trochę opóźnia, a potem mocno przedłuża...

[ img ]

Zaprzyjaźniamy się z wielkim owczarkiem podhalańskim właścicielki Carli - pies wabi się Atturo i wkrótce się okazuje, że on zawsze będzie wiedział, kiedy mamy zamiar coś zjeść.
Podczas krótkiego pieszego rekonesansu Krzysztof wypatrzył jakiś mało zrozumiały drogowskaz dokładnie naprzeciw naszej bramy. Postanowiliśmy tam zajrzeć po kolacji. Po krętej, szutrowej drodze zeszliśmy niemal na same dno doliny i tam za ścianą potężnych krzaczorów i wśród drzew trafiliśmy na bardzo zadbane gospodarstwo. Okazało się, że jest to bardzo ciekawa restauracja. Przywitał nas starszy pan - właściciel. Wyjaśnił, że przyjmuje gości tylko w weekendy, ale za to na spore biesiadowania: za cenę 38 € od osoby można u niego jeść i pić długo i naprawdę wiele.

[ img ]

Nas, pomimo rezygnacji z biesiady, nie wyprosił, nawet poczęstował sporą butelką bardzo dobrego wina. Obiecaliśmy więc, że przyjdziemy do niego tuż przed naszym wyjazdem w kolejny piątek, ale z twarzy gospodarza było widać że powątpiewał - chyba obiecywaliśmy niezbyt przekonywująco...

Klimatyzacji w naszym apartamencie nie mamy, ale budynek jest zbudowany z kamienia, co skutecznie chroni nas przed upałem, ale okiennice trzymamy zamknięte...
Okna sypialni mamy tuż nad szosą, ale nie jest to zbyt ruchliwy trakt. Czasem coś nim jedzie, ale budzimy się dopiero, gdy jesteśmy porządnie wyspani.

22.07.2012 - Valdembrossa i Leccio

[ img ]
foto: Krzyś
Nasze lokum rano przed śniadaniem...

Ten klasztor benedyktyński wyszperałem w przewodniku Pascala. Mieliśmy do niego zaledwie 14 kilometrów, ale nawigacja informowała, ze czas dojazdu to pół godziny. No, musiało być jeszcze bardziej kręto niż pokazywała mapa. I... było.
Nie dało się jechać szybciej niż 35 do 40 kilometrów na godziną, a i to co chwila konieczne było hamowanie. Każdy samochód z przeciwka to spore emocje. Dziewczyny trochę protestowały, że często ciskam nimi do przodu, ale jedyne co mogłem zrobić, to po prostu zwolnić.

[ img ]
foto: Ewa
Na przydrożnych łąkach ludzie po prostu biwakowali sonie...
Wjechaliśmy na wysokość około tysiąca metrów i poczuliśmy tę wysokość - wiał zimny wiatr. Na szczęście cała okolica była mocno zalesiona...
Trafiliśmy na imprezę pokazów psów, co skupiło oczywiście sporo różnych straganów. Nie były to jakieś poważne pokazy, o czym świadczyły dość niskie wartościowo nagrody... Ot,pewno jakaś regionalna impreza. Ale same stragany oczywiście obejrzeliśmy i jakichś tutejszych specjałów popróbowaliśmy.
Klasztor był tuż obok, ale jedyne co mogliśmy zwiedzić, kościół - owszem ciekawy, ale jakoś niezbyt porażająco...

[ img ]
foto: Ewa
Najwyżej położona, klauzurowa część klasztoru...

[ img ]
Stalle...

[ img ]
Zakrystia...

[ img ]
Z całego ołtarza najbardziej zachwycił nas... bukiet

[ img ]
Jedyne z całego klasztoru, co rzuciło się nam w oczy, to dość spora rzeźba w drewnie z dość skomplikowanymi alegoriami ewidentnie związanymi z klasztorem.

[ img ]

Oczywiście tuż obok wejścia do świątyni natknęliśmy się na spory sklep bernardyńskich specjałów, gdzie jeden ze sprzedających braciszków świetnie mówił po polsku. No i fajnie!

[ img ]
foto: Krzyś
Na pobliskich chińskich budach kupiliśmy kilka drobiazgów...

[ img ]

[ img ]

Jeszcze krótki postój po drodze na sporym tarasie widokowym i nadal bardzo powoli zjeżdżamy do... florenckiego centrum outletowego w Leccio. Kawał drogi od Florencji jest to centrum, ale na parkingach dość trudno było o wolne miejsce. Ba... do Gucci'ego była nawet kolejka do wejścia!
Pokręciliśmy się po prawie wszystkich sklepach, ale to nie były sklepy dla nas. Nawet nie chodziło o kosmiczne ceny. Po prostu nie znaleźliśmy niczego, co ktoś z nas chciałby kupić. Natomiast tłumy Japończyków taszczyły wielkie firmowe torby. Widać... im się wiele podobało...
Krzyś znów coś wyniuchał - kolejną restaurację bardzo blisko nas.
Nauczeni doświadczeniem, że po południu wszystko tu śpi, zajrzeliśmy do tej restauracji wieczorem. Był to spory obiekt stojący tuż nad dwoma potężnymi stawami rybnymi, gdzie można było wykupić sobie prawo do łowienia na wędkę. Nawet sporo wędkarzy moczyło swe kije...

[ img ]

W samej restauracji miejsc nie było, ale kelnerka sprzedała nam butelkę wina "na umilenie czasu oczekiwania" i... nie żałowaliśmy.
Wreszcie stolik się zwolnił i... "na umilenie czasu oczekiwania" na zamówione dania...
Potem jeszcze "na umilenie czasu oczekiwania" na rachunek...

Suma summarum... Asia z Krzysiem wzbogacili się o zgrabną... karafkę.

23.07.2012 - Arezzo i Cortona
Własciwie to chcielismy pojechać tylko do Cortony, bo tak bardzo zachęcał do tego przewodnik. No, ale Arezzo było po drodze i też ładnie o nim napisali...
Nawigację ustawiłem na Piazza del Duomo 1 i... pojechaliśmy. Znaczy, Krzysztof prowadził, a ja grzebałem w mapach.

[ img ]
foto: Ewa
Dzień był raczej z tych pochmurnych i deszcz był dość prawdopodobny. Tankujemy. Mamy silnik Diesla, ale mnie interesuję ceny benzyny 98 - batgatela: 1,80 €, czyli 7,56 zł za litr! A ponoć mamy w kraju najdroższe w Europie paliwo...!
To Arezzo okazało się całkiem ładnym miasteczkiem z przyjemnymi uliczkami. Pierwsza przyjemność, to całkowicie bezpłatny parking w obrębie murów miejskich.

[ img ]

Obejrzeliśmy kamienny kościół Świętego Franciszka z bardzo ciekawa elewacją w poziome wystające pasy.

[ img ]
foto: Ewa

Mają tam dość fajną modę przyozdabiania witryn w kolorowe koła - całkiem zgrabnie to działa: wciąga wzrok do środka!

[ img ]
foto: Ewa
Na stromym Piazza Grande właśnie ustawiali potężną scenę do jakiegoś wieczornego koncertu...

[ img ]
foto: Ewa
Jedna pierzeja placu to był tył kościoła Santa Maria della Pieve,

[ img ]

...druga to ciąg sklepików z pamiątkami, a dwie pozostałe, to restauracje i kawiarnie.

[ img ]

Usiedliśmy do kawy poza podcieniami i... zaczęło padać. To znaczy... mżyć i to tak jakoś niemrawo. Bardziej z turystycznego obowiązku czy przyzwyczajenia podeszliśmy jeszcze pod katedrę, ale była zamknięta, więc bez wyrzutów sumienia wróciliśmy do samochodu...

[ img ]

...zwłaszcza, że siąpiło coraz mocniej. Kolorowe kropki i koła na witrynach rozweselały krajobraz coraz bardziej... bury.
Autostrady Włosi maja naprawdę dobre, ale drogi inne dziurawe identycznie jak my w kraju - miejscami nawet gorsze.
Cortona leży na skraju szerokiej, a nawet rozległej i płaskiej doliny.

[ img ]

Miasto zaczyna się tak mniej więcej w połowie dość stromego, wysokiego stoku...

[ img ]

...i dalej się po nim wspina.

[ img ]

Duże to miasto nie jest...
Parking udało się znaleźć bez większych kłopotów, ale ten był już płatny. Drobiazg, wykupiliśmy bilet na dwie godziny, bo tak oszacowaliśmy nasze tu potrzeby.

[ img ]
foto: Ewa
Deszcz już nie padał, ale wyraźnie zimny wiatr nie zachęcał do długiego zwiedzania.

[ img ]

Zresztą, uliczki były owszem... dość urokliwe.

[ img ]

Zaułki kamiennych, mrocznych i bardzo stromych przecznic w kształcie szerokich schodów...

[ img ]

Te spodobały mi się najbardziej...

[ img ]
foto: Ewa
...ale ilość sklepików z asortymentem dobranym wyraźnie pod niewybrednego turystę, zniechęcał.

[ img ]

Wyjątkową ozdobą Cortony okazały się nasze... Panie!

[ img ]
foto: Ewa
Znak wyraźnie dopuszcza parkowanie w tej wąziutkiej uliczce i to po obydwu jej stronach. Ciekawe jak i czym oni tam parkują?
Usiedliśmy w małej restauracyjce. Coś zjedliśmy, popiliśmy i dotarliśmy na nieco wyżej położony główny placyk miasteczka,

[ img ]

gdzie trafiliśmy nawet na teatr...

[ img ]

oraz ratusz z dzwonnicą prawie... kościelną

Powrót wymyśliliśmy sobie trochę inną drogą i to był eksploracyjny strzał w dziesiątkę.

[ img ]

Wyjechaliśmy na sam środek doliny zarośniętej wręcz wielkimi łanami kwitnących juz słoneczników. To pole miało tak na oko kilometr, na... dwa!. Bagatela... 200 hektarów. To po drugiej stronie drogi było niewiele mniejsze. A za nimi wzdłuż drogi były następne, następne i... następne... No, piękny to był widok. Widać było, ze to są plantacje scalonych całkiem dużych gospodarstw, bo sporo zabudowań gospodarczych stało zupełnie opuszczonych z powyrywanymi framugami. Tylko niektóre domostwa świeciły odnowionymi ścianami, oknami i dachami.
Wreszcie wjechaliśmy na "naszą" Autostradę Słońca i nią szybko i sprawnie wróciliśmy na nocleg.

[ img ]

Jako solidarni Europejczycy zadbaliśmy też o włoski dochód narodowy... nieco!

24.07.2012 - Florencja
Bilety do zwiedzenia Galerii Uffizi zamówiliśmy i kupiliśmy na jedenastą, więc śniadania nie dało sie zbyt długo celebrować. W dodatku trzeba było przewidzieć dodatkowy czas na kłopoty z zaparkowaniem samochodu... Z przewodnika wyczytałem, że najrozsądniej szukać wolnego miejsca parkingowego na Lungarno della Zecca Vecchia nad Arno. Okazało się, że można temu przewodnikowi wierzyć. Nie dość że były wolne miejsca, to jeszcze pod zwartą koroną drzew szerokiego skweru, co samo w sobie przy tych upałach jest już atrakcją nie lada.
[ img ]
foto: Ewa
Nad samym brzegiem Arno był nawet jakiś bar z chłodnymi napojami i oczywiście wszechobecną tu kawą.

[ img ]
foto: Krzyś
Ktoś złośliwie powiedział kiedyś, że Arno to fajna rzeka, ale trzeba by do niej sporo wody dolać... Faktycznie, wygląda mocno leniwie.
Ale... 4-go listopada w roku 1966-tym wylała i zalała na kilka metrów całą dolną część Florencji, czyli tę z najcenniejszymi zabytkami. Przy bazylice Santa Croce głębokość wody sięgała trzech metrów, a ze Złotych Wrót Baptysterium poodpadały słynne płaskorzeźby. Ponoć do dziś trwają prace rekonstrukcyjne niektórych zabytków...

[ img ]
foto: Ewa
Nieśpiesznym spacerem, ciurkiem po mapie dochodzimy na Piazza della Signoria: po lewej Galeria Uffizi, po prawej Palazzo Vecchio, przed nami Loggia dei Lanzi, a na górze Corridoio Vasariano...

[ img ]

Dawid przed Palazzo Vecchio stał i czekał na ten moment...

[ img ]

Przyciężkawy Neptun wraz z cała jego menażerią oczywiście także...

[ img ]
foto: Ewa
Herkules nad pokonanym Kakusem, a jakże...

[ img ]

Judyta tuż przed ucięciem głowy Holofernesa...

[ img ]

Ogromna Loggia dei Lanzi z potężną kolekcją rzeźb...

[ img ]

Perseusz z odrąbaną głową Meduzy - dzieło sztuki nie tylko rzeźbiarskiej, ale też odlewniczej.

[ img ]

Zastanawiające jest to, że ta Meduza ma twarz niezwykle podobną do... Perseusza!

[ img ]

Pod tym wszystkim kłębił się duży tłum, ale żeby aż taki jak opisują przewodniki, to... nie bardzo.
Było trochę kłopotów z odebraniem biletów do Uffizi, ale w sumie weszliśmy do galerii pięć minut przed jedenastą. Bardzo chcieliśmy obejrzeć tę jedną z najsłynniejszych galerii świata, ale po dwóch godzinach intensywnego oglądania...

[ img ]

...gdy wreszcie znaleźliśmy się na tarasie ponad Loggia dei Lanzi, byliśmy zadowoleni, że mamy to już za sobą. Może ja się na tym nie znam... Może nawet... na pewno, ale z tego wszystkiego zapamiętałem jedynie:
- "Narodziny Afrodyty",
- "Zuzannę w kąpieli",
- "Plac św Marka" Canaletta,
- niezbyt udaną kopię "Grupy Laokona" - oryginał rodyjski stoi w Watykanie.
No... za wiele to to nie jest. Mówiąc szczerze, rozpoznaję więcej rzeźb na Piazza della Signoria...
W Galerii zrobiłem też jedno zdjęcie, ale przez okno:

[ img ]

Ponte Vecchio i Corridoio Vasariano...

Kolejnym naszym celem było Mercato Centrale, więc...

[ img ]
foto: Ewa
...minęliśmy na szybko zapchany plac pod katedrą Santa Maria del Fiore, bo zapragnęliśmy skosztować florenckiego przysmaku - lampredotto, czyli dużej buły z... flakami. W dodatku zbliżała się czternasta - godzina zamknięcia hali targowej, gdzie ten specjał serwują...

[ img ]
foto: Ewa
Tak się prezentuje lampredotto.
A jak smakuje?
A... to już trzeba pojechać i spróbować. Nam smakowało bardzo, aczkolwiek ostrzegam: w wersji piccante jest pikantne BARDZO...!
Wokół zamykanego właśnie Mercato Centrale jest mnóstwo bud głównie z wyrobami skórzanymi, z których słynie Florencja. Trochę się tam pokręciliśmy... Niebrzydką i z porządnej skóry torbę z ceną wywoławczą 45 € stargowałem na 20, ale żadna z naszych pań jej nie chciała...
Jak na każdym takim buda-targowisku, i tu nie zabrakło ofert typu podtykany pod nos Rolex - Oryginał! ...prosto z Chin lub kradzieży, bo ceny, nawet te wywoławcze były prześmieszne.

[ img ]

Wróciliśmy pod Santa Maria del Fiore, ale teraz już nieśpiesznie...

[ img ]
foto: Ewa
...pooglądaliśmy przepiękne złote Rajskie Drzwi po wschodniej stronie Baptysterium i w ogóle cały kompleks wraz z przeogromną katedrą, jej kopułą oraz dzwonnicą... Tłumy, tłumy, tłumy...

[ img ]
foto: Ewa
Co krok spotyka się tu ludzi szukających czegoś w przewodnikach, mapach czy folderach...
Chłonąc atmosferę ulicy poszliśmy w stronę Ponte Vecchio, ale okazało się że nasz samochód ma za krótko opłacone parkowanie. Zatem trzeba było pośpieszyć do niego, by dopłacić. Przy okazji znów w barze na bulwarze wypiliśmy... co tam komu pasowało.

[ img ]

Mnie jako kierowcy pasowało caffe espresso... jak zwykle we Włoszech wspaniała.
Wieczorny spacer wzdłuż Arno...

[ img ]
foto: Ewa
Drugi raz tego dnia przechodzimy pod okazałym frontonem Biblioteki Narodowej...

[ img ]

...potem pod katedrę Santa Croce, ale ta była akurat zamykana na jakąś szczególną uroczystość. Trudno... nie weszliśmy. Poszliśmy znów pod Galerią Uffizi,

[ img ]
foto: Krzyś
...pod Corridoio Vasariano...

[ img ]

Docieramy na Ponte Vecchio - stary most, most złotników... Rzeczywiście, po garbarzach którzy zbudowali te domy na moście i po smrodzie płynów garbarskich - głównie uryny, co doprowadziło do budowy korytarza, by Medyceusze nie musieli tego wąchać, śladów nie ma żadnych.

[ img ]
foto: Ewa
Natomiast biżuterię i wszelkie gadgety pamiątkarskie sprzedaje się tu od dawna i to z dużym skutkiem.

[ img ]
foto: Ewa
Jest tu co oglądać... W tle najdalsza część Corridoio Vasariano, ta zdążająca do Palazzo Pitti, ale tam już nie zdążyliśmy dotrzeć.

[ img ]

Drugą stroną Arno i przez Ponte alle Grazie wracamy do samochodu i nim do Reggello.

[ img ]

Tam na górze, na Piazzale Michelangelo, gdzie w drodze do Rzymu zatrzymują się prawie wszystkie polskie pielgrzymki autokarowe, stoi jeszcze jedna kopia posągu Dawida i patrzy z góry na miasto.

[ img ]
foto: Krzyś
Krzyś miał mocniejszy zoom...

[ img ]

Przy spóźnionej kolacji przed naszym lokum zaprzyjaźniamy się z naszymi najbliższymi sąsiadami - miłą włoską rodziną: Beatrice, Giacomo i ich synkiem Ricardo.
Ta pięciolitrowa butla, to wino z winnicy ojca Giacomo. Smakowite...!
Od razu umawiamy się na wspólną kolację pożegnalną w piątek...
To był bardzo intensywny dzień...

25.07.2012 - OLB
Ogólne Leżenie Bykiem, to nieodzowny składnik każdego urlopu. Po kilku dniach intensywnych wojaży należy się co najmniej jeden dzień odpoczynku. W końcu cały rok ganiamy, by mieć taką możliwość.
Po śniadaniu postanowiłem "z buta" sprawdzić, jak daleko jest od nas do najbliższego sklepu. Lista zakupów była taka w sam raz na transport nożny...
Dużo basenu mieliśmy tego dnia...

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa
I całe mnóstwo słońca...

[ img ]
foto: Ewa

[ img ]
foto: Ewa

Miejscowe kwiatki też jakoś się nam spodobały...

[ img ]

[ img ]

[ img ]

[ img ]

Krzyś zademonstrował nam, jak się robi carpaccio... Fakt, żaden kłopot, a smakuje wybornie.
Po południu jeszcze raz zawitaliśmy do sklepu. Tym razem poszliśmy pieszo we dwójkę z Krzysiem.

26.07.2012 - San Gimignano i Siena
Sienę podobnie jak wszyscy wybierający się na dłużej do Toskanii mieliśmy w planie od początku, a San Gimignano podrzucił mi Janek, znajomy z forum "321". I od San Gimignano zaczynamy, bo zdecydowaliśmy się jechać autostradą. Jakoś te kręte lokalne drogi nie przypadły nam do gustu. Powozi Krzysztof.

[ img ]

Po zjechaniu z autostrady pod Poggibonsi wpadamy na wprost na baner informujący o degustacji miejscowego wina. Wjeżdżamy i degustujemy... Wyjeżdżamy zdegustowani! Znacznie lepsze wina i dużo taniej kupowaliśmy tu w sklepach. Za to pejzaże toskańskie są wręcz porażające...

[ img ]
foto: Krzyś
[ img ]

[ img ]

[ img ]

Zatrzymujemy się i fotografujemy. W jakimś przydrożnym sadzie znajduję morelę, na której owoce wprost zaschły. Nawet nie zdążyły pospadać na ziemię...

[ img ]

W San Gimignano zgodnie z sugestią Janka parkujemy poza murami miasta. Za chwilę przekraczamy jedną z bram i potwierdza się, że warto tu było przyjechać. Urocze miasto!

[ img ]

[ img ]
foto: Ewa
Piękne uliczki...

[ img ]

[ img ]
foto: Ewa
Leciwe, ale solidne , kamienne domy...

[ img ]

[ img ]
foto: Krzyś
...i te słynne wieże...

[ img ]
foto: Ewa
Mamy pecha albo szczęście: w kolejnym miasteczku na głównym placu oglądamy budowaną scenę - jawny dowód aktywności miejscowych władz dla przyciągnięcia turystów.

[ img ]
Katedra San Gimignano...

[ img ]
foto: Ewa
Na schodach tej katedry fotografują się wszyscy...

[ img ]
Miło posiedzieć w cieniu kamiennych budowli...
Natomiast wszechobecne budy z pamiątkami zaczynają nas męczyć. Inna sprawa, że między nimi było znacznie więcej kupujących niż ustawiających się do kupienia biletów do katedry...

[ img ]

[ img ]
foto: Ewa
Tak czy inaczej zmykamy w boczne, mniej zatłoczone uliczki...

[ img ]

...gdzie także nie da się oderwać aparatu od oczu...

[ img ]
foto: Ewa
...gdzie pomiędzy domami każdy sam może strzelić sobie taki landszafcik na ścianę...

[ img ]

...i gdzie jak widać też się może coś... trafić. No... może nie każdemu...
Lody mają to świetne niezależnie od miejsca, więc przed odjazdem nie odmawiamy sobie tej frajdy.

[ img ]

Fajne jest to San Gimignano, ale...

...jedziemy do Sieny...
Mamy wyraźne szczęście do miejsc parkingowych, albo informatory ostrzegały zbyt mocno.

[ img ]

Pobyt w Sienie zaczynamy od obiadu w restauracji wybranej "z przewodnika"...

[ img ]
foto: Ewa
...bo nasi znajomi mają ważny powód, by znacząco uczcić ten dzień.

[ img ]
foto: Ewa
Zmierzamy na rynek Sieny, bo nie można tego odpuścić.

[ img ]

I rzeczywiście warto tam dotrzeć.

[ img ]
foto: Krzyś
Siadamy wprost na mocno pochyłym placu i podobnie jak setki innych... patrzymy.

[ img ]
foto: Krzyś
Po prostu patrzymy, wręcz gapimy się na fantastyczny ratusz i jego niebotyczną wierzę i na cały plac.

[ img ]
foto: Ewa
Próbujemy sobie wyobrazić te konie pędzące w Palio... No, mocno ryzykowny to musi być wyścig zarówno dla jeźdźców jak i koni. Ponoć zdarzają się także ofiary...

[ img ]

A kto by nie chciał mieć stąd pamiątkowego zdjęcia?

[ img ]

Na tym placu wszyscy fotografują... wszystko.

[ img ]
foto: Krzyś
Inna sprawa, że gdzie by nie spojrzeć, to tematy same wciskają się do aparatu...

[ img ]

Z daleka widoczna wieża w charakterystyczne pasy wskazuje nam drogę na plac pod katedrą...

[ img ]

Mniej okazała niż florenckie, ale także ładna loggia...

[ img ]

W tak rażącym słońcu biała w ciemne pasy elewacja katedry i jej wieży wydaje się aż świecić...
Trochę się porozchodziliśmy i nie dogadaliśmy co do wspólnego wejścia do katedry.

[ img ]

Piękna z zewnątrz i jeszcze piękniejsza w środku...
Fantastycznie intarsjowane, kamienne posadzki - niestety zbyt ciemno, by zrobić zdjęcie bez lampy...

[ img ]

Wspaniała kolekcja średniowiecznych śpiewników...

[ img ]

A nad nimi sklepienie...
We wnętrzach zdjęcia zrobiłem... takie sobie, więc warto obejrzeć profesjonalne - tu!
W podziemiach bocznej kaplicy sklepik z pamiątkami - proza życia...

[ img ]

W drodze do samochodu trafiamy na ciasnym placyku na ciekawą w formie fontannę z pomnikiem... pantery!

[ img ]
foto: Krzyś
Wystarczy się rozglądać, a na pewno coś ciekawego da się "ustrzelić"...

Wracając do domu przedyskutowaliśmy projekt powłóczenia się samochodem następnego dnia po okręgu Chianti... Ta nieudana próba degustacji spowodowała, że odpuszczamy i postanawiamy pobyczyć się. W końcu kolejnego dnia pojedziemy do Mediolanu, a tam czekają nas trzy bardzo wyczerpujące dni.
No i mamy w planie wspólną kolację pożegnalną z poznaną w Reggello włoską rodziną. Nie bez znaczenia był też znakomity smak wina ojca Giacomo...
Do tego także lepiej nie być zanadto zmęczonym...

27.07.2012 - Reggello i kolacja pożegnalna
Trochę się zraziliśmy do pobliskiego Reggello, gdy pierwszego dnia nie znaleźliśmy ani sklepu ani restauracyjki czy chociaż bar działającego po południu...
Ponieważ od dwóch dni byliśmy umówieni na tradycyjną kolację toskańską z Beatrice, Giacomo i ich małym Ricardo, przełamaliśmy niechęć i pojechaliśmy rano po zakupy tym razem do marketu właśnie w Reggello.

[ img ]
foto: Ewa
Po drodze Ewa strzeliła jeszcze jedną fotkę, bo chciała mieć coś toskańskiego w domu na ścianie.
Market w Reggello był tylko odrobinę większy niż ten, w którym się dotąd zaopatrywaliśmy. W każdym razie wszystko co było potrzebne, kupiliśmy.

[ img ]
foto: Ewa
Tu także na głównym placyku miasteczka przed magistratem ze sporym dzwonem w górnej części elewacji jak na kościelnej wieży, szykowali się do jakiegoś świętowania...
Potem oczywiście aż do popołudnia polegiwaliśmy na leżakach i kąpaliśmy się w basenie. Bez basenu to w czasie takich upałów nie dało by się tam chyba w ogóle żyć...

Umowa odnośnie kolacji była taka, że po zakupy mięsne pojedziemy wraz z Giacomo do jego zaprzyjaźnionego sklepu, on wybierze, my to mięso kupimy, on je przygotuje i dodadzą do tego wino z winnicy ojca Giacomo. Już sam sposób, w jaki Giacomo wybierał mięsiwa, budził szacunek do jego umiejętności kulinarnych. Inna sprawa, że równie zachwycająco dwaj starszawi sprzedawcy demonstrowani to co mieli, a sposób krojenia, ważenia i pakowania, to już była cała ceremonia epatowania profesjonalizmem. Zakupiliśmy tego mięcha jak dla plutonu wojska i przywieźliśmy. Tu Giacomo szybko rozpalił grilla, ale tak że dech zapierało.

[ img ]

Najpierw przy pomocy papierów i drewna rozpalił zwykłe ognisko pod rusztem, a potem nasypał na ruszt węgla - zaczęło buzować! Wtedy Giacomo zrzucił węgiel pod ruszt, a na wierzch nasypał następną porcję. Kiedy to wszystko ziało już ogniem jak hutniczy piec, zsypał węgiel pod ruszt, przetarł kratę oliwą i zaczął pieczenie.
Było, bynajmniej dla nas oczywistym, że w sześć dorosłych osób plus dziecko nie damy rady tego zjeść.
Jak on przygotował te pasy bekonu...!? Palce lizać!

[ img ]

Nam pozostało tylko przyglądać się i fotografować...

[ img ]

Mały Ricardo okazał się bardzo rozgarniętym, towarzyskim...

[ img ]

...i bardzo ruchliwym dzieckiem.

[ img ]
foto: Asia
Koronną potrawą był oczywiście ogromny beefsteak. Startował z ponad półtorakilogramowej bryły miecha z kością! Czymś to krótko nacierał i oklepywał. Potem opiekł na swym "hutniczym" piecu z jednej, potem z drugiej strony, pokroił w grube pasy i... kazał jeść. W środku to było zupełnie surowe, ale jak smaczne...!?

[ img ]

Giacomo też fotografował wykorzystując ogromną donicę jako statyw.
Humory szybko sięgnęły... zenitu.
Wynik był taki, że gdy Giacomo przyniósł drugą pięciolitrową butlę wina, nadmiary strawy już nie wydawały się takie nadmierne...
Na to wszystko Beatrice wniosła wielkie talerze sałat i przekąsek w kilku różnych kompozycjach - jedna smaczniejsza od drugiej.

[ img ]

Pobiesiadowaliśmy tego dnia i wzajemnie się ugościliśmy rzeczywiście długo i nad wyraz... dogłębnie. Ponoć na tym między innymi zasadza się toskańskość takiego posiłku.

[ img ]

Od początku atmosfera była wspaniała, a potem już tylko z każdą chwilą lepsza.

[ img ]

Nawinęła się nawet jakaś Dunka, która ponoć nie potrafiła już zliczyć, ile razy spędzała wakacje w tym miejscu...

[ img ]

Mały Ricardo ani myślał opuszczać tak rozbawione towarzystwo...
Na stole leży aparat Giacomo z maleńkim, ale bardzo przydatnym, bo mobilnym statywem, który mu sprezentowaliśmy...

W każdym razie o wczesnym wstawaniu i ostrej jeździe ponad 300 kilometrów do Mediolanu, by w terminie zdać samochód, mowy być nie mogło, co zresztą już wcześniej założyliśmy i zdecydowaliśmy, że dopłacimy za kolejny dzień wynajęcia samochodu, ale takiej przyjemności sobie nie odmówimy. Nie żałowaliśmy...
Wymieniliśmy się adresami, więc kontynuacje są jak najbardziej możliwe...
Późną nocą obejrzeliśmy jeszcze jak nasi defilują na rozpoczęciu Igrzysk Olimpijskich...

28.07.2012 - droga do Mediolanu
Jemy śniadanie, pakujemy sę i wyjeżdżamy - wszystko dobre kończy się zawsze za szybko!
Od wjazdu Incisa do zjazdu w Mediolanie mamy dokładnie 300 kilometrów. Płacimy opłtę autostradową dokładnie 20 €, czyli 84 złote. A ponoć 300 kilometrów spod Łodzi do Tczewa ma kosztować 60 złotych. Taniej!

[ img ]

Znów jesteśmy na Autostradzie Słońca i znów z tunelu wpadamy w tunel...
Nawigacja podprowadza nas pod hotel bez pudła, choć pojechaliśmy kawał miastem. Łatwiej i chyba szybciej by było wjechać do Mediolanu późniejszym zjazdem...
Szybko lokujemy nasze panie w pokojach i jedziemy na lotnisko oddać samochód. Wszystko ładnie i pięknie, ale zapomniałem po zamontowaniu nawigacji od razu "zapamiętać" w niej punkt podjęcia samochodu. Trzeba było żmudnie poszukać tego miejsca w przylotniskowej plątaninie estakad, a jeszcze wcześniej zatankować samochód do pełna. Wreszcie wszystko się udaje. Robimy dopłatę za spóźnione oddanie, kupujemy bilety na Malpensa Ekspres do stacji Cadorna, bo tam jedzie najbliższy pociąg.
Na Cadorna kupujemy dwudobowe bilety na metro i docieramy spoceni do hotelu, bo moja mapa jest przestarzała i wysiedliśmy o jedna stację za daleko.
Na szczęście hotelowe mapki są w pełni aktualne i moja mapa ląduję ostatecznie w walizce. Nie jest to pierwsza mapa Michelin'a, z której nie jestem zadowolony. Tyle, że tylko taką udało mi się kupić w kraju.

[ img ]

Wreszcie razem w czwórkę jedziemy na kolację do aperitif-baru, który Krzysztof rok wcześniej namierzył...
Znajdujemy go i... jest dobrze.

[ img ]

Potem jeszcze trochę spacerujemy podziwiając barwy wydobywane zachodzącym słońcem.
Od stolika jakiegoś baru obserwując zabawę w kotka i myszkę policji i czarnoskórych nielegalnych handlarzy podróbkami Gucciego i Lauren Vitone'a - oczywiście torby. Śmiesznie to wygląda.

29.07.2012 - Mediolan
Śniadania hotelowe są może mało wykwintne i smakują dość... standardowo, ale mają niewątpliwą zaletę - nie trzeba do nich robić zakupów, przygotowywać, nakrywać oraz po nich sprzątać...
W planie mamy zwiedzenie katedry mediolańskiej, więc jedziemy metrem na stację Duomo.

[ img ]
foto: Ewa
Gdy wychodząc z metra ujrzałem ją w całości i w słońcu, aż gębę otworzyłem: większej nie wiedziałem!
Na pocieszenie: nie ja jeden. Ponoć jedna ze ścisłej czołówki największych na świecie.

[ img ]

[ img ]

Idąc przez ogromny plac zbliżaliśmy się do katedry i ukazywały się nam powoli coraz drobniejsze szczegóły, za to w ogromnej ich ilości.

[ img ]
foto: Ewa
Ogromne witraże absydy...

Gdziekolwiek by nie spojrzeć, zachwyca mnóstwo detali architektonicznych - głównie rzeźb i kunsztownych ozdobników sztukatorskich.
Bez kolejki i bez biletów wpuszczają nas do środka, a tam akurat odbywała się msza. Wnętrze katedry jest tak wielkie, że na potrzeby mszy wydzielono ciemnymi szybami ledwie ćwierć nawy głównej - po reszcie włóczą się zwiedzający. Trochę to peszy, ale skoro tak tu jest przyjęte...
Gigantyczne, widziane wpierw z zewnątrz witraże, teraz oglądane od środka i pod światło robią jeszcze większe wrażenie...
Kłopot w tym, że do fotografowania tak ogromnych wnętrz potrzebne są naprawdę porządne lustrzanki. Moja została w domu...
Musiałem się zadowolić czymś zdecydowanie mniej rozległym. Znalazłem to pod stopami:

[ img ]

Kamienne intarsje posadzki... Naprawdę piękne!
Oczywiście obejrzeliśmy słynny mosiężny południk wtopiony w posadzką i "astronomiczną" dziurę w dachu, ale na południe nie chciało nam się czekać...

I w prezbiterium:

[ img ]

Kropielnica...

Zazwyczaj unikam atrakcji turystycznych typu: wjedź wysoko windą i popatrz sobie z góry, ale tym razem uległem namowom Asi i Krzysia, którzy tam już byli.
Bilety teraz nigdzie nie są tanie, ale za to bardzo komfortowo jadącą windą docieramy w kilka chwil na górę.

[ img ]

Wychodzimy bezpośrednio na kamienne płyty dachu nawy bocznej i od razu się zorientowałem, że było warto tu dotrzeć.

[ img ]

Czort z widokami na dachy Mediolanu, ale te misternie zdobione detale archtektoniczne katedry...

[ img ]

Oszałamiające ciągi symetrycznie powtarzających się kształtów...

[ img ]

[ img ]
foto: Ewa
Gdziekolwiek spojrzałem, chciałem robić zdjęcie...

[ img ]

Ale tu prawie każdy chodził z aparatem gotowym do strzału w rękach...

[ img ]

[ img ]
foto: Ewa
Fronton Galerii Wiktora Emanuela na planie... piątym!

Gdyby ktoś mi powiedział, że rzeźb zdobiących z zewnątrz katedrę mediolańską jest pięć, albo nawet dziesięć tysięcy, to będąc otoczony nimi z wszystkich stron i ciągle natykając się na nowe ich grupy bym uwierzył.

[ img ]

Wychodzimy na płyty dachu nawy głównej i czujemy się jak na ogromnym deptaku wśród wycyzelowanych, ozdobionych chmarą rzeźb wieżyczek...

[ img ]

Strasznie nie lubię zdjęć "ja-na-tle", ale tu takie zrobiłem...

[ img ]
foto: Ewa
...i o takie poprosiłem...

[ img ]
foto: Ewa
Ale się nadłubali w tym kamieniu...!

[ img ]

Miasta oglądane z góry to głównie dachy i ewentualnie wąwozy dużych arterii. Mediolan też tak wygląda, ale ma dodatkowo naprawdę dużą ilość ogrodów na dachach. Są takie miejsca, że do złudzenia przypominają małe skwery. Niektóre drzewa tam rosnące mają pnie grubsze od tułowia dorosłego człowieka. Jak wielkie muszą być donice, w których to rośnie? Rośnie...? Mnóstwo tych roślin kwitnie!

[ img ]

Gdyby nie porażający upał i promienie słoneczne odbijające się od jasnych kamiennych płyt dachu, można by tam siedzieć do późnego wieczora...

[ img ]

Koronki, koronki...!

[ img ]

Zrobiliśmy tam mnóstwo fantastycznych zdjęć...

[ img ]

Zjeżdżamy na dół i kierujemy się do Galerii Wiktora Emanuela.

[ img ]

Gdybym wiele lat wcześniej nie widział moskiewskiego GUM-u, to może bym się zachwycił. Nawet łączna powierzchnia szkłem pokrytego skrzyżowania ulic jest dużo mniejsza nie mówiąc o tym, ze poza parterem nic więcej nie jest udostępnione. W Moskwie ćwierć wieku temu działało wszystko na każdym z czterech pięter.

[ img ]
foto: Ewa
Ale piętą bykowi jaja przytarłem...

[ img ]

Wychodzimy na plac przed teatrem La Scala. Też jakoś nie wzbudza to zachwytu. Secesyjna elewacja i wystające nad nią bardzo nowoczesne w kształcie hale nadscenowe...

[ img ]

Dobra, miejsce jest słynne, więc robimy zdawkowe fotki na tle repertuaru i... chowamy się w cień, bo praży niemiłosiernie.

[ img ]

Jeszcze jedno spojrzenie na teraz już w pełni oświetlony słońcem fronton katedry...

[ img ]

Wracamy do hotelu, by się odświeżyć i trochę odpocząć...

[ img ]
foto: Ewa
...a przy okazji sprawdzić w internecie, co się dzieje na Olimpiadzie?
No... działo się dla naszych niewiele... dobrego!
A wieczorem znów ten sam aperitif-bar sushi, bo... nam wczoraj smakowało.

30.07.2012 - Mediolan
Trudno być kilka dni w Mediolanie i nie zobaczyć tamtejszego, wielkiego Dworca Centralnego - Stazzione Centrale.

[ img ]

Wielkie, monumentalne, lecz w sumie ponure, a więc budzące więcej złych niż dobrych emocji gmaszysko zbudowano w środku miasta. Bagatela - 23 tory i tyleż peronów budzi uznanie, ale ruchome schody obsługują tylko dwa pierwsze poziomy. Na poziom peronów prowadzi przeogromna klatka schodowa, ale wind jest zaledwie kilka i wiecznie zajęte obsługą niepełnosprawnych. Gdyby przyszło wtargać ciężkie walizy na te perony - nam przyjdzie! - to chyba na więcej przekleństw niż słów zachwytów zasłużyli budowniczy tego molocha. Duch Mussoliniego, a i chyba jego najlepszego kumpla protektora snuje się po ścianach wielkich hal. Orły w najprzeróżniejszych pozach i grupach... Jak by do tego jeszcze puścić z megafonów Wagnera, to... strach się bać!
Naszła mnie refleksja dość niemiła: Taki mediolański PKiN...!

W sporym markecie na Corso Buenos Aires zrobiliśmy zakupy prowiantowe: jakieś gorące porcje kurczaka z rożna, do tego bagietka i oczywiście napój pasujący do tego, czyli wino wraz z korkociągiem, bo nasz został w hotelu. Po krótkim spacerze w boczne uliczki znaleźliśmy cichy, dobrze ocieniony wielkimi drzewami skwer (via Morgagni) i na jednej z ławek zrobiliśmy sobie... piknik. Trochę nas dręczyły obawy, czy aby nie łamiemy tym jakichś miejscowych przepisów, ale nikt się jakoś nie przyczepił. A może tylko... nie zdążył...? W każdym razie nazwa "menel-lunch" przypasowała nam do tego posiłku jak ulał.
Zapragnęliśmy jeszcze trochę oddechu od wielkomiejskiego ogromu, więc... aczkolwiek wcale nie zasępieni... skierowaliśmy się w kierunku bodaj największego mediolańskiego parku - Parco Sempione. Metro rozwiązuje takie pomysły w kilka chwil...

[ img ]

Już z daleka zobaczyliśmy ogromną fontannę, w której brodziły nie tylko dzieci, ale też dorośli. Tych drugich było zresztą zdecydowanie więcej.

[ img ]

W jednym z ogródków wypiliśmy jeszcze po sporej kawie z ekspresu i...

[ img ]

...też dołączyliśmy do moczących stopy w wodzie, bo upał był wręcz morderczy. Jasne, że zrobiliśmy przy tej okazji sporo zdjęć...

[ img ]

Tuż za fontanną zaczynał się wielki mur, a za nim przeogromny Pałac Sforzów, a właściwie zamek...
Jak by nie było, po królowej Bonie i nam się jakieś prawa do niego należą...

[ img ]

Chyba trzeba zaakceptować fakt, że większość zabytków na całym świecie jest przynajmniej w częściowej rekonstrukcji czy remoncie...
Ale i to co było nie zasłonięte wzbudzało szacunek...

[ img ]
foto: Ewa
Z tym, że jednak do "naszego" Malborka to ten zamek nawet nie ma startu...

[ img ]
foto: Ewa
A i Wawel jest zdecydowanie ładniejszy.

[ img ]

Tuż za zamkiem zaczynał się wielki park - Parco Sempione.

[ img ]

Już na samym początku widok po osi parku na ogromny łuk triumfalny z wieńczącym go sześciokonnym rydwanem -sekstygą? - dawał skojarzenia z Bramą Brandenburską. Trochę sztywniacko to wyglądało... Na szczęście w tym parku ludzie chodzili, leżeli, a niektórzy nawet spali wprost na trawnikach. Dzieci bawiły się przy piknikujących opiekunach...

[ img ]

Niektórzy pozowali się na... kwiaty...

[ img ]
foto: Ewa
Inni wkomponowywali się w parkowe mostki...

[ img ]
foto: Ewa

A w wielkim stawie pływało mnóstwo najprzeróżniejszych ryb...

[ img ]

...i żółwi!

[ img ]

Nie ma brzydkich kwiatów!

[ img ]
foto: Ewa
Byle nie zgubić relacji terenu do... mapy!

I tu dało się usiąść i wypić coś zimnego...
Oczywiście nie zabrakło też bud z "oryginalnymi" torbami Gucciego z "prawdziwej" skóry, nie wiem czy prosto, ale na pewno z...Chin.

[ img ]
foto: Ewa
[ img ]
foto: Ewa
W czasie upałów brodzenie w fontannach może się ponoć stać nałogiem!

[ img ]

I właśnie takiego pomnika im tam brakuje!

[ img ]
foto: Ewa
Mojej Pani się właśnie skończyła pojemność karty w aparacie, więc musiałem coś z tym aparatem zrobić... w środku fontanny.
Mój mi został oczywiście zabrany!
Nie narzekam! W końcu bez tego bym się nie doprosił fotki zrobionej moim aparatem.

Znów wróciliśmy do hotelu, by się odświeżyć i nieco odpocząć.

[ img ]

Katedra mediolańska nocą, to jest to co naprawdę trzeba zobaczyć mając do dyspozycji choćby tylko jeden tu wieczór. Przepięknie oświetlona ze wszystkich stron i otoczona równie ciekawym placem zapełnionym turystami z całego świata. A jak turyści, to oczywiście i miejscowy "kwiat" handlujących "z ręki" czym się da. Nam próbowali wciskać najprzeróżniejsze bransoletki wyplatane z kolorowych sznureczków...

[ img ]

Tego dnia, upsss... tej nocy śpiewał i grał na gitarze jakiś facet... Znane kawałki dość mocno poniewierał, ale i tak robiło to fantastyczny klimat. Po prostu usiedliśmy na ziemi pod jakimś metalowym ogrodzeniem... Patrzyliśmy, słuchalismy i chłonęliśmy klimat tej ekscytującej nocy
Tak siedzieć bezczynnie to tam się nie da...
Wypatrzył nas bengalski, jak się później okazało, handlarz róż, bo trudno go było nazwać kwiaciarzem...

[ img ]

No i bardzo dobrze, że nas zaczepił, bo naszym Paniom należało się solidne i właśnie kwieciste podziękowanie, że z nami prawie pełne dwa tygodnie wytrzymały w dość trudnych warunkach iście tropikalnej podróży.
Można sobie pożartować, ale...
- ta wycieczka trwała 13 dni,
- "zrobiliśmy" sporo ponad tysiąc kilometrów samym samochodem nie licząc przelotów, przejazdów metrem, że o sporej ilości przebytych pieszo nie wspomnę,
- zwiedziliśmy 13 miast, w tym dwa ogromne i bardzo zabytkowe!

[ img ]

Może i przepłaciliśmy za te róże, ale kto by tam akurat w taką noc i w takim towarzystwie... liczył...?

31.07.2012 - Ostatnia Wieczerza i powrót do kraju
To już ostatni dzień naszej podróży. Pokoje hotelowe trzeba było opuścić do 12-tej, więc zaraz po sniadaniu szybko spakowaliśmy walizy i przenieśliśmy je do wydzielonego pokoju-przechowalni. Sami zaś udaliśmy się obejrzeć Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinchi, bo tak sobie zaplanowaliśmy i tak Krzyś zarezerwował i wykupił nam wejściówki.
Dojechaliśmy metrem za szybko, więc... ogródek pod parasolami i kawa. I oczywiście gratisowe przekąski. Ci Włosi umieją jednak wzbudzać sympatię.

[ img ]

Miejsce, gdzie znajduje się słynne malowidło nie należy do okazałych...
Samo obejrzenie unikalnego zabytku doprowadzone jest do perfekcyjnej wręcz procedury: Bilety kupione lub odebrane, trzy kolejne kurtyny przez które trzeba przejść, a one się za każdą grupą zamykają, by wreszcie przez oszklone drzwi zobaczyć jak obsługa bezceremonialnie wygania poprzednią grupę i zostać wpuszczonym do zapewne bardzo precyzyjnie klimatyzowanego pomieszczenia, gdzie na ścianie znajduje się to jedyna na świecie malowidło.
Jakie wrażenia?
A, to już trzeba samemu doświadczyć...
W każdym razie bym sobie nie darował przepuszczenia takiej okazji.

[ img ]

Jest oczywistym, że tej fotki nie strzeliłem z oryginału, a z kopii, którą tam kupiłem...

[ img ]

Znów idziemy do tego samego baru, by uzupełnić w organizmach "płyny"...
Tym razem obsługuje nas miejscowa piękność o bardzo hinduskich rysach twarzy. No i okazała się córką Hinduski i Włocha...
A właściciel baru zobaczywszy tych samych klientów osobiście serwował nam deski z kanapkami - naprawdę świetnymi!

No i zaczął się nasz powrót...
Najpierw w upale spory spacer z walizami do metra. Na szczęście walizy miały kółka i żadne nie nawaliło!
Potem szybka jazda metrem na Centrale...
Te cholerne, wielkie i długie schody dworcowe - niech je szlag trafi!
Szybkie szukanie automatów biletowych na Malpensa Express - mamy tylko minuty do odjazdu pociągu!
Ślamazarna, po remontowanych torach jazda ponad 50 kilometrów z centrum Mediolanu na lotnisko - nadal jesteśmy prawie "na styk" z czasem...
Sprawna odprawa bagaży i nas...
Bezcłowy... wiadomo!

[ img ]

Z "rękawa" wchodzimy wprost na pokład samolotu, a tam wita nas polska załoga!

[ img ]

Lot bez historii i z tak samo jak poprzednio z bezsmakowymi kanapkami.

[ img ]

O zmierzchu lądujemy na krótką przesiadkę w Warszawie...
Dokładnie z rozkładem "jazdy" o wpół do dwunastej w nocy lądujemy w Gdańsku i odbiera nas zamiast umówionego brata Asi, a ich własny syn, co jest oczywiście ogromnym i bardzo miłym zaskoczeniem nie tylko dla jego rodziców.
W tak zwanych międzyczasach licznych i frapujących zajęć ostatnich dni udało się nam ustalić, że ewentualny następny nasz wspólny cel to weekend majowy 2013 na Maderze albo w Madrycie...
Mnie się ten pomysł spodobał od razu.


P.S.: A teraz, skoro już to wreszcie napisałem, mogę sobie odpocząć. za chwilę jednak pojadę na tydzień z synem i wnukiem w Bieszczady - http://skibicki.pl/forum/viewtopic.php?f=43&t=2362
Jak zwykle - fotki wstawione, a nie podpisane co do autorstwa są moimi.

Udział wzięli:
- Asia,
- Ewa,
- Krzysztof - mąż Asi, pomysłodawca, organizator, sprawca i spiritus movens tej całej naszej wyprawy,
- Paweł, czyli Mundek - narrator tej relacji.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10626
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Toskania - lipiec 2012

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 5 wrz 2012, 14:55

TakiJeden napisał(a):Finis coronat opus, czyli tekst i ilustracje w końcu w komplecie na swoim miejscu...

Nie do końca, bo cały czas czekam jeszcze na fotki znajomych...
TakiJeden napisał(a):...jakimż to znowu systemem, Zygmuncie, nagle zostałeś Pawłem?

Być może nagle, ale strasznie dawno temu...
I na pewno w pełni formalnie.
A było to tak: gdy miałem jedenaście lat, ówczesny biskup łódzki Michał Klepacz mrucząc coś pod nosem, maznął mnie gęstym olejem po czole, dał z lekka w pysk i nazwał... Pawłem, bo karteczkę z takim imieniem mu wpierw podałem. :biggrin:
Jeszczem go za to musiał klęknąwszy w pierścień pocałować... :oops:
Prawdę mówiąc od tamtego czasu Zygmuntem to ja jestem tylko w dokumentach, a skoro tak się podpisuję, to i na forach...

A z tymi naleciałościami to po kolei:
Na początku był... chaos...
Pierwsi się skrzyknęli czechofile, bo Dubrawka...
Potem italofile, bo Watykan, wreszcie Bona...
Trochę rusofile, bo carowie...
Za nimi frankofile, bo Napoleon...
Tych wyparli germanofile, bo zabory...
Znów rusofile, bo... wiadomo...
Teraz amerykanofile... niestety...
Niech ich wszystkich za bezmyślne naśladownictwo szlag trafi!

Mnie bardziej interesują porozrzucane po Europie i świecie polonica...
We Florencji bodaj najwięcej ich w bazylice Santa Croce...
Między kilkoma innymi grób Michała Ogińskiego - ten od Pożegnania Ojczyzny.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10626
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Re: Toskania - lipiec 2012

Postprzez TakiJeden » Śr, 5 wrz 2012, 17:44

A z tymi naleciałościami to po kolei:

Ale ja nie pisałem o naleciałościach... Pisałem o kaflu z florenckiego warsztatu Lukki della Robbii, będącym kopią płaskorzeźby z kantorii florenckiej katedry -- dzieła tegoż artysty, obecnie w muzeum katedralnym -- który to kafel zdobił, zapewne z innymi podobnymi, piec albo co innego w zbudowanym przez wojewodę Piotra Firleja zamku w Janowcu nad Wisłą... zaś gdy zamek popadł w ruinę i ów piec(?) diabli wzięli w ramach recyklingu został wmurowany w ścianę domu w rynku.
O tym kaflu i ustaleniu jego związku z kantorią florencką della Robbii czytałem w Notatniku Janowieckim, później miałem okazję wysłuchać znakomitej prelekcji p. prof. Bożeny Fabiani (cykl "W stronę Sztuki" II program PR, w niedzielę rano) poświęconej życiu i dziełu tego artysty, gdzie mówiono o kantoriach florenckiej katedry, a była też i mowa o podjętej przez niego w późniejszych latach niemalże przemysłowej reprodukcji swych dzieł rzeźbiarskich w palonej i glazurowanej glinie...
Bez tego wszystkiego nie wiedziałbym pewnie o tym artyście, a tak, o ile wybiorę się kiedyś do Janowca, postaram się obejrzeć ten dom, w który ów kafel jest wmurowany, a jeśli mi będzie dane pojechać do Florencji, wybiorę się do Museo delle opere del Duomo...

No cóż, miewam czasem styl mętny i pokrętny, dygresyami nafaszerowany, po kiplingowskim Wężu Skalnym Pytonie odziedziczony, i pewnie on to zwiódł interpretację mojej poprzedniej notki ;)
TakiJeden
 
Posty: 1457
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Re: Toskania - lipiec 2012

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 23 sty 2013, 17:23

TakiJeden napisał(a):jeśli mi będzie dane pojechać do Florencji, wybiorę się do Museo delle opere del Duomo...

Z tymi planami odnośnie zwiedzania Florencji to trzeba być bardzo stanowczym. Tam się jest zawsze za krótko. Zawsze by się coś jeszcze chciało zobaczyć. Zawsze brakuje czasu.I zawsze coś jeszcze zostaje do obejrzenia przy następnej okazji... A jak się już było wszędzie, to zazwyczaj się okazuje, że w kilku miejscach się było zbyt krótko i się oglądało zbyt pośpiesznie... Tak to przynajmniej relacjonuje Jerzy Stuhr, który we Florencji pomieszkiwał przez dobre kilkanaście lat...
A co do florenckiego rzemiosła...
Kilka zabytkowych rzeczy widziałem, kilka współczesnych miałem w rękach i... chylę czoła.


Ostatnio przesunięty w górę Śr, 23 sty 2013, 17:23 przez: Zygmunt Skibicki.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10626
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Opowieści, relacje...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości