Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Prosto spod lodu... Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
18.12.2008.

Od tygodnia siedzieliśmy w tej leśniczówce. Kwatera była nad wyraz wygodna. Parter zajmował leśniczy z żoną, a nam udostępnili całe piętro i poddasze. Pokoje były duże, ciepłe i porządnie wyposażone. Kuchnia z pełnym wyposażeniem i łazienka z prysznicem dopełniały wygód, jakich mało kto by się w głębi lasów spodziewał.
Po ciężkich styczniowych mrozach nastąpiło nieznaczne ocieplenie, ale nie było odwilży. Śniegu w lasach było sporo, a gruby lód na jeziorach pozwalał wygodnie skracać trasy narciarskich wędrówek. Pogoda dopisywała i codziennie gdzieś jeździliśmy. Leśniczy zweryfikował naszą mapę i wskazał miejsca, gdzie lepiej nie bywać. Różne powody podawał, ale i tak pozostały wielkie połacie lasów, których nie byliśmy w stanie w te kilka dni przewędrować.
Niektórzy wpadali do nas jedynie na kilka dni – nie każdy mógł zdobyć się na dłuższy urlop. Jedni wyjeżdżali, inni przyjeżdżali. Ruch był spory. Leśniczyna zadowolona, że interes się kręci, chętnie zmieniała pościel i witała prawie codziennie nowych gości.
Wieczory spędzaliśmy przy kominku. Nie był on wcale potrzebny do ogrzania pomieszczeń – od tego były wiecznie gorące kaloryfery, ale sprawiał miły nastrój do rozmów i różnych opowieści. Każdy przecież gdzieś już był, coś przeżył i dzieliliśmy się swymi opowieściami w długie zimowe wieczory. Niektórzy przywieźli swoje slajdy i tym wzbogacali relacje. Z laptopa i rzutnika leciały wprost na białą ścianę obrazy z różnych zakątków świata. Nie wszyscy znali się od dawna i poprzez opowieści oraz relacjonowany sposób widzenia świata poznawaliśmy się coraz lepiej. Czasem rozmowy i zwykłe w nich zacietrzewienie zapędzały nas w głęboką noc.
Przyszedł i taki dzień, gdy została jedynie dwójka gości – Nela i ja. Po południu miał ktoś nowy przyjechać, ale przed obiadem postanowiliśmy gdzieś się wybrać. Szkoda było marnować słoneczną pogodę. We wszystkich kierunkach od leśniczówki wiodły już dobrze przejeżdżone ślady naszych nart. Od pierwszego dnia układaliśmy je dla wygody na poboczach leśnych dróg, gdzie samochody nie mogły ich zajeździć.
Nela po raz pierwszy w życiu założyła narty biegowe po przyjeździe do nas kilka dni wcześniej, więc nie zdecydowaliśmy się na jakąś dłuższą wycieczkę. Postanowiliśmy po prostu dostać się do pobliskiego jeziora i pojeździć po nim. Ostre słońce dawało szansę na wywiezienie stąd całkiem ładnej opalenizny, a gdzież szukać lepszej słonecznej polany niż na lodzie dużego akwenu.
W lesie było rześko. Lekki wiaterek strącał z wielkich sosen czapy śniegu. Szybko zjechaliśmy na taflę jeziora i cieszyliśmy się słońcem. Co chwila przecinaliśmy nasze ślady z poprzednich dni i bawiliśmy się odgadywaniem, który kiedy powstał. Przy kilku przeręblach siedzieli miejscowi wędkarze, ale nie mieli za dużych sukcesów.
Dojechawszy do końca jeziora zawróciliśmy. Teraz mieliśmy słońce na wprost siebie i od razu zdecydowaliśmy się jechać tak aż do przeciwnego krańca równiuteńkiej tafli. Ambitnie opuściliśmy dopiero co położone ślady i cięliśmy dziewiczy śnieg. Nela chciała stąd wywieźć jak najwięcej umiejętności narciarskich i kondycji. Już deklarowała swe wielkie zamiłowanie do nart i liczne wypady na nich pod miastem. Mieszkała na górnych obrzeżach Gdyni, skąd do lasów morenowych miała rzut beretem, jak to określała.
Słońce grzało naprawdę mocno i robiło się nam gorąco. Trzeba było zwolnić, by się nie spocić. Minęliśmy miejsce, gdzie zjechaliśmy na lód i pomaszerowaliśmy dalej. W pewnym momencie usłyszeliśmy odgłosy rąbania lodu. Nic nadzwyczajnego. Pewnie kolejny wędkarz przygotowuje sobie stanowisko. Tego rabanie było jednak stanowczo za dużo jak na jednego człowieka z wędką...
Skręciliśmy w osłoniętą trzcinami boczną zatokę, skąd dochodziły dźwięki rąbania i od razu wszystko się wyjaśniło. Na przeciwnym krańcu zatoki z lodu znikała właśnie końcówka sieci a w dwie strony od tego miejsca ciągnęły się linie małych przerębli, przez które żerdziami przepychane były liny do jej ciągnięcia. Co chwila rąbano więc kolejne otwory. Kilka razy już coś takiego widziałem, ale dla Neli była to całkowita nowość. Nie mogła pominąć takiej okazji.
-A może byśmy kupili trochę ryb? – proponowała zupełnie rozsądnie.
-A kto będzie je skrobał – wolałem od razu ustalić szczegóły wykorzystując zapał towarzyszki.
-Oskrobanie i wyczyszczenie to drobiazg, ale nie mamy chyba żadnych pieniędzy – zauważyła przytomnie.
Fakt. Ani pieniędzy ani choćby małego plecaczka nie mieliśmy ze sobą. Po cóż by nam to było, skoro cały czas byliśmy nie dalej niż trzy kilometry od leśniczówki?
Zbliżyliśmy się do rybaków i przywitaliśmy się. Ich praca byłe niezwykle prosta. Mieli długą żerdź i w odległościach równych jej długości wycinali małe trójkątne przeręble. Do czubka żerdzi dowiązywali końcówkę liny i przepychali ją pod lodem do kolejnego otworu. Następnie rąbali kolejny otwór, przepychali linę do niego i tak dalej. Od wielkiej prostokątnej przerębli, gdzie zaczęli wpuszczać sieć, a teraz stały tam już tylko puste duże sanie do jej transportu, ciągnął się wielkim łukiem rząd równo oddalonych od siebie trójkątnych dziur. Robota niby prosta, ale na końcu przepychanie liny do kolejnego otworu trzeba było wsadzić ręce trzymające drąg do lodowatej wody i nakierować żerdź dokładnie pod następny otwór. Złapanie przepychanej liny także wymagało wsadzenia rąk do wody. Sama lina była zupełnie mokra, a mróz co prawda niewielki, ale szybko pokrywał linę skorupką lodu. Brrrrr.......
-Gdzie będziecie wyciągać sieć? – spytałem.
Pokazali odległy kraniec zatoki i zorientowałem się, że wystarczy mi czasu na jazdę do leśniczówki i powrót na jezioro zanim skończą.
-A da się kupić rybę?
-A to już trzeba z brygadzistą... Jest przy drugim końcu.
Jak z brygadzistą, to pewnie jest to działanie jakiegoś gospodarstwa rybackiego, a nie kłusowniczy połów – pomyślałem. Żaden kłusownik nie nazwałby szefa brygadzistą...
Szybko ustaliliśmy z Nelą plan działania. Wracamy razem, Nela zostanie w leśniczówce i pojedzie swoim samochodem na skraj lasów po kolejnych gości, bo oni nie znają drogi, a ja wrócę z pieniędzmi i plecakiem po ryby. Obiad odpuszczamy, ale kolacja zapowiada się rewelacyjnie. Przywitamy nowych znajomych suto i oryginalnie...
Już nie spacerowo, a ostrym marszem śmigamy po lodzie, a później lasem na kwaterę. Leśniczyna, gdy dowiedziała się o połowie, ostrzegła stanowczo:
-Możecie wziąć dowolną rybę, ale odradzam tołpygę, bo tego nie da się jeść inaczej niż po uwędzeniu – strasznie tłusta ryba!
Zapewniłem, że nie wezmę tołpygi, choć oczywiście nie miałem pojęcia jak ona wygląda. Przypiąłem na powrót narty i z małym plecaczkiem pognałem na jezioro. Kiedy dojechałem do rybaków, oni już byli przy otworze końcowym, skąd ciągnęli dwoma ręcznymi kołowrotami oba końce liny. Kołowroty stały oczywiście na brzegu.
Robota szła wolno. Dwa ogromne skrzydła sieci, po prawie trzysta metrów każde, stawiały w wodzie solidny opór. Między skrzydłami był zapewne spory sieciowy wór, gdzie miała gromadzić się ryba.
Ta praca także nie wyglądała na skomplikowaną. Kołowrotami ciągnięto liny. Gdy bęben nawojowy był już zapełniony, liny blokowano przez dociśnięcie jej butami do lodu, odwijano linę z bębna i zaczepiano kolejny jej odcinek. Nawinięcie po nawinięciu zbliżali się do końca pracy.
Przed dużą przeręblą, którędy mieli wyciągać sieć był wycięty mały otwór i co chwila któryś z rybaków robił nim drągiem hałas dla odstraszenia ryb i skierowanie ich wprost do wora sieci. Mokre od pracy gołe do łokci ręce rybaków były czerwone od mrozu. Słońce grzało, ale i mnie, choć nic nie robiłem, zrobiło się zimno. Chyba od samego widoku tak mokrej pracy...
Spytałem o tę tołpygę i dowiedziałem się, że wiele lat temu wpuszczono do tego jeziora jej narybek sprowadzony z Syberii. Szybko się namnożyła i zdominowała środowisko. Rodzime ryby: płoć, szczupak, sandacz i okoń przegrały konkurencję żarłocznych przybyszy i teraz jest już ich mało. Natomiast tołpyga jest i to w sporych ilościach. Sam zobaczę, gdy wyciągną sieć. Czekałem cierpliwie...
Wreszcie skończyły się liny i pokazały się skrzydła sieci. Co kawałek na górnej jej krawędzi dowiązany był mały kawałek styropianu, a do dolnej ceglany obciążnik – dzięki temu podczas ciągnięcia szła tuż pod lodem i ustawiała się pionowo.
Co jakiś czas z wyłaniającej się sieci wyjmowali pojedyncze ryby i wrzucali do przygotowanych skrzyń. Małe sztuki wędrowały na powrót do przerębli poza linia połowu. Trochę się denerwowali, bo były już oznaki niewielkiego połowy. Jak to poznawali, nie chcieli mi powiedzieć.
Wreszcie pokazał się wór i wszyscy rybacy zaczęli go wyciągać rękoma. Wolałem nie mieszać się do tej roboty, bo wszystko działo się tuz nad dużą przerębla i przez swą nieumiejętność mógłbym przysporzyć im tylko kłopotów.
Na lodzie pojawiła się spora jak dla mnie ilość najprzeróżniejszej ryby. Były różnej wielkości: płocie, okonie, liny, szczupaki i osławiona tołpyga. Rzeczywiście ogromne okazy tołpygi robiły wrażenie, ale chyba tylko na mnie. Rybacy nie przejawiali radości z wielkich rozmiarów tołpyg. Raczej traktowali te ryby jak dopust boży.
Spodobał mi się taki jeden szczupak. Leżąc na lodzie nie sprawiał wrażenia bardzo dużego okazu. Wydał mi się w sam raz na kolację dla pięciu osób.
-Ile bym musiał zapłacić za tego? - spytałem brygadzistę.
-Dziesięć złotych za kilogram – padła odpowiedź.
-A ile on waży? – ciągnąłem temat.
-Będzie cztery kilogramy? – brygadzista spytał rybaków.
-Będzie – padła odpowiedź.
-No to czterdzieści – ustalił szef interesu.
Szybko wyjąłem pieniądze i zapłaciłem. Moim zdaniem ryba ważyła znacznie więcej i wolałem nie targować się zbytnio – mogli mieć ze sobą wagę i cena mogła szybko wzrosnąć.
Wszystko poszło po mojej myśli, ale gdy pomyślałem, że tego wielkiego szczupaka będę wiózł w plecaku, przeraziłem się. Ten potwór miał ogromny pysk i mógłby ugryźć mnie w plecy...
-A mógłby pan go ogłuszyć? – spytałem brygadzistę.
Roześmiał się do swoich ludzi konstatując bezradność „miastowego” narciarza, ale wziął do ręki niewielki młotek i szybkim, ale wcale niezbyt mocnym uderzeniem trzonka w łeb ryby ogłuszył ją. Wcale nie walił w ten łeb. Po prostu stuknął. Nie pokazała się krew, a ryba natychmiast znieruchomiała na lodzie.
Może to właśnie tak trzeba? – pomyślałem o pokancerowanych przeze mnie wigilijnych karpiach. Ryba zawinięta w duża reklamówkę wylądowała w plecaku. Pożegnałem się i wróciłem do leśniczówki. Nela właśnie przyjechała prowadząc za sobą samochód kolejnych gości naszego nartowego zbiegowiska.
Szczupak na lodzie jeziora sprawiał wrażenie dużego, ale położony na stole w kuchni zdawał się być ogromnym. Trzeba było go sprawić. Nela, choć deklarowała się wcześniej jakoś niemrawo brała się do pracy, więc nasz nowy gość – Grażyna szybko ją wyręczyła. W niecałe pół godziny później pierwsze dzwonka skwierczały już na patelni. W ostatniej chwili przed pokrojeniem w dzwonka zdążyłem sfotografować wielkie cielsko. Do obskrobanej tuszy przyłożyłem obcięty łeb – razem było to dłuższe od przekątnej sześćdziesięciocentymetrowej szafki kuchennej.
Kiedy smaży się w domu rybę kupioną w sklepie, zawsze jest jakiś przykry zapach. Wrzący na patelni olej zmieszany z rozgrzewanym tłuszczem ryby dają tę przykra woń. Tym razem jednak żadnego przykrego zapachu nie było. Cóż, nasz szczupak jeszcze półtorej godziny wcześniej pływał sobie w jeziorze...
 
następny »