"Gastarbeiter"

Drugi tom opowiadań

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

"Gastarbeiter"

Postprzez Zygmunt Skibicki » N, 1 kwi 2007, 16:57

Od tygodnia biwakowałem z synem i córką na wygodnym polu namiotowym na krańcu Wetliny. Tego dnia planowaliśmy wyjść przez Jawornik i Paportną na pasmo graniczne i trochę nim powędrować. Może nawet dojść do Okrąglika, skąd miałem stare wspomnienia. Krótko jednak po zejściu z asfaltu obwodnicy bieszczadzkiej Anka zaczęła narzekać na coś w bucie. Oczywiście zatrzymaliśmy się, zdjęła but i okazało się, że ma na pięcie całkiem duży pęcherz. Aż trudno było uwierzyć, że jeszcze godzinę temu nie było go. Po co pchać się dalej w góry z takim problemem? Zaplastrowała kontuzję i postanowiliśmy wrócić.
Co jednak zrobić ze słonecznym dniem? Nie zawsze jest tak ładnie. Szkoda było marnować pogodę. Trochę już jednak wznieśliśmy się ponad dolinę i gdy tylko zaczęliśmy odwrót, z góry zobaczyliśmy kilka charakterystycznych dymów z retort węglarskich. Mieliśmy w namiocie na polu namiotowym składany grill, ale właśnie trzeba było uzupełnić zapas węgla. Ruszyliśmy w kierunku węglarzy.
Retorty stały dokładnie w tym samym miejscu, gdzie wiele lat temu stawiano wielkie mielerze. Pomiędzy torami wąskotorówki a wartko płynącą Wetlinką od tamtych czasów nie rosła trawa zniszczona wsiąkająca w ziemię smołą wytlewną . Jedynie gęste krzewy, których korzenie sięgały głębiej niż skażona górna warstwa ziemi, porastały tu obficie. Pomiędzy wielkimi ich kępami leżały spore szeregi równo poukładanych klocków wszelkiego drzewa liściastego, które wycinano na okolicznych stokach i stało kilka stalowych cylindrów – retort. To w nich właśnie wypalano węgiel drzewny. Kilka retort pracowało. W innych były pootwierane drzwi i napełniano je drewnem. Z jednej wyszedł czarny jak murzyn robotnik wynosząc papierowy worek z węglem. Nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi. Wrócił do retorty i po chwili wyniósł kolejny worek. Równy szereg tych worków stał nieopodal. Na pewno uda się kupić tu węgiel do grila.
Kiedy znów wyszedł zagadnąłem go, ale nie odpowiedział i znów schował się w czarnej czeluści stalowego walca. Nie miałem najmniejszego zamiaru za nim tam wchodzić. Z otwartych stalowych drzwi unosił się czarny pył drobin węgla drzewnego. Jak bym wyglądał po wejściu tam, mogłem sobie obejrzeć na twarzy i całej postaci robotnika.

[ img ]

Stałem przed retortą w odpowiedniej odległości od uchodzącej ze środka smugi pyłu i czekałem. Ze środka dochodziły metaliczne dźwięki szuflowania. Prędzej czy później musi stamtąd wyjść...
-Czeho wam nada? – spytał wynosząc kolejny worek.
Zwrot wyraźnie wskazywał na jego ukraińskość. Aktualni mieszkańcy Bieszczadów pochodzili z najprzeróżniejszych zakątków kraju i najczęściej byli to ludzie wykształceni. Oni jedni spośród stałych mieszkańców naszych gór mówili bardzo czystym, można powiedzieć literackim nawet językiem. Skąd więc ta ukraińska naleciałość...?
-Węgla chcieliśmy kupić. Do grila... – próbowałem wyjaśnić nie wiedząc, czy mnie zrozumie.
-To wezmyte sebe, no ne z toho – poszedł na drugi koniec szeregu worków i wskazał te odpowiednie. Musiał rozumieć zupełnie dobrze, ale ja zaciekawiony jego językiem postanowiłem dowiedzieć się o wiele więcej, niż on mógł się od razu domyśleć.
Dzieci porozłaziły się pomiędzy retortami, ale niczego nie dotykały. Wcale nie przez grzeczność – po prostu wszystko tu brudziło, a próby otrzepania się dawały coraz większe czarne i szare plamy – na wszystkim.
-A czemu nie z tych? – udałem ignoranta, choć wiedziałem dobrze dlaczego węgiel drzewny z dołu retorty nie nadaje się do grila. Jakoś trzeba było nawiązać szerszą rozmowę...
Zaczął tłumaczyć, więc przywołałem dzieci – niech się czegoś nauczą. Musiałem im tłumaczyć słowa robotnika, bo oni oczywiście nie uczyli się rosyjskiego. Były przecież ofiarami pełnej dominacji języka angielskiego w szkołach.
Na szczęście schodząc tu, kupiłem w małym sklepiku przy szosie kilka puszek piwa i to ostatecznie przełamało początkową nieufność Ukraińca, bo na pewno pochodził zza pobliskiej granicy. Chodziliśmy od retorty do retorty i wyjaśniał jak się ładuje drewno, jak się rozpala retortę, a następnie jak reguluje ograniczony dostęp powietrza, by nie spalić drewna i uzyskać możliwie najlepszy gatunek węgla.
Węgiel z dołu retorty – wyjaśnił - zawiera dużo smoły i asfaltów. Do grila się nie nadaje – potrawy z niego nie nadawały by się do jedzenia. Trzeba brać ten z góry retorty – on jest najlepszy. Podał nam kilka kawałów węgla z widocznymi jeszcze słojami drewna. Rzeczywiści, jedne nie miały żadnego zapachu, a te z dołu retorty wręcz śmierdziały.
Było tam jeszcze kilku jego ziomków, ale żaden z nich nie odezwał się do nas słowem. Kiedy słuchaliśmy wyjaśnień obok obsługiwanych przez nich aparatów, po prostu przerywali pracę, stawali opodal i czekali, aż sobie pójdziemy.
Pytałem o smołę wytlewną – co z nią robią? Facet trochę się wystraszył, bo pytanie wyraźnie wskazywało, że o wypalaniu wiem dużo więcej niż wynika z pierwszych moich pytań. Być może obawiał się, że przybyłem na kontrolę, a te dzieci to tylko tak dla zmylenia... Szybko wyjaśniłem, że jestem chemikiem, ale takim od produkcji cukru. Trochę wiem, ale oczywiście nie wszystko. To go uspokoiło. Smołę zbierali w kanistry a szef gdzieś to odstawia – nie wiedział dokąd.
Nasz rozmówca zorientował się szybko, ze nic mu z naszej strony nie grozi, nie jesteśmy z żadnego urzędu i tylko brak węgla oraz ciekawość sprowadziła nas w to miejsce. Rozgadał się. Okazało się, że jest nauczycielem z bliskiej wioski ukraińskiej i w czasie wakacji dorabia sobie tą ciężką i nad wyraz brudną pracą. Przez dwa miesiące tej pracy zarabia dużo więcej niż przez rok pracy w szkole. W domu żona i dwójka dzieci w podobnym do moich wieku...
Na pytanie, jak radzi sobie z problemami granicznymi, wykonał gest uniku i powszechnie znany na całym świecie gest płacenia z ręki do ręki... Nie wyrażał jednak chęci rozwijania tego tematu.
Rozmawialiśmy ponad godzinę. Na koniec dostaliśmy cały worek węgla zebranego z samego wierzchu dopiero co otwartej retorty i pożegnaliśmy się. Oczywiście o płaceniu nie było mowy. Zostawiłem mu jeszcze dwie puszki piwa i wydawał się całkowicie zadowolony.
Wracaliśmy szosą, po której śmigały co chwila samochody załadowane rodzinami i wszelkim sprzętem turystyczno biwakowym. Trwał przecież sezon. Mnie zaś po głowie kołatała się refleksja – jeszcze kilka lat temu nasi rodacy pracowali tak u Niemców, Francuzów, Anglików i u wszystkich innych nacji świata zachodniego tak jak dziś ci Ukraińcy tu w Wetlinie – na czarno, na brudno, ale zarabiając nieporównywalnie lepiej niż u siebie w kraju. Zjawisko zaczęło przesuwać się z Zachodu na Wschód. A do Władywostoku jest... cholernie daleko – końca nie doczekam.
Wetlina - 1993
Copyright - Zygmunt Skibicki
Ostatnio edytowano Pn, 14 gru 2009, 17:50 przez Zygmunt Skibicki, łącznie edytowano 1 raz
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10817
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez TakiJeden » Pn, 14 gru 2009, 17:19

To opowiadanie nie weszło do "Krzyża..." i zapewne znajdzie się w "2684...". Jeśli tak, to jest całkiem do pary z opowiadaniem "Saksy"!
Ostatnio edytowano Pn, 14 gru 2009, 21:56 przez TakiJeden, łącznie edytowano 1 raz
TakiJeden
 
Posty: 1459
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Postprzez Zygmunt Skibicki » Pn, 14 gru 2009, 17:48

Jak zwykle, masz rację.
Ale nie będę tego wątku przeflancowywał - tu mu dobrze!
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10817
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź


Powrót do Krzyż na Mnichu i innych...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości