Ring of Giewont

Trzeci tom opowiadań - jeszcze nie wydany, ale część poczytać już można.
W druku na pewno pojawią się ze znacznymi zmianami... Przepraszam.

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Ring of Giewont

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 gru 2009, 16:25

W rzadko którym tatrzańskim schronisku przed ósmą rano można dostać coś do zjedzenia. Jeden z uroków Kondratowej polega właśnie na tym, że można się wieczorem umówić i bladym świtem zjeść ciepłe śniadanie, zrobić jakieś kanapki na drogę, zalać wrzątkiem termos i czmychnąć w góry dużo wcześniej niż doliny zaleją pstrokate i hałaśliwe tłumy. W pustej jeszcze jadalni skończyłem swą jajecznicę popchniętą pajdą chleba i gorącą herbatą. Dwie bułki przełożyłem plasterkami jakiejś wędliny i sera. Zakręciłem termos odruchowo sprawdzając szczelność przez odwrócenie go dnem do góry.
Wychodząc spojrzałem na zegarek. Dobrze jest – pomyślałem – szósta, to dobra pora do startu. Rześki, choć obiecująco pogodny poranek zachęcał do szybkiego marszu, ale nie miałem powodów do pośpiechu. Tę wycieczkę zaplanowałem sobie jeszcze głęboką zimą. Wiele razy przechodziłem przez schronisko na Hali Kondratowej taszcząc obładowany plecak z Tatr Zachodnich idąc w Wysokie albo na odwrót. Kilka razy spałem w tym najmniejszym z naszych schronisk tatrzańskich, ale dopiero po wielu latach wpadłem na pomysł, by zostawić tu ciężki wór i z lekkim jednodniowym przejść się dookoła Giewontu oczywiście omijając szczyt. Pomysł był wręcz banalny, bo to ani zbyt wysoko, ani znowu nie tak daleko, a w dodatku jakby coś nie tak z pogodą, to co chwila jest okazja by szybkim marszem szurnąć w kwadrans na którąś z górnych ulic Zakopanego. No, powodu do chwały to taka wycieczka z pewnością nie może stanowić.
Zazwyczaj wycieczki górskie rozpoczyna się od większego lub mniejszego ale zawsze męczącego drapania się pod górę jakimś wertepiastym szlakiem. Tym razem było zupełnie inaczej. Nie dość, że szlak łagodnie opadał w dół, to jeszcze wcale nie był wertepiasty. Ot, ceprowa ścieżka, którą w każdy pogodny dzień w sezonie przewala się w obydwie strony z tysiąc lub dwa luda wszelakiego autoramentu. Teraz, z racji pory, o której przeciętny urlopowicz w Zakopanem co najwyżej wstawał do toalety po zbyt dużej ilości wczorajszego piwa, ale zaraz na powrót owijał się w pościel i chrapał w najlepsze dalej, było tu cichuteńko, bo kompletnie pusto.
To znaczy, wcale nie było cicho. Śpiewały ptaki (trzeba by się kiedyś wreszcie nauczyć odróżniać je po głosie), szumiał wiatr w koronach świerków, co chwila jakaś gałąź trąciła o drugą, jakaś suchar spadał na ziemię i obsuwał nieco po pochyłości, zachlupotała woda w wąskiej stróżce cieknącej skroś kamieniami wyłożonego szlaku, zabzyczała koło głowy mucha. Moje buty też nie były bezgłośne. No i oczywiście nie było też pusto. Ptaki, owady, a zapewne i większe choć z natury cicho zachowujące się zwierzęta o takiej porze buszowały już po swych terenach. Pewnie niektóre z odległych trzasków gałęzi pochodziły od czegoś większego idącego podobnie jak ja swoją, dzisiejszą drogą. Tyle, że zwierzęta wcale nie są obligowane do chodzenia szlakami…
Pierwszy raz w życiu znalazłem się tak blisko „stodoły” na Kalatówkach. Z racji zupełnej dla mnie nieprzydatności tego schroniska nigdy w nim nie byłem nawet. Teraz też obszedłem je od tyłu i zaraz za parkingiem kilku samochodów dostawczych zagłębiłem się znowu w las. I tu droga szlakowa była dobrze utrzymana, choć już nie tak kamienista, bo i zapewne nieporównywalnie mniej uczęszczana. Było jeszcze chłodniej, bo szedłem w głębokim cieniu. Za to widoki robiły się coraz ładniejsze. Słońce powoli rozjaśniało obserwowane, coraz obszerniejsze obrazy.
Lekko wznoszącym się szlakiem zacząłem powoli okrążać wschodnie ramię Długiego Giewontu. Rozłożyłem kijki i zacząłem rytmicznie nimi „cykać”. To były moje pierwsze kijki teleskopowe. Wcześniej przez ćwierć wieku chodziłem na jałowcowych, wyciętych w Bieszczadach. Dobrze wysuszone, nie były cięższe od tych aluminiowych. Wklejone w nie na epidian wiertła widiowe wcale się jeszcze nie starły, ale skoro już jest dostępna taka wygoda, że można kijki złożyć, przypiąć do plecaka i nie „kosić” wszystkiego przy każdym obróceniu się. Uchwyty dobrze leżały w dłoniach. No i łatwo regulowane zaciskami pętle – to duże udogodnienie. Zmienna długość jakoś okazała się mało dla mnie przydatna. Może to nawyk z tamtych, starych…? Ciekawe jak długo wytrzymają ostrza w tym składanym cudzie?
Z kolejnych polanek otwierały się widoki na północno wschodnie, dobrze już słońcem oświetlone rejony Zakopanego. Niby taka wczasowa miejscowość, a jakim prawem tyle dymu nad całą doliną? Nigdy nie odczuwałem zamiłowania do tego miasta. Od zawsze natychmiast po przyjeździe uciekałem w góry. Widoków na zmianę tego zwyczaju jakoś owego dnia nie zauważyłem.
Wpadła mi w oko piękna pajęczyna cała operlona jeszcze rosą. Wyjąłem aparat i statyw, poprzymierzałem się, ale nie mogłem znaleźć dobrego ustawienia w stosunku do kierunku oświetlenia. Wreszcie było prawie dobrze, ale trzeba by jeszcze czymś doświetlić z boku. Że też zawsze musi mi się coś takiego przydarzyć! Mogłem przecież wziąć ze sobą choćby płat folii aluminiowej… Nic to! Nie pierwsza i nie ostatnia to taka okazja, że piękny widok zostanie jedynie w oczach. To też jest coś warte.
Minąłem pierwszą, potem drugą kładkę i nadal nie spotkałem nikogo. Tak blisko miasta, a tu pusto jak w najodleglejszych zakątkach Tatr! Było już po siódmej i na pewno pod kasami w Kuźnicach kłębią się już tłumy, które najcichsze momenty całego dnia będą przeżywały jedynie w czasie jazdy w dyndającej na linie, stalowej, zamkniętej puszce z od zawsze nie umytymi oknami…
Widoki na Goryczkowe i dalej na Czerwone też były ładne. Takie tam gadanie! Przy ładnej pogodzie to wszystkie widoki są ładne. Nawet gór do tego nie potrzeba. A sosnowy las nad cichym jeziorem w pogodny dzień to brzydki jest? A para łabędzi podrywająca się z wody do lotu to mniej fascynujący widok niż orzeł krążący nad górami? No, w górach to widoki są jednak inne, choć wcale nie koniecznie rozleglejsze. I pewno właśnie owa inność jest tak zauważalnie ładna. No i dobrze!
Dochodząc do polany pod Sarnią Skałą zobaczyłem wreszcie człowieka – po dziewczynie robiącej mi rano jajecznicę na Kondratowej to była pierwsza tego dnia widziana osoba. Mignął mi tylko między drzewami i zniknął wśród świerków zdążając na znany punkt widokowy. Siadłem wprost na trawie żeby nieco odpocząć i zjeść kawałek bułki – za kilka chwil wejdę zapewne w tłum zdążający przez Strążyską na Górę Wszystkim Ceprom Przeznaczoną…
Rzeczywiście schodząc do Strążyskiej z daleka już usłyszałem gwar. Jeszcze wśród świerkowych pni nie było nic widać, a już dobiegały niewyraźne, ale głośne pokrzykiwania. Od tego miejsca już do końca dnia nie oderwę się od tych wrzasków. Że też nie pomyślałem wcześniej! Przecież, gdybym tak wcześnie rano poszedł w drugą stronę, to przynajmniej do Grzybowca miałbym ciszę. Przeszedłbym potem ten pełen wrzawy kawałek w dół i uciekł tym podejściem, z którego właśnie schodziłem. Mądry po szkodzie…!
Kolorowe towarzystwo porozkładało się w pobliżu działającego już bufetu, przy którym kolejka raz malała, to znów rosła, bo nadchodziły z dołu kolejne grupki i oczywiście siadały gdzie popadło, bo… po to właśnie stał ten bar. Mało kto przechodził mimo i znikał na szlaku za mostkiem.
Przy mostku gotował się do kolejnego „łownego” dnia stary gazda- cwaniak, co to od lat łowił tu pstrągi „na lusterko”. Podciągnął powypychane, wyśmodruchane cyfrowane portki i owijał gołe stopy w duże szeleszczące reklamówki na to zakładając skarpety i kierpce – w końcu cały dzień będzie trzymał te nogi w paskudnie zimnym potoku. Jeszcze się dobrze nie zabrał do roboty, a już go obserwowała bacznie grupka gapiów. Zarobi i dziś…!
Podejście pod Przełęcz w Grzybowcu to nie jest coś trudnego, ale z racji mnóstwa gadających, narzekających na zbyt duże tempo, to znów namawiających innych do szybszego marszu ludzi, wśród których przyszło mi iść, szlag mnie trafiał. Na przebicie się na czoło tego tłumu i dalszą ucieczkę nie miałem szans z racji nie wczesnej już pory dnia. Prawdę mówiąc to najbardziej wściekałem się na siebie, że nie poszedłem tego dnia w odwrotnym kierunku. Nie miałem towarzystwa, więc nie było na kim wyładować tej złości. Musiałem to sam „w sobie” przerobić. To u mnie zawsze kończy się ostrym tempem marszu i oczywiście… zadyszką.
Gdy skończył się las i zaczęły rzednąć kosówki zabrakło mi wreszcie oddechu i zwolniłem. Oczywiście… w najgorszym do tego miejscu! Jest tam taki kawałek szlaku, gdzie jest on prawie poziomy. Szeroko rozdeptana ścieżka, po lewej rzednące krzaki a po prawej, na samym skraju paskudnego urwiska, pod samą jego krawędzią rośnie zwarty wał kosówki zasłaniający przepaść. To tam jesienią i wiosną na płatach śniegu zdarzają się poślizgnięcia kończące się na dole w… plastikowych workach. Co prawda, widoki są tam imponujące zwłaszcza na grupę Wielkiej Turni, Małołączniaka i dalej, ale to do tego miejsca gnają z góry wszyscy przyparci naturalną potrzebą na otwartej przestrzeni, by wreszcie sobie ulżyć. Wyżej po prostu nie ma gdzie tyłka schować. Z tej racji jest ten kawałek szlaku zasikany i zas..ny do nieprzytomności. Zwykle wiatr roznosi tam wszelką higieniczną galanterię papierową, a w upalne dni także… wiadomy smród. To był upalny dzień…
Zadyszany, ale chciałem to miejsce przejść możliwie szybko. Ścieżka jeszcze nie była nazbyt głazista i można się było rozglądać. Z kilkunastu metrów zobaczyłem niewinny na pozór, ale groźnie rozwijający się widok. Między kosówkami, na skłonie po lewej, niewrażliwa na wyjątkowe atrakcje zapachowe tego miejsca, ustawiała się spora grupka, a na ścieżce „przymierzał” się do nich z aparatem kilkunastoletni chłopak. Pokrzykiwał, by się ścieśnili, ale co chwila dochodzili do uwiecznienia następnie i dla uchwycenia w wizjerze wszystkich chłopak cofnął się o dwa czy trzy kroki. Szczęściem znalazłem się akurat tuż obok niego i złapałem za rękaw. Jedną nogę miał już tuż nad wywieszoną kosówką. Zanim się zorientował w sytuacji, spojrzał na mnie wzrokiem dość niemiłym, bo chwyciłem go dość bezceremonialnie i po prostu brutalnie odepchnąłem znad przepaści. Właściwie to wcale niczego mu nie wyjaśniałem. Spojrzałem tylko wymownie w dół za jego plecy, on też spojrzał i twarz mu w sekundzie pobladła. Przez dość rzadkie w tym miejscu gałęzie przebijał widok bardzo odległych skał…
- O k..wa! – usłyszałem.
- Miłego dnia – odparłem spokojnie, ale jakimś matowym z emocji głosem i… poszedłem dalej. Bo co też tam było jeszcze do wyjaśniania?
Na Wyżniej Kondrackiej, nieoficjalnie kiedyś zwanej Herbacianą, było już pełne biwakowisko. Ludzie siedzieli, niektórzy leżeli, coś jedli, pili, dzieciaki biegały wokół biesiadujących, a ponad tym wszystkim wznosił się wolno poruszający się, kolorowy pochód kandydatów na Zdobywców. Po drugiej stronie kopuły niektórzy już schodzili, ale różnica obciążenia obydwu szlaków wskazywała, że na samym szczycie tłum musiał być solidny i nadal gęstniał. Na dole do wejścia na wąski szlak stała spora kolejka, a co chwila ktoś się jeszcze w niej ustawiał. Strzeliłem ze dwie fotki tego paskudnego zjawiska i zszedłem na Niżną, gdzie też już było… kolorowo. To z kolejnych dwóch szlaków: od Kondratowej i z Małej Łąki dochodzili następni. Na pielgrzymujących szlakiem od strony Kasprowego przez Kopę było wszak jeszcze za wcześnie.
Na Niżnej Kondrackiej jest jednak sporo miejsca. Znalazłem takie jedno zaciszne, akurat jak na moje potrzeby, gdzie nie dochodziła już wrzawa i ułożyłem się wygodnie do posiłku. Na odpoczynek też już miałem sporą ochotę. Tak już mam, że zwykły, prosty posiłek, ale w takim fajnym miejscu smakuje mi wybornie. Do tego dobra, mocna herbata… marzenie! Może to stąd się bierze, że nigdzie wtedy nie muszę się śpieszyć? Może i wolniutko ustępujące zmęczenie ma w tym swój udział? A może to tych kilka chwil drzemki po posiłku, na co na nizinach nigdy sobie nie pozwalam? Mniejsza z tym. Jest mi w takich chwilach wręcz fantastycznie…
Czort wie, jak długo i błogo drzemałem, ale ocknąłem się, bo coś zasłoniło mi słońce. To nie był czyjś niemiły żart. To ciemne chmurzysko wylazło zza Czerwonych Wierchów i ostro gnało wprost na mnie. Chmura była nisko i niosący ją wiatr mocno kładł trawy. Już nie było tak upalnie. Za dużo łaziłem po Tatrach, by nie wiedzieć, jak to się za chwilę skończy. Szybko zgarnąłem do plecaka graty poza oczywiście dotąd niepotrzebną mi kurtką, którą najdalej za kwadrans na pewno założę i czmychnąłem do zejścia w Kondratową.
Jeszcze tylko krótko spojrzałem na kopułę Giewontu, gdzie nadal pstrokaty korowód piął się ku górze. Z obydwu „dolnych” szlaków wychodzili kolejni i natychmiast kierowali się dalej w górę. Pewnie chcieli zdążyć wejść na szczyt przed deszczem. Nie moje małpy, nie mój cyrk…
Kręcąc się ostro pomiędzy zdążającymi w górę gnałem co sił w nogach w dół. Zdążyłem opuścić się gdzieś do połowy wysokości Piekła, gdy zagrzmiało i prawie w tym samym momencie spadły pierwsze, duże krople deszczu, ale za chwilę zrobiło się zupełnie cicho. Gdy potężnie zagrzmiało, błysnęło i natychmiast lunęło na dobre, byłem już prawie na płaskim. Udało mi się, bo nie lubię śliskiej stromizny. Dopiero w tym momencie ludzie idący w górę zaczęli zwracać.
Dobrze jest zawrzeć z obsługą schroniska dobrą znajomość. Gdy doszedłem, cała jadalnie była nabita jak miejski autobus w godzinach szczytu. Przepchałem się jakoś przez to zlane deszczem towarzystwo i poszedłem się przebrać na górę. Potem napisałem na kartce starym zwyczajem: „Cokolwiek z obiadu. Zapłacę na górze.” Kartkę dyskretnie podałem w bufecie bezczelnie omijając kolejkę, w której stali chyba wszyscy w tej jadalni. Obiad był smaczny, a może tylko mój głód spowodował tak dobre wrażenie.
Po burzy nad Giewontem pojawił się helikopter. Pewno kogoś poraziło. A może tylko ktoś na zlanym deszczem wapieniu się poślizgnął i pokiereszował? Tam i na sucho jest ślisko. Następnym razem kółko wokół Giewontu zrobię jednak w drugą stronę.

Kondratowa, sierpień 1996
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez radek83 » Wt, 15 gru 2009, 21:53

Opowiadanie trochę zniechęca do odwiedzenia tej części Tatr :biggrin: Zawsze jak jestem w tym rejonie to ludzi jest zatrzęsienie i to wszelkiej maści. I jak wiadomo że będzie lało dalej oni prą do góry. Po co? Tam się chyba odbywa najwięcej rodzinnych (i nie tylko) kłótni- kto zawinił że buty nie te czy ktoś nie pamiętał o ciepłym ubranku. Tak się składa, że lubię rano zaczynać wędrówkę bo i spokój na szlaku i z reguły na niebie. Z rejonu Giewontu lubię parę miejsc, od Czerwonej przełęczy do przełęczy Białego i górne piętra Małej Łąki. Na samym Giewoncie nie byłem i nie mam tego w planach (może kiedyś w jakiś dzień niełikendowy w październiku?).
radek83
 
Posty: 239
Dołączył(a): Śr, 25 lut 2009, 10:28

Postprzez Zygmunt Skibicki » Wt, 15 gru 2009, 22:13

Nawet giewonckie tłumy w sezonie i w weekend da się "ominąć". Gdybym wtedy poszedł w drugą stronę, właśnie by mi się to udało. Zresztą sprawdziłem to dwa czy trzy lata później. Start z Kondratowej przed szóstą i... cisza wokół całego Giewontu aż do Kalatówek. No... w Strążyskiej już trochę ludzi było, ale to się szybko przechodzi...
Ostatnie zdanie opowiadania zawiera właśnie sugestię takiego wyboru trasy.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez radek83 » Śr, 16 gru 2009, 18:55

Normalne, że jak się ruszy ze schroniska do góry to sytuacja jest inna. Jak byłem ostatni dzień w górach to nie chciałem wracać z "Piątki" przez Palenicę ino przeszedłem przez Krzyżne. Po drodze minąłem dwa świstaki, kilka kozic i jakieś ptaszysko w górze co to było to nie dostrzegłem bo wysoko, zaś pierwszego turystę spotkałem trochę powyżej Czerwonego Stawu już w kosówce. Oczywiście po kilku dniach w DPSP droga z Murowańca była udręką, nie dość że trzeba było uważać na rozpędzonych ludzi widzących już oczyma wyobraźni zimny browarek pod zielonym dachem to na dodatek po temperaturze ok. 5 st. w DPSP we wcześniejszych dniach na jakimś "podawaczu temperatury" w Zakopanem 30 st. Wszystko to sprawiło że droga do Kuźnic była trochę męcząca. Trochę żałowałem że nie poszedłem na Brzeziny i na busa z Murzasichla ale na tamtej trasie trż dużo kamieni już znam.
Wyruszając ze schroniska o po 5 rano ubrany byłem w długie spodnie i grubą bluzę...
radek83
 
Posty: 239
Dołączył(a): Śr, 25 lut 2009, 10:28

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 16 gru 2009, 19:39

Nie bardzo wiem, co chciałeś przez to powiedzieć, ale rozumiem że poszedłeś tak, jak chciałeś i nikt Cię do niczego nie zmuszał, tak?
radek83 napisał(a):...pierwszego turystę spotkałem trochę powyżej Czerwonego Stawu już w kosówce

Powyżej Czerwonego Stawu praktycznie nie ma już kosówek i... za mojego żywota nigdy ich tam nie było.
radek83 napisał(a):...trzeba było uważać na rozpędzonych ludzi

A nie przesadzasz z tymi "rozpędzonymi"...?
Dobrze wychodzony pod plecakiem miał by się obawiać, że go byle dreptak rozpędzony potrąci? Toż to tak jak by się rakieta tenisowa bała... piłki! No, chyba że naciąg już co nieco... fatigati.
Nie mówię żeby od razu tratować, czy wdeptywać w ściółkę, ale z tą potrzebą uważania, to ewidentna przesada.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez radek83 » Cz, 17 gru 2009, 22:54

Wybrałem taką trasę ponieważ bardzo lubię Dolinę Pańszczycy a wracać do Wodogrzmotów nie chciałem. Poza tym nie wchodziłem na Krzyżne z tej strony nigdy.
Między Czerwonym Stawem a chyba Wielką Kopką rośnie może nie przy samym szlaku kosówka. No ale nie jestem uparty, może źle pamiętam.
Co do rozpędzonego tłumu to chciałem sobie jeszcze popatrzeć jeszcze raz na pożegnanie z Tatrami w kierunku Kozich a tu nagle wypada grupa biegnących ludzi. Nie wiem może jakieś zgrupowanie? Fakt że zdecydowana większość turystów "umierała" w tym upale. Jednak ci biegacze robili sobie między nim slalom.
radek83
 
Posty: 239
Dołączył(a): Śr, 25 lut 2009, 10:28

Postprzez Sefer » Śr, 30 gru 2009, 04:08

Lipcowy dzień, nad Gąsienicową - zejście z Liliowego- normalnie nawet muchy i komary uciekają tyle tam luda, a mi towarzyszyły ciekawskie kozy-godz.20.30:
[ img ]
Ostatnio edytowano Śr, 6 sty 2010, 09:04 przez Sefer, łącznie edytowano 1 raz
Sefer
 
Posty: 532
Dołączył(a): Pn, 2 paź 2006, 19:21
Lokalizacja: >600m npm

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 30 gru 2009, 18:46

A obrazek się uparł i... nie chce!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez radek83 » Śr, 30 gru 2009, 20:56

No właśnie też liczyłem na fajną fotkę :???:
radek83
 
Posty: 239
Dołączył(a): Śr, 25 lut 2009, 10:28

Postprzez Sefer » Śr, 6 sty 2010, 09:06

Bez pośredni link do inkryminowanego obrazu(wystarczy kliknąć):

http://photos.nasza-klasa.pl/948084/27/main/18e2689c9f.jpeg
Sefer
 
Posty: 532
Dołączył(a): Pn, 2 paź 2006, 19:21
Lokalizacja: >600m npm

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 6 sty 2010, 10:28

Sefer napisał(a):Bez pośredni link do inkryminowanego obrazu(wystarczy kliknąć):

... by przeczytać:
403 Forbidden
Request forbidden by administrative rules.

A może to dlatego, że ja nie z tej klasy...?
Dej se siana z takimi portalami - dobrze radzę!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez r_s1976 » Śr, 6 sty 2010, 14:40

Wystarczy przeladowac ponownie strone i juz wchodzi bez problemu. To nie jest nasza-klasa a zdjecia z tego portalu.
r_s1976
 
Posty: 20
Dołączył(a): Cz, 19 lis 2009, 15:37

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 6 sty 2010, 15:15

Z pomocą dobrych ludzi...

[ img ]
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 6 sty 2010, 15:18

r_s1976 napisał(a):Wystarczy przeladowac ponownie strone i juz wchodzi bez problemu.

Co to znaczy, przeładować ponownie stronę?
Mógłbyś napisać wyjaśnienie dla zwykłych ludzi w "Sprawach technicznych..."?
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez TakiJeden » Śr, 6 sty 2010, 16:09

To znaczy: w pasku przeglądarki tam gdzie pokazuje się adres strony, trzeba ten adres zaznaczyć i dać ponownie "enter". Wtedy obrazek się otwiera, widać ten portal jest zabezpieczony przed otwieraniem z linków. Co ciekawe, gdy już jakiś komputer otworzy ten obrazek to zabezpieczenie przestaje działać i po ponownym wejściu do tematu obrazek Sefera, który początkowo się blokował otwiera się automatycznie.
TakiJeden
 
Posty: 1466
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 6 sty 2010, 16:15

TakiJeden napisał(a):To znaczy: w pasku przeglądarki tam gdzie pokazuje się adres strony, trzeba ten adres zaznaczyć i dać ponownie "enter". Wtedy obrazek się otwiera, widać ten portal jest zabezpieczony przed otwieraniem z linków. Co ciekawe, gdy już jakiś komputer otworzy ten obrazek to zabezpieczenie przestaje działać i po ponownym wejściu do tematu obrazek Sefera, który początkowo się blokował otwiera się automatycznie.

Rzeczywiście, działa.
Ja tego nie odbieram jako zabezpieczenie przed otwieraniem "z linku" - po co zresztą taka "barykada"?
To chyba jakiś błąd skryptu...
Od portali społecznościowych trzymam się z daleka.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Zygmunt Skibicki » Śr, 6 sty 2010, 16:19

Sefer napisał(a):Lipcowy dzień, nad Gąsienicową - zejście z Liliowego- normalnie nawet muchy i komary uciekają tyle tam luda, a mi towarzyszyły ciekawskie kozy-godz.20.30

Schodziliśmy w sierpniu późnym popołudniem z Liliowego na Gąsienicową - http://skibicki.pl/forum/viewtopic.php?t=1508 - i też było pusto na tym szlaku, choć na innych jeszcze "mrowisko". Ten "kawałek" jest nawet nie wydeptany. Po prostu on w obecnym układzie szlaków jest do "nikąd" i stąd taka tam cisza nawet w sezonie.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do 2684...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość