Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Ciszej, do jasnej...

Szlak na Krzyżne od Murowańca jest długi i męczący. Najpierw spory kawał lasu. Dalej łagodne, ale długie podejście wśród kosówek. Od Czerwonego Stawu zaczyna się droga wśród skał. Klucząc w granitowym rumoszu wolno nabierałem wysokości. Poranne słońce wlewało się w ogrom Pańszczycy. Zmoczona w stawie chusta już nie chłodziła czoła. Lata lecą. Bywało, przemykałem tędy jak ekspres. Teraz przenosiłem się na kilka dni do Pięciu Stawów i sapałem pod sporym plecakiem. Kilka razy musiałem odpoczywać. Z uśpionego schroniska wyszedłem bardzo wcześnie i szlak był zupełnie pusty. Nawet w środku tatrzańskiego lata wczesnym rankiem na szlakach nie ma tłumów. Dojdą tu za kilka godzin i wtedy będzie głośno. Teraz pewnie sapią tuż nad Kuźnicami albo w Roztoce.
Siedząc pośród skał wsłuchiwałem się w ciurkanie kamyków. Zupełnie niewidoczne, głęboko między wielkimi głazami stukały bezustannie. Z pozoru martwy bezmiar granitu dowodził swego życia. Staczały się cały czas. Nieprzerwany potok granitowych drobin. Od tysięcy lat trwa to obsuwanie się małych i wielkich kamieni. Żaden nigdy sam nie przesunie się w górę. Całe te góry skończą kiedyś jako piasek morski. Póki co jednak jest na co się piąć i trzeba iść dalej.
Widok z Krzyżnego nagradza cały trud podchodzenia. Zresztą nie tylko o sam widok chodzi. Świadomość realizacji planu, pokonania własnego zmęczenia oraz wrodzonego człowiekowi dążenia do wygody i gnuśności, jest nagrodą za wszystko. Osobiste dokonanie zamierzonego było zawsze dla mnie zasadniczym sensem chodzenia po górach. Przesycone patosem dywagacje o pokonywaniu gór, zmaganiu się z siłami natury, heroizmie wspinaczki i tym podobne nadęte dyrdymały są dla mnie bzdurą i zwykłym kłamstwem. Natury nie można pokonać. Można co najwyżej lepiej lub gorzej wykorzystać to, na co aktualnie pozwalają warunki. Wiele razy zawracałem już z drogi zmykając przed kiepską pogodą i dobrze znam ten zwierzęcy strach człowieka wśród grzmotów i błyskawic. Widziałem w takich sytuacjach kilka bardzo światowych twarzy. Jakoś niechętnie reagowali wtedy na obiektyw. Może nawet nie warto publikować tych arcyciekawych zdjęć.
Nie mniej jest na co popatrzeć z Krzyżnego. Przy dobrej pogodzie na obie strony przełęczy roztaczają się monumentalne widoki. Nawet pobliskie rozwidlenie Wołoszyna i Koszystej budzi szacunek i marzenia. Może, kiedyś?
Zejście do Piątki jest na olaboga. Nie ma tu łagodnych zawijasów kluczących wśród rozległych rumowisk. Dolina Pięciu Stawów nie poraża ponurym ogromem Pańszczycy. Zawsze odbierałem ją bardziej pozytywnie, niemal radośnie. Schodzi się bardzo stromo i kręto po skalnym żeberku. Raz po jednej, raz po drugiej stronie. Nie ma tu potrzeby zakładania łańcuchów, ale konieczne jest ciągłe skupienie i uwaga. Rozglądać się można tylko stojąc. W dole już widać dymiące kominem schronisko. Cały czas je widać. Jest jakby tuż tuż. Czasem słychać gromkie wrzaski biwakujących wokół ludzi. Kolorowe sznureczki postaci wolno przesuwają się po szlakach. Niemal sielanka. Tylko to trwa strasznie długo. Gdyby dało się iść na wprost, można by już zamawiać legendarną szarlotkę. Potem szlak skręca gwałtownie w prawo i trzeba obejść rozległe urwiska Roztoki. Stąd też prawie cały czas widać upragnione schronisko.
Swoją porcję szarlotki zjadłem późnym wieczorem. Turystyczna szarańcza odeszła w doliny, ale w jadalni było pełno ludzi. Wieczór był ciepły choć pochmurny i pod wielkim okapem dachu radośnie kokosiła się „gleba”. Było za wcześnie na sen. Poszedłem kawałek nad Przedni Staw. Tam było ciszej. Latarką wyszukałem dogodne miejsce. Wieczorne piwo lubię pić w spokoju.
Głos usłyszałem dopiero po chwili. Niewyraźnie ale co jakiś czas dobiegał gdzieś z gór. Lata doświadczeń pozwoliły natychmiast zrozumieć ich sens. Treści wołania nie dało się zrozumieć, ale ton głosu nie budził wątpliwości. Ktoś wzywał pomocy. Stanąłem i chciałem iść w stronę tego głosu. Na pewno nie dochodził z górnych partii doliny. Wróciłem pod schronisko. Tu jednak było gwarno. Przeszedłem na stronę Roztoki. Jakby stąd.
Wróciłem pod okap i poprosiłem o chwilę ciszy. Ofuknięty wróciłem nasłuchiwać. Teraz miałem niemal pewność. Głos, chyba kobiecy dochodził z drogi na Krzyżne.
-Ciszej, do jasnej cholery. Ktoś woła o pomoc a nic nie można zrozumieć.
Zapachniało sensacją i uciszyli się. Poszli za mną by posłuchać. Duża grupa osób robiła butami wystarczająco dużo hałasu, by wszystko zagłuszyć. Wreszcie stanęli cicho i usłyszeliśmy wyraźne wołanie.
-Na pomoc!
Uprzedziłem zbierające się do wrzasku panienki.
-Cisza, teraz nie wolno krzyczeć. Niech ktoś sprowadzi ratownika.
-A skąd?
Szkoda gadać. Sam poszedłem. Była dokładnie dwudziesta druga.
W sennej dotąd dyżurce sprawy potoczyły się z zawrotną szybkością. Drzemiący z nudów toprowiec był natychmiast gotowy do działania. Moje sugestie co do kierunku i sensu wołania potwierdziły się. Głos był kobiecy i pojedynczy. Ale czy rzeczywiście buła sama ...?
Pod jego komendę tłumek nadawał sygnał przyjęcia wołania. Co dwadzieścia sekund bractwo darło się i świeciło mnóstwem latarek w kierunku Krzyżnego. Z podniecenia sensacją dokonywali cudów wokalnych. A ktoś mi kiedyś mówił, że adrenalina tylko szkodzi.
Te wrzaski musiały dochodzić aż do przełęczy. Nie było wątpliwości. Kobieta z pewnością je słyszała. Jednak w czasie minutowych ciszy wołanie o pomoc nadchodziło nadal. Skoro nie rozumiała rytmu nadawania, musiała być zupełną nowicjuszką.
Nie było żadnych szans na pełny kontakt werbalny i ustalenie czy rzeczywiście jest sama, czy też jest ich więcej. Wszystko jednak wskazywało, że wołanie dochodzi ze szlaku na przełęcz. Dolinę Buczynową można było wykluczyć. Byłaby to znacznie poważniejsza sprawa.
W czasie nawoływania i słuchania drugi toprowiec dokonał przez radio koniecznych ustaleń z centralą. Akcja miała być piesza i natychmiastowa. Szybko uzmysłowili zebranym powagę sytuacji i spodziewane trudności w czasie działania. Ze sporej grupki chętnych do pomocy wybrali trójkę nocujących w schronisku taterników.
Następna czwórka miała wyruszyć w godzinę później i dojść tylko pod żebro. Byłem w tej czwórce. Mieliśmy przejąć ranną i znieść ją do schroniska. Na wszelki wypadek mieliśmy zabrać drugie nosze. Nie potrzebowaliśmy dużo sprzętu. Latarki czołowe i radiotelefon. Główną część gratów zabrała pierwsza grupa. Mieli ze sobą sporo lin na wypadek gdyby ranna spadła daleko od szlaku.
Mieliśmy wyruszyć godzinę po pierwszej grupie. Siedzieliśmy tą godzinę w ciszy pod ścianą schroniska i nasłuchiwaliśmy. W tym miejscu było najlepiej słychać. Kobieta krzyczała w bardzo nieregularnych odstępach czasu. Kilka razy krzyknęliśmy dla dodania jej otuchy. Noc była przyjemna choć dojmująco chłodna.
Schronisko usypiało. Gapie powoli odchodzili do swoich spraw. Emocje opadały. Dalsze nowiny mogły być za trzy, może cztery godziny. Na przeciwstoku pojawiły się światełka pierwszej grupy. Ostro szli. Z tej odległości wydawało się, że strasznie się wloką, ale znając szlak czułem ich tempo. Kiedyś mógłbym im dotrzymać kroku. Zresztą bywało. Nie te lata...
Ruszyliśmy przed północą. Dobrze wybrali naszą czwórkę. Żadnych ścigantów czy pędziszlaków. Równym, spokojnym krokiem posuwaliśmy się w rozsądnych odstępach, aby nie oślepiać się odbiciem latarek. Po wejściu w kosówki noc wchłonęła nas zupełnie. Wywołali nas radiotelefonem sprawdzając gdzie jesteśmy. Wszystko szło zgodnie z planem i szliśmy w ciszy. Z boku pokazywało się światło zapalone przed schroniskiem. Co jakiś czas widzieliśmy je, ale było coraz niżej. Z góry znów nas wywołali. Nasze nosze można było zostawić. Kobieta żyła i była sama.
Wracającą grupę ratowniczą spotkaliśmy dokładnie w przewidzianym miejscu. Wyżej było już bardziej stromo i transport rannej odbywał się z asekuracją linową. Ranna była przytomna ale trzeba było szybko dotrzeć do schroniska. Nie było czasu na dalsze wyjaśnienia. Teraz trzeba było tylko nieść. Niezbyt stroma, ale wąska i zawiła ścieżka nie pozwalała na niesienie w czwórkę. Często więc zmienialiśmy się. Także ratownicy dawali nam zmiany.
Pochód posuwał się wolno, ale niemal nieprzerwanie. Świtało, gdy wróciliśmy. Na trawkach szklił się szron. Umordowani zostawiliśmy ranną i sprzęt w toprówce. Zasnąłem zanim dotknąłem głową do poduszki. Nie obudził mnie nawet ryk śmigłowca, gdy zabierali kobietę.
Śniadanie jadłem w południe w dyżurce ratowników. Tam poznałem inne szczegóły ostatniego dnia i nocy. Z relacji czterdziestoletniej kobiety wynikało, że wybrała się na Krzyżne od strony Murowańca wraz z dwójką znajomych z pensjonatu.
Z Kuźnic wyruszyli po ósmej. Na przełęcz dotarli około czternastej. Ona szła wyraźnie wolniej od towarzyszy. Najbardziej przeszkadzał jej niewygodny plecak.
Czekali na nią długo na przełęczy. Kiedy mieli ruszać, zaproponowali jej zniesienie plecaka do schroniska. Spieszyli się na wieczorny seans do kina. Zgodziła się. Więcej ich nie widziała. Została sama na szlaku.
Schodziła więc wolno. Nikt już jej nie poganiał. Dzień był ładny. Zaledwie kilka osób ją minęło. W pewnym momencie poślizgnęła się i spadła kilka metrów. Skręciła nogę, rozbiła czoło i głęboko skaleczyła udo. Ręce i nogi miała tylko podrapane. Jakoś wdrapała się na czworakach na szlak, ale dalej iść nie mogła.
Nie miała swojego plecaka. W plecaku został jej telefon komórkowy. Musiała także z noszonej bielizny zrobić sobie opatrunek. Było około szesnastej. Sądziła, że poprosi kogoś o pomoc. Na szlaku jednak nie było już nikogo.
Najbardziej obawiała się ciągle krwawiącej rany na nodze. W dole widziała schronisko. Krzykiem wzywała pomocy. Chyba słabła, bo traciła świadomość albo zasypiała. Później znowu krzyczała.
Dopiero po zmroku usłyszała głośne krzyki i błyski latarkami spod schroniska. Krzyczała dalej bo nie wiedziała czy to do niej krzyczeli. Jak tylko usłyszała krzyk też krzyczała. Za każdym razem.
Ratownicy dotarli do niej o wpół do pierwszej. Zrobili opatrunek, dali zastrzyki i natychmiast rozpoczęli transport. Przez prawie całą drogę spała. Dopiero w schronisku odzyskała świadomość.
Zanim przyleciał śmigłowiec opowiedziała ratownikom swoją historię. Zadzwonili do jej pensjonatu. Towarzysze rannej wyciągnięci z łóżek obcesowo wyjaśnili, że nie doczekali się jej, ale przecież plecak zostawili w bufecie schroniska.
Rzeczywiście był tam, ale obsługa nie wiedziała do kogo należy. Ktoś zostawił go na chwilę i więcej się nie pokazał. Ranna rozpoznała swoją własność.
Helikopter nad ranem zabrał ją do szpitala. Ogólne potłuczenie. Zagrożenia życia już nie ma. Wszystko.
Wystarczy wypełnić kilka formularzy i sprawa zamknięta. Aż do następnej akcji.
-Wyobraź sobie, że miała ze sobą zapalniczkę i leżała przy kosówce.
Niewyspany ratownik opowiedział to wszystko spokojnym głosem. Niemal każde zdanie z relacji rannej kobiety zawierało kolejny błąd zachowania się na górskim szlaku. Można książkę napisać komentując tych kilkanaście zdań. Dla niego to już normalka. Potem spytał:
-A ty gdzie dziś idziesz.
-Późno już. Pewnie pójdę posiedzieć w Pustej.
-No to miłego dnia. Dziś kończę dyżur a jutro idę na Liptowskie Mury. Pójdziesz?
Poszedłem.
 
« poprzedni