Saksy...

Trzeci tom opowiadań - jeszcze nie wydany, ale część poczytać już można.
W druku na pewno pojawią się ze znacznymi zmianami... Przepraszam.

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Saksy...

Postprzez Zygmunt Skibicki » N, 13 gru 2009, 00:51

Fajnie jest snuć się po wielkich połoninach bez konieczności dotarcia w jakieś konkretne miejsce o wyznaczonym czasie. Po trzech takich dniach, świadom końca zapasów prowiantowych zszedłem wreszcie na Przełęcz Orłowicza i z niej wydeptaną ścieżką bez znaków zacząłem schodzić w kierunku Wetliny. Plecak znacznie mniej ciążył, więc i szło się nie najgorzej. Osiągając skraj bukowego lasu skryłem się przed ostro świecącym słońcem, które wręcz smażyło mnie od samego rana.
Dogoniłem niebawem dwoje nieco tylko ode mnie starszych osób transportujących na toboganie z kołem motocyklowym wielką hałdę kobiałek wypełnionych jagodami i razem, trochę gadając a trochę im pomagając człapaliśmy w dół. Z przodu szedł mężczyzna i to on głównie hamował napierający na niego ciężar pomagając sobie zwykłym, motocyklowym hamulcem – trochę to piszczało. Kobieta z tyłu właściwie tylko utrzymywała równowagę pojazdu. Obydwoje byli ubabrani jagodami aż miło było patrzeć…
Nie pierwszy raz widziałem jagodziarzy. Zwykle jednak spotykałem ich przy robocie na połoninach. Wielkimi, czasem dwuręcznymi szuflami z drucianymi grzebieniami „czesali” pola jagodowe i w bardzo szybkim tempie napełniali kobiałki jagodami, ale i mnóstwem listków jagodzin. Kilka razy, gdy napotkałem ich w czasie odpoczynków, pozwalali mi nazrywać dla siebie trochę jagód. Nie prosta to sprawa, ale szybko można nabrać odpowiedniej wprawy. To nie byli ludzie miejscowi. Zwykle okazywało się, że są z zawodu nauczycielami i tak właśnie wykorzystują wakacje dla wypoczynku od kredy, tablicy i szkolnej dzieciarni z jednej, a dodatkowego zarobku z drugiej strony…
To był nieźle zorganizowany proceder. Zazwyczaj „brygada” składała się z sześciu dorosłych osób i nierzadko kilkorga ich dzieci. Stawiali oni gdzieś przy obwodnicy swe namioty, ale jeden wynosili na górę i tam zawsze spała jedna dwójka, która rano wyciągała na toboganie swoje kobiałki, a tym samym, rozładowanym z pustych koszyków toboganem ich poprzednicy zwozili wczesnym popołudniem to, co sami od rana nazbierali.
Za cholerę nie mogłem sobie wyobrazić, jak oni przebierają taką ilość mocno zanieczyszczonych wszelkim zieliwem jagód i właśnie dlatego postanowiłem pomagać w transporcie. Liczyłem, że zabiwakuję gdzieś przy ich bazie i wreszcie zobaczę drugi, nieznany mi jeszcze „ciąg technologiczny”. Studiowałem chemię spożywczą i takie rzeczy, aczkolwiek tylko jako ciekawostka, ale jednak mnie interesowały.
Jestem dość gadatliwym facetem i nawiązywanie kontaktów nie stanowi dla mnie problemu. Opowiedziałem im kilka dowcipów, oni też nie pozostali dłużni i gdy powiedziałem, że nie idę w konkretnie umówione miejsce, w sposób zupełnie naturalny zaprosili mnie do siebie. Ekstra!
Im niżej, tym droga i pchanie, a właściwie hamowanie chybotliwego pojazdu stawało się łatwiejsze. Na samym dole trzeba było nawet trochę pchać. Z racji dość sporego plecaka pomagałem jedynie z boku trzymając za jedną z opasujących kobiałki linek, by ładunek nie pochylał się zbyt mocno. Ta pomoc pewno nie była potrzebna, ale głupio by mi było tak iść i nie pomagać…
Wkrótce dało się czuć dym z wetlińskich mielerzy. Na dole przecięliśmy obwodnicę i zaraz zagłębiliśmy się między dość gęste bukowe krzaczory, za którymi tuż nad Wetlinką znajdowało się obozowisko jagodziarzy. Szybko mnie przedstawili dwójce, która akurat miała dyżur na dole i przygotowywała posiłek.
Tobogan wstawili na cztery solidne kołki podpierające go w rogach i wreszcie mogli puścić uchwyty. Rozładowanie trzydziestu kilku, jak się okazało, kobiałek trwało dosłownie chwilę. Ponieważ zaproszenie do wspólnego biwakowania zostało potwierdzone, wiec zabrałem się za stawianie mojego namiotu. Chciałem od razu pójść po zakupy, ale sporej menażce pachnącej zupy „nie z papierka” nie potrafiłem odmówić.
- Do sklepu to pójdziemy potem – skwitowali moi gospodarze, a dwójka z którą schodziłem zaczęła się krzątać przy jagodach.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na dwie pary solidnych kijów wbitych w ziemię. Jedna para była znacznie wyższa od drugiej. Założyli na te kije rogi zwykłego koca i każdy z nich mocno owinęli jakimiś sznurkami. Powstała z tego koca dość luźna w poprzek, ale naciągnięta wzdłuż, pochyła rynna. Jej dolny koniec zwisał z piętnaście centymetrów nad ziemią.
Pusta kobiałka została postawiona na dole rynny, a z drugiej wysypali jagody u samej góry. Jagody pięknie turlały się w dół i spadały do pustej kobiałki, a listki, patyczki, trawki i czort wie jakie jeszcze zanieczyszczenia bardzo szybko nieruchomiały i pozostawały na kocu. Gdy już wszystkie całe i dorodne jagody znalazły się w dolnej kobiałce, ktoś kopał od dołu w koc, co wyrzucało zanieczyszczenia na bok i… zabierali się do czyszczenia kolejnej kobiałki. Wszystko!
Cała, niemożliwa dla mnie wcześniej do wyobrażenia sobie „technologia” czyszczenia około stukilowej partii jagód zajęła tylko dwójkę ludzi i trwała nieledwie ponad pół godziny. Patrzyłem na to z rozdziawioną gębą i doprawdy nie wiem, co mnie bardziej szokowało: smak i zapach fantastycznej zupy z menażki, czy ów widok rewelacyjnej metody bardzo trudnej do mechanicznego przeprowadzenia operacji.
Na koniec, z ostatnich kobiałek podosypywali jagód, by wszystkie znów były pełne i ustawili zgrabną ich pryzmę w cieniu. Jeszcze tylko zatknęli jedną pustą kobiałkę na kiju wbitym przy szosie i dopiero wtedy zabrali się do jedzenia.
Niecało pół godziny później od strony szosy zabrzmiał krótki i ostry klakson. Moi znajomi ze szlaku zejściowego złapali po cztery kobiałki i pobiegli tam. Szybko obracając zanieśli wszystkie i już po chwili wrócili chowając pieniądze. Wyraźnie byli zadowoleni. Samochód chłodnia odjechał, ale kolejny jego klakson rozległ się po chwili. Pewnie kawałek dalej biwakowała następna brygada jagodziarzy…
Teraz dopiero poszliśmy po zakupy. W sklepie spotkaliśmy także innych mocno, prawie trwale umorusanych na granatowo i czarno. Z twarzy łatwo było poznać, że nie są to pracownicy leśni. Moi kupowali prowiant na kolejny dzień, bo przyszła pora, że teraz oni będą gotowali pożywną strawę, a para gotująca tę wspaniałą zupę, którą mnie poczęstowali pójdzie na połoninę, skąd zaraz zjadą ze swym jutrzejszym urobkiem ci, którzy tego przedpołudnia tam wyszli – proste jak konstrukcja cepa!
Kiedy wieczorem przy kolacji spytałem, jak opłacalne jest to zajęcie, powiedzieli, że w dwa miesiące na jagodach i borówkach mają drugi roczny zarobek nauczycielski. Cała szóstka, trzy młode małżeństwa pracowały w tym zawodzie. Saksy…?
Rewanżując się butelczyną za gościnę i posiłki wygłosiłem przy kolacji toast, co w moim wykonaniu zawsze oznacza jakąś historyjkę.
„Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPRZ , podczas kolacji jeden z jego członków wstał z kieliszkiem w dłoni i powiedział:
Wypijmy za zdrowie towarzysza Leonida Breżniewa, ale nie za to że jest on Sekretarzem Generalnym Komitetu Centralnego naszej Partii. I także nie za to, że jest on Przewodniczącym Rady Najwyższej ZSRR. I także nie za to, że jest on Głównodowodzącym niezwyciężonej Armii Czerwonej. Oby żył wiecznie! Wypijmy za jego zdrowie, bo on jako pierwszy dał nam przykład, że z jednej roboty… wyżyć się nie da!”
Długo w noc siedzieliśmy z „moją” dwójką przy ognisku gadając i trochę śpiewając, ale nie za głośno. Pozostali poszli spać, bo wczesnym rankiem czekała ich droga na połoninę. Przy śniadaniu już ich nie było…
Mnie niosło na kolejne połoniny i gdy się żegnaliśmy, zapraszali mnie na kolejny sezon na bieszczadzkie saksy.
-Zbierz szóstkę, zbudujcie sobie tobogan i przyjeżdżajcie! Tu miejsca i jagód jest dość.
Trochę żałuję, że nie zdążyłem skorzystać z tego pomysłu.

Wetlina lipiec 1972.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10817
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

dyskusja w poprzedniej lokalizacji tej historyjki

Postprzez TakiJeden » N, 13 gru 2009, 11:38

:
TakiJeden napisał(a):Ha! ciekawe... nb. ciekaw jestem czy ZPOW-y też stosują taką technologię czyszczenia jagód? bo na zdrowy rozum -- to jest to! rynna wyłożona (nie wyklejona, bo przecież trzeba trzepać!) suknem, jagódki jako kuliste ładnie się stoczą a śmiecie zostaną.* Inna rzecz, że w wykonaniu amatorskim takie urządzenie teraz by nie wyszło - w 72 były jeszcze dość powszechne koce wełniane, z anilanowego czy polarowego to by się śmiecie ześlizgły**...
A jagodziarzy zbierających szuflami grzebieniowymi jeszcze się po górach spotyka -- sam ostatniego sierpnia rozmawiałem z kobietą tym się trudniącą (na inny temat akurat) w Beskidzie Małym. Tyle że z Bieszczad ten przemysł chyba wyparował (park!) a gdzie indziej wrócił w te ręce, w których był zawsze -- miejscowych...

Zygmunt Skibicki w odpowiedzi na te uwagi napisał(a):*Nie oglądałem przemysłowych czyszczarek do jagód, ale podejrzewam, że oni to robią inaczej - skupują tylko jagody oczyszczone, a wszelkie "drobiazgi" odwiewają w procesie osuszania owoców - po prostu.

**A jednak wychodzi - im starszy koc wełniany, tym lepiej działa. Najlepsze są te z wełny czesankowej - w dalszym ciągu. Chodzi o krótki i ostry włosek na powierzchni.


a na to Pietrek napisał(a):Wy tu gadu gadu o ciągach technologicznych, a ja bym coś jeszcze poczytał...
TakiJeden
 
Posty: 1459
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Re: Saksy...

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 8 lip 2013, 09:54

Dziś zobaczyłem na Allegro właśnie taką zbieraczkę/podbieraczkę/czesadło, jakich używali bohaterowie mojego opowiadania:

[ img ]

Pewnie ją z sentymentów kupię, o ile nikt mi nie zrobi psikusa...
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10817
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do 2684...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość