Szliśmy do Savony - listopad 2005

Tomiki opowiadań oraz relacje z podróży

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Szliśmy do Savony - listopad 2005

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 16 gru 2009, 10:23

W razie wątpliwości co do użytej terminologii warto zajrzeć do - Słownik terminów żeglarskich

Pogodne, ale wreszcie nieco wietrzne przedpołudnie na Morzu Liguryjskim dawało nadzieję na ciekawą wachtę. Dość już mieliśmy „suszenia prania”, bo jakże inaczej nazwać płasko zwisające z rei i sztagów żagle? Północno wschodni, jesienny już wiatr wcale nie niósł ze sobą znanego nam z kraju zimna. Płótna na tym wietrze powypinały się malowniczo i choć w każdą operację linami trzeba było wkładać znacznie więcej wysiłku niż wcześniej, cieszyliśmy się.
Poprzednia wachta postawiła prawie wszystkie żagle. Nam pozostawało tylko dobre ustawianie ich na prawie niezmiennie wiejącym wietrze. Kurs też się prawie nie zmieniał, bo z niezbyt zatłoczonej w tym rejonie Zatoki Genueńskiej celowaliśmy „naszą” Pogorią wprost w Savonę – tam mieliśmy dopłynąć, a przynajmniej taki był zamierzony i uzgodniony z portem cel.
Na znacznie pochylonym w lewo pokładzie wciąż się coś działo. Jakieś siedemset, a może i osiemset metrów kwadratowych żagli gnało nas nieźle, ale też miało swoje wymagania. Założenie bowiem było takie, by możliwie najbliżej portu podejść na żaglach i dopiero przed samymi główkami odpalić silnik. Oszczędzanie paliwa to potrzeba każdego żaglowca. Z jednej strony była to dla nas frajda, bo „jazda” żaglowcem na silniku, to mizerna atrakcja. Miało to jednak także znaczenie praktyczne, bo w czasie naszego rejsu wiatrów prawie nie było i zużyliśmy sporo ponad miarę paliwa. Ach, te koszty…
Do sprawnego zrzucenia żagli podniesiona została także poprzednia wachta. Moja, czwarta wachta miała się zająć najbardziej skomplikowanym masztem - rejowym fokiem. Oficerowie pokładowi wyjaśniali, co po kolei będziemy robili i rozdzielali funkcje. Oczywiście najbardziej skomplikowana sprawa to było odnalezienie poszczególnych lin na naglach, by zrobić dokładnie to, co miało być zrobione.
Lubiłem tę robotę - zwłaszcza ponad pokładem. Bez żadnego stresu, zawsze chętnie drapałem się na kolejne reje. O, jakże przydatne okazywało się na morzu doświadczenie z górskich wspinaczek: szacunek do ekspozycji, ale bez paraliżującego strachu i „czucie” kolejnych stanowisk. To wcale nie takie proste dla nowicjusza morskiego, gdy ma sam z dala od oficera pokładowego, ileś tam metrów nad kołyszącym się pokładem, na drzewcach kreślących po niebie fikuśne linie wybrać, w którą z mnóstwa lin wpiąć karabinek swojej lonży bezpieczeństwa, i z którą z nich zrobić to, co akurat było potrzebne.
Nie cierpiałem tylko absurdalnej - moim zdaniem - uprzęży żeglarskiej. Przy „kucanej” próbie odpadnięcia olbrzymia klamra uprzęży trafiała dokładnie w zęby odpadającego, albo co najmniej w brodę, gdy człowiek nie ścisnął się uprzężą do granic… rzężenia. Gdybym znał to ustrojstwo wcześniej zabrałbym z domu moją niezawodną uprząż wspinaczkową, która co prawda także obciska mocno, ale za tyłek, a nie w klatce piersiowej i po prostu mam do niej pełne zaufanie. Nawyki…
W tym właśnie momencie oficer mojej wachty odesłała mnie do steru. Miał być to mój pierwszy raz za sterem niemałego żaglowca. Trochę się poczułem jak przed pierwszym razem za kierownicą samochodu. Kiedyś musiał ten moment nastąpić, choć nie paliłem się za bardzo z racji nie najlepszego wzroku. Na Pogorii kompas kursowy przed oczami sternika, to jest elektroniczny ekran z obracającą się tarczą. Jest wprawdzie także wskaźnik ze strzałką określającą aktualny kurs, ale wolałem już ten ekran cyfrowy. Okulary słoneczna... zapomnij! A moje korekcyjne zostały na koi...
- Kurs 280! – teraz nasłuchiwałem już dokładnych komend z kabiny nawigacyjnej.
- Jest 280! – odpowiedziałem po chwili.

[ img ][ img ]

Tyle ze swego stanowiska widzi do przodu sternik STS Pogoria, a jak nieco wychyli się w lewo, zza białej zejściówki dostrzeże z odległości kilku metrów wskaźnik kierunku wiatru... co bywa ważne. Na prawym zdjęciu obydwie busole. Ta częściowo zasłonięta kołem o wiele mniej czytelna.

Za dużo to sternik ze swego stanowiska i tak nie widzi. Do dziobu daleko, a to co jest przed nim zasłaniają maszty i żagle. Od patrzenia to są ludzie na oku , radar i inne przyrządy nawigacyjne. No, nie jest to w pełni porównywalne zajęcie z kierowaniem samochodem. Tu liczy się głównie praca zespołowa, sternik jest tylko odpowiedzialny za utrzymanie nakazanego mu kursu. Za to musi działać z pełnym skupieniem i reagować na każde, najmniejsze nawet odchylenie od kursu, bo wpływ prądów wody, fal, wiatru i aktualnego ustawienia żagli wcale nie jest stały, a wszystko to jeszcze komplikują kolejne decyzje płynące z kabiny nawigacyjnej.
- Kurs 275!
Robię spore odchylenie steru w lewo i gdy już na kompasie widać że „idzie” i zbliża się do kursu zamierzonego, niewielka i krótka kontra w prawo. W końcu pływanie to takie stałe... „poślizgi”.
- Jest 275!
Nawet nie było to takie trudne. Równo wiejący wiatr nie męczył nas ani zmianami swego kierunku ani porywami, a jego siła dawała dobrą sterowność. Moi koledzy, którym wachta za sterem wypadła przy mizernym wietrze ostrzegali, że można do upadłego kręcić kołem sterowym w obie strony, a „balija” i tak płynie tam, gdzie chce. Dopiero duże odchylenia płetwy sterowej okazywały się wtedy skuteczne. Ja nie miałem takich problemów. Już nieznaczne ruchy kołem szybko przekładały się na skutek na busoli kursowej.

[ img ]

Pełne skupienie i dłonie delikatnie na rumbach...

Zacząłem się trochę rozglądać. Od strony dalekiego jeszcze brzegu zbliżało się kilka niewielkich jednostek, o których ostrzegali z oka – ekranu radaru nawigacyjnego nie widać zza steru. Tak to już bywało także w okolicach innych portów, że liczne jachty wychodziły nam naprzeciw, by pooglądać sobie duży, płynący żaglowiec. Przepływające obok nas na morzu także robiły kółko wokół nas i dopiero po tym odpływały w swoją stronę. Czasem nawet trzask migawek było słychać, choć i my robiliśmy sporo zdjęć tym jednostkom, bo niektóre były nad wyraz okazałe. W portach przychodziło sporo ludzi do nas na keję także wyraźnie tylko po to, by popatrzeć albo pofotografować się na tle wyjątkowego statku. Co tu dużo gadać, dumni byliśmy, że z niezbyt bogatego kraju pochodząc, mogliśmy tyle szyku zadać wśród nad wyraz bogatych jednostek pływających po Morzu Śródziemnym.
Teraz też zaczęło się wokół nas kręcić kilka bajeranckih jachtów. Każdy robił po kilka kółek wokół Pogorii, opstrykiwali nas, obfilmowali i rączo na potężnych pewnie silnikach zmykali do innych atrakcyjnych zajęć. Jachtu żaglowego nie widziałem tego dnia.
- Kurs 285! – głos kapitana przywoływał do obowiązków. Teraz to on sam stanął na mostku i objął dowodzenie.

[ img ]

Konsoleta mostka STS Pogoria - w stacyjce klucz z białą gałką. Z górnych czterech wskaźników, pierwszy od lewej wskazuje kierunek wiatru względem diametralnej. Jak widać, szliśmy prawym halsem przy bajdewindzie do półwiatru. Po prawej wejście do kabiny nawigacyjnej.

Mostka kapitańskiego tak po prawdzie to na Pogorii nie ma. Po prostu, tuż przy zejściówce do kabiny nawigacyjnej jest pulpit sterujący głównym silnikiem oraz kilka wskaźników nawigacyjnych i tam zazwyczaj przebywa dowodzący wachtą oficer. Gdy staje tam kapitan, nikt nie ma wątpliwości, po co on to robi…
Lubiliśmy naszego kapitana, do którego według jego życzenia zwracaliśmy się zawsze po imieniu, ale każde jego polecenie było wykonywane natychmiast i nieodwołalnie, choć po czasie można było go wypytać dokładnie, dlaczego akurat tak w konkretnej sytuacji zdecydował. Dał się nam poznać jako stanowczy, ale spokojny dowódca. W przeciwieństwie do oficerów nie pokrzykiwał bez wyraźnego powodu.
- Górnego marsla zrzuć! – luzowano szoty i natychmiast ciągnięto odpowiednie gordingi i gejtawy .
- Kurs 280!
- Dolnego marsla zrzuć! – jedne liny zdejmowano z nagli, inne szybko buchtowane trafiały na swoje kołki. Kolejne żagle luzowano i zwijano. Wielkie płótna znikały: jedne zjeżdżały w dół, a te rejowe podjeżdżały do góry. Zmieniała się sterowność.

[ img ]

Prawe nagielbanki, wanty i na nich wyblinki STS Pogoria

Zrzucenie każdego żagla zmniejszało wpływ wiatru na kierunek płynięcia. Im mniej płócien pracowało z przodu, tym bardziej kurs „uciekał” na wiatr. Pogoria coraz bardziej traciła trwałe pochylenie na lewą burtę, ale i wyraźnie zwalniała, co musiało zmniejszyć jej czułość na wychylenie płetwy sterowej. Musiałem coraz mocniej kręcić kołem…
Nadleciał biały helikopter z zielonym pasem i czytelnym z daleka napisem - Carabinieri. Pomyślałem, że widocznie coś jest nie tak, ale gdy zobaczyłem otwierający się boczny właz i zabłysły obiektywy, wszystko było jasne: ciekawscy, a może miejscowe media przyleciały popatrzeć. Pewno wieczorem będziemy na ichniej TV…
Powoli ustawiono wszystkie reje dokładnie prostopadle do osi Pogorii i zablokowano je w tym położeniu. - Pewno zaraz pójdą na reje poukładać płótna żagli do klaru na wejście do portu – pomyślałem, ale nic takiego się nie stało. Za to zaczęto porządkować wszystkie liny porozrzucane po pokładzie. Porządek na pokładzie, to był „konik” bosmana, a jemu lepiej się było nie narażać. Zresztą on sam swą wiedzą i siłą fizyczną pomagał w operacjach z żaglami i zanim poszedł do innej roboty, wydawał szybkie polecenia odnośnie splątanych na pokładzie lin. Pod jego okiem bardzo szybko znikał ten bałagan.
Coś dziwnie głośno rozgdakało się nasze pokładowe radio. Nie za dużo słyszałem, ale chodziło chyba o nasze wejście do portu. Bardziej z tonu głosu kapitana, który zszedł do nawigacyjnej, niż z ledwo odróżnialnych słów domyślałem się, że są jakieś problemy. W końcu po to jest kapitan, by je rozwiązywać…
Na mostku pojawił się nasz główny mechanik. On rzadko wychodził na pokład. Zazwyczaj robił to tylko dla uruchomienia silnika, co znaczyło że przez jakiś czas wszyscy będziemy leciuteńko wibrować. Tym razem byłem mu jednak wdzięczny, bo na coraz wolniej zbliżającej się do portu Pogorii moje sternicze starania robiły już tylko minimalne wrażenia. Na silniku znów odzyskamy łatwą sterowność – pomyślałem. Trafienie takim statkiem w lukę między główki pirsów to wcale nie taka prosta sprawa, choć swój rozmiar – i to niemały – to owa luka ma. Pogoria... też.
W ograniczonym zasięgu wzroku zaczął zjeżdżać ogromny gafel grota . Nie dość że płótno ogromne, to jeszcze ten opasły „dyszel”. Popatrzyłem w górę, czy między dirki zjeżdża już bezan…
- Sternik! Patrz na kurs! – oficer naszej wachty była by chyba chora, gdyby kogoś nie ochrzaniła. Stała tuż za mną i najwyraźniej kontrolowała, jak sobie radzę. Skupiłem się zatem na kompasie, bo przecież moją głowę dobrze chroniła solidna nad sterem rama z pokaźnych rur.

[ img ]

Z nawigacyjnej słychać już było same krzyki, a nad naszymi głowami krążył inny już helikopter, ale fotografów w nim chyba nie było, choć zataczał ciasne kręgi w bliskiej odległości. Zastartował nasz silnik główny i rzeczywiście natychmiast dała się zauważyć powracająca czułość na ruchy steru. Teraz to rzeczywiście „jechałem” jak samochodem i nawet uwierzyłem, że bez niczyjej pomocy „wjadę” do portu, a samo „parkowanie” i tak zrobi kapitan jak zwykle osobiście…
Nad zejściówką ukazała mi się poczerwieniała twarz kapitana – nigdy wcześniej nie widziałem go tak wzburzonego.
- Kurs 100! – wrzasnął mi w twarz i zniknął. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, wystawił głowę jeszcze raz i dodał – Zwrot na wiatr! – chyba dopiero się zorientował, że mam obrócić Pogorię dokładnie o 180 stopni, a decyzja przez którą burtę, to już robota dowódcy. Mniejsze odchylenia kursu sternik robi „możliwie najkrótszą drogą”... o ile nie dostanie innego polecenia, rzecz jasna.
Teraz i mnie w ułamku sekundy zaszumiała w uszach adrenalina. Po naszej prawej, bo oczywiście odruchem kierowcy spojrzałem tam, gdzie miałem skręcać, nie było akurat żadnej jednostki. Zakręciłem kołem jak wiatrakiem, choć wcale nie było to takie łatwe. Mimo wspomagania potężną przekładnią opór odchylającej się na maksa płetwy dało się wyczuć. Aż się zdziwiłem, ile pełnych obrotów dało się zrobić, ale wreszcie poczułem pełny opór – ster był maksymalnie na prawo. Silnik ciągnął chyba całą mocą, bo siła odśrodkowa tak ostrego skrętu pochyliła pozbawione już żagli maszty i pokład znów na lewą burtę. Nic więcej już nie mogłem zrobić poza trzymaniem wyrywających się z rąk rumbów, więc spojrzałem w górę, czy przypadkiem ktoś nie jest na rejach, ale na szczęście nikogo tam nie było. W takim skręcie, z racji przecinania kolejnych fal pod co raz to innym kątem, czubki masztów zataczają po niebie spore i dość nieforemne figury… chwiejba na sto dwa!
Z lewej powoli przesuwał się pirs wejściowy do portu – był naprawdę blisko. Stał tam jakiś tłum i widziałem jak ludzie nam machali. Kiedy na busoli przesunęła się 50-tka, zacząłem odpuszczać ster, a po 80-tce już kontrowałem. Gładko udało się wejść w nakazaną „setkę” – nie wychyliłem się ponad kurs 105.
- Jest kurs 100! – dumnie wrzasnąłem i dopiero wtedy poczułem, że ręce i nogi mi drżą.
Z nawigacyjnej wychyliła się ręka kapitana i krótko to wszystko skomentował: szturmani... Wyciągnął prawą dłoń z kciukiem w górę. Nie liczyłem na taką pochwałę...
- Dobra robota! – oficer „po męsku” walnęła mnie w plecy i poszła do dalszych obowiązków. Cały czas stała chyba za moimi plecami. Trudno się jej dziwić – kamienny pirs był tuż tuż, a ja na Pogorii byłem dopiero cztery doby. To się mogło skończyć... różnie, także tragicznie.

[ img ]

Nasz kapitan Jarek Bałasz

Kapitan wyszedł zupełnie z nawigacyjnej, w której w międzyczasie zupełnie ucichło. Wyglądał jakby nic się nie stało. Rozejrzał się po morzu mocno zaciągając się papierosem.
- Bezan staw!
- Grota staw!
Znów po pokładzie zadudniły kroki - buchty z nagli poleciały w dół. Dopiero co wybrane na sztywno gordingi i gejtawy zluzowano i potężne płótna po kolei spadały spod rei, wielkie białe trójkąty sztaksla i kliwrów sunęły w górę wypełniając się wiatrem. Brasami obracano reje w odpowiednie położenie do wiatru, wybierano kontrbrasy. Ciągnięto szoty zaciekle pompując końcówki. Gafel bezana odjechał w górę na swoje zwykłe miejsce, a Pogoria pochylając się coraz mocniej tym razem na prawą burtę nabierała naturalnej swej szybkości. W ogóle nie zauważyłem, kiedy wyłączono maszynę główną. Spojrzałem na zegarek – nawet pół godziny nie minęło od momentu, gdy stanąłem za sterem. Szliśmy do Geui…
Wieczorem, po kolacji zagadnąłem kapitana.
- Co się stało z tą Savoną?
- Pokazówkę dla turystów sobie sk...syny zrobili. Najpierw wyrazili zgodę na nasze wejście do portu, a w ostatniej chwili zmienili zdanie. Ponoć miejsca na tak duży żaglowiec im zabrakło. Sam widziałeś, że to była dosłownie ostatnia chwila. Jeszcze moment, a musielibyśmy zawracać w porcie, o co im chyba właśnie chodziło. Wiesz… w takich miejscowościach atrakcje turystyczne trzeba tworzyć… biznes! Chrzanić to, Genua też jest fajna...
Właśnie staliśmy na genueńskiej kei żeglarskiej wśród wspaniałych jachtów i na wprost zapraszająco mrugających świateł barów. Wczesny wieczór zapowiadał się nad wyraz atrakcyjnie.
..................
To był rejs stricte turystyczny i to krótki, ale każdy uczestnik otrzymał po nim tak zwaną opinię żeglarską. Nie ma się czym chwalić, ale w mojej kapitan napisał: „Chętny i sprawny do pracy także na rejach, bardzo dobry sternik”. Jestem z tego dumny może właśnie dlatego, że nigdy nie zamierzałem zostać wilkiem morskim.

[ img ]

Fotka taka sobie, ale zrobili mi ją tuż przed zejściem z mojej pierwszej wachty szturmańskiej.

[ img ]

A to moja wzmiankowana opinia. Inny by się chwalił...

Livorno, Portovenere, Santa Margheriha, Genua, Imperia - październik/listopad 2005
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10918
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Powrót do Opowieści, relacje...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron