Szlak na Przełęcz "Herbacianą"...

Byle nie sprośne, proszę...

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Szlak na Przełęcz "Herbacianą"...

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 13 sie 2007, 18:34

Szlak na Przełęcz Herbacianą, to bardzo znany i popularny szlak tatrzański. On ma bardzo dużo różnych nazw i samo ich wymienianie jest wiedzą na poziomie doktoratu... nieomalże. Najłatwiej rozpoznać nazwę porównując ją z indeksem zamieszczonym w przewodniku Józefa Nyki "Tatry" - jeśli tam nie ma szukanej nazwy, to właśnie jest jedna z nazw tego szlaku.

Opis szlaku:
Na szlak ten najlepiej wyruszyć wcześnie rano, jak to w górach...
Najlepiej pozostawić pojazd mechaniczny gdzieś na dole Zakopanego. Dobrym miejscem jest Dolna Rówień Krupowa - tam gdzie stoi latem wielki niebiesko żółty namiot. Na przeciwko niego jest dobry parking i rano zwykle są tam wolne miejsca.

Z parkingu kierujemy się w kierunku zachodnim dolnym trawersem poprzez nieco opadający wąwóz łatwy do znalezienia, bo o każdej porze dnia i roku zalega tam zapach spalonych ropopochodnych i ściele się niebieskawa mgiełka.

Jeśli szlak jest oblodzony albo śliski z innego powodu, chwytamy się zabezpieczeń łańcuchowych rozmieszczonych nad urwiskiem krawężników.
Uwaga! Wszelkie wychylanie się poza łańcuchy grozi upadkiem ze znacznej wysokości. Przy dużej ilości turystów na szlaku i trudnościach z poruszaniem się nie należy pod żadnym pozorem przechodzić na drugą stroną łańcucha, a spokojnie czekać aż się korek ostatecznie rozluźni.

[ img ]

Mijając drewnianą "Gazdową Kuźnię" odnajdujemy charakterystyczną Rozpadlinę Krupówek, którą oznakowano na całej długości krzywo posadowionymi latarniami. Jest to oznakowanie unikalne w świecie i przedstawia głęboką myśl artystyczną. Ono eufemistycznie nawiązuje do trudności w trwałym utrzymaniu na tym szlaku pozycji pionowej i nie jest to czcza zapowiedź.

Przy złej widoczności (mgła, duży opad deszczu, śnieżyca, albo zbyt huczna poprzedniego wieczora kolacja) można nie dostrzec wejścia w Rozpadlinę Krupówek, ale nie należy wchodzić w zasięg barykady bud kramarcznych, których linii nie należy przekraczać pod żadnym pozorem, albowiem za nimi zaczyna się niebezpieczny rejon szybko zmieniających się rozpadlin tymczasowych, wiecznie remontowanych.

Nie dochodząc zatem do tych rozpadlin skręcamy w lewo w Rozpadlinę Krupówek, kierujemy się lewym jej żebrem i nigdzie nie skręcając wspinamy się nim aż do Przełęczy Herbacianej, którą poznajemy łatwo po pomniku Tytusa Chałubińskiego i Sabały, a szczególnie po smyczku od skrzypiec, który Sabałowej podobiźnie skradziono.

Ranne podejście lewym żebrem Krupówek a popołudniowe zejście prawym ma swoje uzasadnienie. Rozpadlina Krupóweka wyżej przechodząca w żleb przebiega niemal dokładnie na kierunku Północ - Południe i poranne słońce oświetla dokładnie żebro prawe - zachodnie a popołudniowe lewe - wschodnie. Pozwala to wspinaczom na dobrą widoczność a samych pozostawia w cieniu, co jest zbawieniem przy ciężkiej wspinaczce i, co znacznie ważniejsze, nie powoduje nadmiernego a zgubnego na tym szlaku... pragnienia.

Wszelako na całej długości Rozpadliny Krupówek rozmieszczono dla wygody turystów liczne punkty widokowo odpoczynkowe. Warto wybierać te zadaszone - niektóre z wesoło szczebioczącą obsługą.

Nie należy zbyt głęboko zaglądać w rozcięcia garderoby personelu, bo grozi to trwałymi zawrotami głowy. Także panoramiczne dekolty z głębokimi pejzażami są groźne dla turystów, bo to zagubić się można w czasoprzestrzeni łatwo, a i w pysk zarobić znienacka.

Należy wiedzieć, że podtatrzańskie rozcięcia i dekolty są obupłciowej proweniencji, więc mogą być zgubne zarówno dla mężczyzn jak i kobiet oraz młodzieży, dziatwy nieletniej a dla osób konsekrowanych zwłaszcza.
Doszedłszy do Przełęczy Herbacianej trawersujemy górną grzędą na żebro prawe i rozpoczynamy schodzenie podziwiając zupełnie inne widoki niż podczas podchodzenia.

Należy stanowczo i konsekwentnie wystrzegać się w czasie podchodzenia czy schodzenia pokus częstego trawersowania żlebu, czy niżej rozpadliny i przechodzenia z jednego żebra na drugie, bo nader często schodzą tędy wielkie lawiny, co grozi upadkiem i porwaniem turysty aż na same podgubałówkowe piargi, gdzie opadnie go targowiskowa tłuszcza i koniki kolejkowe, że o ufajdaniu się po drodze w końskim łajnie nie wspomnę.

Ciekawostka geograficzną na skalę globalną jest to, że krupówkowe lawiny nie tylko schodzą, ale także... wchodzą, co przyjeżdżają filmować ludzie z całego świata i co nie znalazło jeszcze ostatecznego naukowego wyjaśnienia. Badania tego fenomenu trwają.

W Rozpadlinie Krupówek nad wyraz często pasają się liczne stada rozkudłaczonych baranów, ostro woniejących owiec oraz wszelkiej innej nieokiełznanej jałowizny parzystokopytnej. Zbytnie zbliżanie się do tych stad, a przechodzenie skroś zwłaszcza, grozi niemiłymi wrażeniami dla zmysłów wszystkich i każdego z osobna.

Zdarzają się też liczne wypadki wejścia w stado, przeobrażenie się w krótkim czasie i pełne utożsamienie z osobnikami stada. Żmudne i kosztowne poszukiwania tak zaginionych osobników trwają, lecz poza coraz głośniejszym zawodzeniem opuszczonych małżonek, większych sukcesów nie odnotowano.

Szczególnie groźni są juhaso zbójnicy kręcący się wokół pasących się stad. Jeśli zrobimy sobie zdjęcie, a przypadkiem juhas znajdzie się na zdjęciu, trzeba będzie za to zapłacić. Niektórzy zbóje wręcz "wskakują" w kadr i natychmiast uporczywie dopominają się zapłaty. Ratunek w takim wypadku stanowi telefon komórkowy i szybkie wybranie numeru 112 - zbój znika jak poranna mgła.

Dużym utrapieniem dla turystów na tym szlaku jest też inne bydło nieudomowione z grupy żezimieszkus kieszonkatus, wyrvitorbis uciekatis i nieustępliwie krwiopijczy badziwiatus oferendis. Stada tych osobników wręcz napadają na kolejnych turystów i trudno się przed nimi opędzić bez strat w zasobach płatniczych. Dobrym argumentem dla obrony przed nimi jest tęgo okuta ciupaga mocno dzierżona w dłoni z ostrzem na wysokości oczu.
Uwaga! Ciupaga musi być prawdziwa, a nie kupiona w Zakopanem.

Nie trzeba wcale mieć szczęścia, by na tym właśnie szlaku napotkać osobników bardzo osobliwie wyposażonych. Latem jest to pełny sprzęt wspinaczkowy dyndający się wokół tułowia i ciężkie alpejskie buty z konieczności niedosznurowane i tłukące o ziemię, a zimą z kolei sprzęt zjazdowy skompletowany z pewną nonszalancją - na przykład żarówiaste w kolorystyce narty, ale bez wiązań. I to wcale nie jest błąd, bo te wiązania nie są do niczego właścicielowi potrzebne. On te narty jedynie nosi od jednego punktu widokowego do kolejnego. Stawia je przy stoliku i patrzy jak na niego patrzą. I tak cały dzień! Ten gatunek ma już swoją nazwę systemową Homo Zakoszpanatus.

Oni muszą być widoczni! Jeśli przez zwykłe roztargnienie nikt akurat na nich nie patrzy, to przystaną, poczekają. Poobracają się wokół waląc się, bywa, nartami po łbach. Wszystko po to by na nich patrzono. Buzerzy ich nazywają albo bażanty.

Oczywiście osobnicy ci chodzą zawsze środkiem rozpadliny nie dbając o żadne lawiny czy stada. Zresztą dopusty te omijają ich z należytym szacunkiem i to w znacznej odległości.

To złota klientela jest! Taki nie zamówi cienkiej herbatki z cytryną. On każe sobie nastawiać wszelkich dziwadeł, które tylko da się znaleźć. I zapłaci. A jak? Po to przyjechał, by wzbudzić zachwyt lub choćby zdziwienie. Egzotyka szlaku na Przełęcz Herbacianą jest jedyna na świecie. Znaczna część krupówkowego tłumu niewątpliwie tylko po to tam przyjeżdża i chodzi, by to zobaczyć.

Szlak ten jest jedynym w Tatrach, którym nie tylko w nocy chodzić można, ale i należy. Jest on w tym celu przez władze miasta oświetlony. Trudno jednak znaleźć turystę, który cały ten szlak przeszedłby nocą w pełnej świadomości. Wystarczy jednak korzystając z resztek jaźni zadzwonić do TOPR (Taksówkowe Ogólnokrajowe Pogotowie Ratunkowe) by odnaleziono nas, umieszczono na miękkiej kanapie i zawieziono na zasłużone miejsce spoczynku. Mimo jednak gremialnych protestów usługa ta jest nadal płatna i nie znalazł sie jeszcze ubezpieczyciel oferujący odpowiednie po temu polisy.

Uwaga! Jeśli zakopiański taksówkarz zapyta was w czasie nocnej jazdy, skąd jesteście, nie odpowiadajcie mu, że na przykład z Poznania, bo wykorzystując, że zaśniecie... tam was właśnie zawiezie!

W czasie nocnych zwłaszcza przejść szlaku nie ma potrzeby dochodzenia aż do samej Przełęczy Herbacianej. Można zastosować znany powszechnie skrót przy pomniku hrabiego Zamoyskiego - taki facet w lichym tużurku i w kapeluszu, co to wygląda na ciecia, tyle że bez miotły stoi na środku drogi. Przy tym pomniku jest inna grzęda, która można wygodnie i bezpiecznie przetrawersować na prawe żebro. Wycieczki nocne powyżej pomnika w tużurku mijają się z celem, albowiem o tej porze nie ma tam już żadnych czynnych punktów widokowo odpoczynkowych. No to po co tam leźć?

Szlak jest bardzo dobrze oznakowany i trudno na nim zabłądzić, Gdyby to jednak się komuś przytrafiło, należy bezzwłocznie natychmiast zawrócić i dalej kontynuować wspinaczkę szlakiem. Alternatywą wycofania się z bocznych odnóg szlaku jest szybkie, bolesne i długo pamiętane pozbawienie nas wszelkiego dobra przez bliżej niezidentyfikowane obiekty lejące w mordę.

Szlak aczkolwiek przyjemny jest bardzo męczący i nader wyczerpujący dla... portfeli. Rzadko więc kto pojawia się tu często. Są wszak osobniki, które każdego roku przybywają pod Tatry głównie dla tego właśnie szlaku. Są to tak zwani Homo Zakobywatus - ci co minimum jeden raz w roku z jakiegoś istotnego dla nich powodu muszą się z jakiegoś powodu w Zakopanem... pokazać. Łatwo ich poznać, bo zamiast cieszyć się z pobytu i radować wysokogórskimi na szlaku widokami, chodzą skupieni i wpatrują się innym w twarze, by przypadkiem kogoś ważnego nie przegapić, co mogło by być im poczytane za niewybaczalne i kończace wszelka karierę lekceważenie. Warto schodzić im z drogi - wszak oni tu ciężko pracują i wszystko traktują za śmiertelną powagą.

Pewną trudność w nie wchodzeniu im w drogę stanowi fakt, że oni zawsze idą pod prąd, to znaczy rano podchodzą prawym, nasłonecznionym żebrem, by po południu schodzić lewym, też nasłonecznionym. Oni pragną być oświetleni. Nie są to miłośnicy cienia, oj nie. No... lubią światło ci ludzie, najlepiej tak jak w telewizji... przed kamerą. Plusem tej sytuacji jest to, że my podchodzimy lewym w czasie gdy oni podchodzą prawym. Potem gdzieś na górze mijamy się i oni schodzą lewym a my bezkolizyjnie schodzimy prawym. Jest ok!

Dlaczego nazywam ten szlak "Na Przełęcz Herbacianą", choć jest tyle innych fajnych nazw tej drogi?
Otóż ilekroć coś mnie podkusi lub zmusi bym polazł tamtędy, zawsze na górze przy rondzie, pomniku Sabały, albo niżej na tej grzędzie co "z jednego żebra na drugie"... marzę jedynie o szklance dobrej mocnej herbaty.
Wychodzi na to żem łasuch i obżartuch...
I pewnie to jest prawda.
Niestety.
Z tym, że ani skruchy ani tym bardziej poprawy nie przewiduję!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10924
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Powrót do Historyjki dla rozweselenia, dla refleksji, oraz kawały, wice, szpasy itp.

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość