"Cukier krzepi"

Drugi tom opowiadań

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

"Cukier krzepi"

Postprzez Zygmunt Skibicki » Cz, 11 sty 2007, 15:22

*
Zejście z Połoniny Wetlińskiej poprzez Hnatowe Berdo przy dobrej pogodzie zawsze napawa mnie optymizmem. Na końcu grzbietu jest tam takie miejsce, z którego roztacza się bardzo szeroki widok. Jak z gigantycznej ambony obserwuje się stamtąd wielkie leśne morze leżące wcale nie u stóp, a dużo, dużo niżej. Jeśli jeszcze wiatr wieje z południowego zachodu, ma się wrażenie lotu nad tym morzem. Aż chce się rozłożyć ręce i frunąć. Może nie każdy, ale ja mam takie właśnie odczucia. Na szczęście nigdy nie odfrunąłem...
Przy pogodzie deszczowej lepiej tamtędy nie schodzić, bo zejście jest bardzo strome, namoknięte bieszczadzkie gliny niezwykle śliskie, a widoki nieporównywalnie gorsze. Prawdę mówiąc... beznadziejne.
Tym razem jednak nic nie zapowiadało deszczu. Ba, nic nie zapowiadało najmniejszej chmurki na niebie. Pożegnaliśmy się ze schroniskiem i Lutkiem, legendą tego miejsca i całych Bieszczadów. Powoli, bez pośpiechu przeszliśmy całą połoninę i nawdychaliśmy się powietrza na Hnatowym Berdzie. Czas biegł nieubłaganie i w końcu przyszła jednak pora na zejście do Wetliny.
Stromym urwiskiem szybko spuszczaliśmy się w dół. Jeszcze kilka zawijasów kiepskiej ścieżki i weszliśmy w buczynowy las. Szlak nigdy nie był tu porządnie poprowadzony. Było to raczej stare wydeptanisko przecinające zbocze wieloma krzyżującymi się ścieżkami. Przez wiele lat nie było tu formalnego szlaku i każdy schodził lub wchodził jak chciał. Skutek był taki, że przy byle gorszej widoczności, nie mówiąc już o mgle czy nocy, niezbyt obeznani z miejscem błądzili i godzinami szukali wyjścia na połoninę lub zejścia na dół. Sam miałem w takich okolicznościach kilka ciekawych doświadczeń - zawsze w końcu dochodziłem co prawda do Wetliny, ale kilkoma całkiem innymi drogami.
Jest taka traperska metoda: gdy całkiem zgubisz drogę w górach, kieruj się cały czas w dół - pewnie będziesz musiał przekraczać coraz szersze potoki, może nawet rzeki, ale do ludzi dojdziesz na pewno...
Tym razem jednak nie było żadnych problemów. Szlakiem, jak po sznurku zbliżaliśmy się do dolnego skraju lasu, skąd dochodziły głośne okrzyki wozaków i końskie chrapania . Wreszcie zobaczyliśmy znany mi od wielu lat widok. Wozacy ściągali w dół ścięte kłody bukowe. Ktokolwiek by nie wiedział co oznacza określenie "spienione konie", mógł naocznie się z tym zapoznać właśnie w tym miejscu. Rozmiłowany w rekreacyjnej jeździe konnej mój syn stanął i z niemym przerażeniem patrzył. Wielkie kłody były obwiązane przy grubszym końcu solidnym, grubym łańcuchem i do tego łańcucha przyczepione były orczyki. Długie łańcuchowe postronki łączyły orczyki z uprzężą końską. Dość mizernie wyglądał najsilniejszy nawet koń w porównaniu z ogromem ciągniętej kłody. Różnicę wyrównywał wozak ochrypłym wrzaskiem i... batem.
Ja także obserwowałem zmaganie się konia wyrywającego wielką kłodę wbitą głęboko w glinę na rozrytym zakręcie koleiny zrywkowej. Trudno to było nazwać drogą. Głęboki i kręty, rozbebeszony kopytami i kłodami rów w stromym zboczu nie dawał żadnych szans na spokojne ściągnięcie ściętych drzew na dół. Co chwila musiały się głęboko zarywać w ciężkiej rozmokłej glinie. Trzeba to było wyrywać siłą końskiego zaprzęgu. Biedne zwierzęta nie miały się na czym zaprzeć, bo wokół była tylko z wodą rozrobiona kopytami glina. Wozacy klęli, tłukli batami grzbiety końskie i sami brnęli w glinianej mazi nie zważając na breję wlewającą im się do wywiniętych gumowców. Konie szarpały łańcuchy, stękały i niepomne razów spadających na nie gdzie popadło, cofały się bezradnie. Zlane potem, błyszczące w słońcu końskie nogi wyprężały swe mięśnie, grzbiety uginały się pod naporem uprzęży, kopyta usuwały się w tył i cały proces powtarzał się od początku. Każdemu szarpnięciu towarzyszyły rozbryzgi beżowej breji. Tryskała spod kopyt i z naprężających się łańcuchów. Jeszcze raz i... jeszcze. Co jakiś czas udawało się ruszyć uparty ciężar, kłoda zsuwała się w dół i wtedy wozak gonił nieprzytomnie swe zwierzę, aby ryjąca ziemię kłoda nie połamała końskich nóg i pokonała możliwie największy odcinek drogi przed kolejnym zakleszczeniem się.
Wielokrotnie zastanawiałem się, jak to jest, że wszędzie mówi się i pisze o ochronie zwierząt, nakłada się kary na właścicieli źle opiekujących się domowym kotem czy psem, a bieszczadzcy wozacy wręcz znęcają się nad swymi końmi całkowicie bezkarnie. Przecież nie dam sobie wmówić, że nikt tego nie wie. Na wybiegach przy gospodarstwach leśnych, tuż przy obwodnicy codziennie widać konie skatowane węźlastymi batami z nogami do krwi poharatanymi na wykrotach i poobcieranymi łańcuchami. Dziesiątki koni w każdym takim gospodarstwie! W całych Bieszczadach to będzie lekko licząc kilkaset! Może tysiąc nawet. Skoro ja to widzę, wiedzą także o tym powołane do ochrony zwierząt służby. I... nic? Co miałem powiedzieć nastoletniemu synowi? Bez słów poszliśmy dalej. Łatwo domyśleć się, co sobie chłopak pomyślał.
Po drodze zrobiliśmy jeszcze zakupy i głodni jak wilki dopadliśmy wreszcie naszego namiotu. Jeszcze po drodze ustaliliśmy, co zrobimy do jedzenia i natychmiast wprowadziliśmy uzgodnienia w czyn. Osłonięty połą tropiku palnik głośno szumiał i po chwili zalewaliśmy chińskie zupki. Natychmiast zająłem się przygotowaniem drugiego dania i zanim zupki "naciągnęły", lekko ostygły i dały się zjeść, drugie danie było gotowe. Teraz przyszła pora na zrobienie herbaty - dużo herbaty. Nasze kubki były doprawdy imponującej wielkości, ale też dokładnie pasowały do znoszonego codziennie w dół pragnienia. Gdzieś w połowie drugiego dania herbaty udało się zalać i odstawiłem je na bok dla naciągnięcia i lekkiego ostygnięcia. Mocno parowały.
Jakoś w tym samym czasie na pole namiotowe weszły bez pośpiechu dwa konie. Weszły, a nie wbiegły... To nie były konie od rekreacyjnej jazdy konnej. Od razu było widać, że to zwierzęta mocno spracowane zrywką drewna. Nie, nie były to te, które widzieliśmy schodząc, ale zapewne nie miały one łatwiejszego dnia od tamtych. Ciemne plamy po wysychającym pocie dobitnie potwierdzały nasze domysły. Skubiąc trawę pomiędzy rzadko rozmieszczonymi namiotami zbliżały się do nas. Koń jest sporym zwierzęciem, które pozostawione bez opieki może sporo nabroić, więc przezornie obserwowaliśmy je, ale bez większego zainteresowania.
W pewnym momencie podeszły obydwa do naszego namiotu i bezceremonialnie zainteresowały się naszymi herbatami. Zawartość kubków już nie parowała mocno, ale z pewnością nie była chłodna. Jakież była nasze zdziwienie gdy po prostu zaczęły pić tę herbatę. Nie miałem nic przeciwko. W końcu można było zaparzyć kolejne...
Chwyciłem zawsze gotowy do akcji aparat i zacząłem robić zdjęcia - jedno za drugim. Mieszkańcy innych namiotów także fotografowali. Podchodziliśmy coraz bliżej, migawki strzelały seriami, a konie nie przestawały siorbać, bo jednak pyski nie mieściły im się w kubkach. Wreszcie powywracały za małe jak dla nich naczynia, possały jeszcze oblaną herbata trawę i zabawa skończyła się. Odeszły, jak przyszły. Spokojnie i bez pośpiechu.
Zszokowany syn zebrał kubki i poszedł je umyć. Kiedy wracał, ja już gotowałem wodę na kolejną herbatę. Popatrzył z niedowierzaniem za odchodzącymi coraz dalej końmi. Skubały trawę i noga za nogą oddalały się od nas. Wreszcie poszły sobie.
-Ale czemu one piły tę gorącą herbatę? - pytał - Przecież tuż obok jest rzeka...
-Nie mam pojęcia, nie znam się. Herbata była osłodzona. Konie lubią cukier, a te wyglądały na spracowane. Cukier, to zawsze energia...
Wetlina - 1993
Copyright - Zygmunt Skibicki
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10817
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Powrót do Krzyż na Mnichu i innych...

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość