Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Szlakiem górnej Brdy Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
18.12.2008.

Kiedy na początku roku w zaprzyjaźnionym wydawnictwie skończył się druk mojej kolejnej książki, poszedłem do ich księgowości uregulować należność. Tym razem to była „Szkoła Turystyki Kajakowej”. Taki mam zwyczaj, że niewielką ilość ukazujących się drukiem książek rozdaję zaprzyjaźnionym. Sympatyczne księgowe należą do tego grona. Wpisywałem właśnie dedykacje, gdy Zenia – szefowa działu, zaczepiła mnie dość zdecydowanie:
-Tak chodzisz po tych górach, jeździsz rowerem, teraz znów o kajakach piszesz... a nie zrobiłbyś jakiegoś spływu z nami?

Kiedy na początku roku w zaprzyjaźnionym wydawnictwie skończył się druk mojej kolejnej książki, poszedłem do ich księgowości uregulować należność. Tym razem to była „Szkoła Turystyki Kajakowej”. Taki mam zwyczaj, że niewielką ilość ukazujących się drukiem książek rozdaję zaprzyjaźnionym. Sympatyczne księgowe należą do tego grona. Wpisywałem właśnie dedykacje, gdy Zenia – szefowa działu, zaczepiła mnie dość zdecydowanie:
-Tak chodzisz po tych górach, jeździsz rowerem, teraz znów o kajakach piszesz... a nie zrobiłbyś jakiegoś spływu z nami?
Z różnymi ludźmi jeździłem na spływy. Najczęściej wybierałem się sam i dopiero na wodzie zawierałem znajomości, ale ten pomysł od razu wydał mi się ciekawy. Pracowaliśmy razem już kilka lat, znaliśmy się z każdej strony – tej dobrej i tej... mniej. Byłaby to całkiem inna płaszczyzna wzajemnych relacji. Może warto?
Pamięć telefonu mam zapełnioną najprzeróżniejszymi kontaktami – jak każdy. Są w nim i takie „od kajaków”... Chwyciłem komórkę i trochę dla zrobienia wrażenia na dziewczynach od razu zadzwoniłem do przyjaciela mojego znajomego, który mógł mi pomóc.
-Termin stary, termin? – pierwsza odpowiedź była zachęcająca, bo nie od razu negatywna.
Przenoszę pytanie z telefonu wprost na biurka. Po krótkiej dyskusji wybieramy – weekend Bożego Ciała. Rozmówca akceptuje, ale słyszę, że sapnął...
-Ile kajaków? – kolejne pytanie zbliża nas do realiów.
Ja oczywiście popłynę swoim, ale reszta na pewno nie ma łódek. Ile tej reszty? Znów szybka wymiana zdań. Dziewczyny dzwonią do domów i znajomych – coś za szybko wszystko się dzieje. Po pół godzinie mamy i tę odpowiedź.
-Skąd i dokąd? – gość prowadzi wypożyczalnię kajaków i nie myśli gadać o niebieskich migdałach. Trasę to ja już sobie ułożyłem w głowie w czasie, gdy dziewczyny uprzedzały telefonicznie swoich partnerów o kolejnym zakręconym pomyśle Mundka, bo oczywiście na mnie zwaliły całą winę.
-Z Charzykowych do Mylofu, dziesięć jezior górnej Brdy – odpowiadam i wiedząc jakie będzie kolejne pytanie, szacuję ilość dni. Trasa nie jest długa – dwa dni by wystarczyły, ale z drugiej strony... moje znajome pierwszy raz w życiu wsadzą tyłeczki do kajaków. Poza tym – po co się śpieszyć? To ma być rekreacja, a nie sportowy wyczyn.
-Cztery dni – rzucam w słuchawkę zanim pada pytanie.
-OK.! Załatwione! – po szeleście kartek poznaję, że impreza została wpisana do kalendarza.
-Dobra. Dzięki, ale... ile to będzie kosztowało? – coś mi mówi, że zbyt łatwo wszystko idzie.
-Do wójta nie pójdziemy – dosłownie czuję, że po drugiej stronie ktoś mruga do mnie okiem – przyślij to wszystko mailem, to ci odpowiem.
-Ale termin, kajaki i transport mamy już zaklepane? – nie daję za wygraną.
-Jasne! Cześć, bo mam kolejny telefon.
Ufff, odetchnąłem. Dziewczyny coś duże oczy mają, bo zapewne dopiero teraz uświadamiają sobie zwolna, w co się wpakowały. Same kajaki to przecież nie wszystko. Zadowolony z siebie dowcipkuję, że całą resztę mogą sobie wyczytać w książce, którą właśnie otrzymały. Jakby co, to niech pytają...
W domu opadają mnie jednak wątpliwości:
-A jeśli będzie silny wiatr i duża fala na jeziorach? Cóż, popłyniemy przy zawietrznych brzegach...
-A skąd weźmiemy namioty, materace, śpiwory i cały sprzęt kuchenny? Będzie kłopot, ale wśród znajomych znajdę chyba wszystko...
-A czy oni w ogóle umieją pływać? Cholera! O tym zapomniałem! Dzwonię i okazuje się, że tylko jedna osoba nie ma karty, ale do maja zrobi na basenie. OK.!
-A jeśli oni się rozmyślą i cała impreza weźmie w łeb? Przecież mój znajomy zaklepał te kajaki i jakby co, będzie stratny – taki weekend to przecież żniwa dla firm kajakowych... Na wszelki wypadek daję anons na mojej stronie internetowej o spływie. Może ktoś się trafi i da się uniknąć ewentualności fiaska imprezy.
Przyszła pora na dokładne rozeznanie trasy. Idą w ruch mapy i przewodniki. Odległości do pokonania każdego dnia nie budzą wątpliwości. Pierwszy dzień od południa do wieczora na „rozluźnienie”, potem dwa pełne dni i na koniec krótko do mety spływu. Trzeba przecież jeszcze mieć czas na powrotny transport kajaków i nas samych na miejsce startu, gdzie zostawimy samochody.
Noclegi wypadają nam na wygodnych trzech polach biwakowych. Tylko jedno jest niebezpieczne, bo miejsce powszechnie znane i może być tłoczno. Ścisk na polu biwakowym to mniejszy kłopot, ale ewentualność jakichś wrzaskliwych nocnych imprez jest poważną obawą.
Zaopatrzenie na trasie także nie budzi wątpliwości. Pierwszego i drugiego dnia mamy sklepy tuż nad wodą. Trzeciego dnia sklep jest o niecały kilometr od biwaku. Dobra nasza!
A co ewentualnie można na tej trasie zobaczyć, zwiedzić...? Przecież prawie każdy chce z takiej imprezy mieć choćby jedno zdjęcie „ja-na-tle”. Z tym gorzej. Wokół naszej trasy tylko lasy i woda. Dużo tej wody i sporo lasów, ale czy to akurat zadowoli uczestników? Płynąć będziemy przez zupełne pustkowie na mapach „atrakcji turystycznych”...
Rozwiązanie przyszło z zupełnie nieoczekiwanej strony. Przeglądałem otrzymaną w prezencie od krajowego szefa PTTK’u książkę, której był współautorem - „Z Karolem Wojtyłą wędrowanie po Polsce” i... eureka! Na taki sam pomysł spływu wpadł Wielki Papa mniej więcej w roku mych urodzin i biwakował na ostatnim z naszych postojów – będziemy tam nocować akurat z soboty na niedzielę.
Tego nie mogłem odpuścić! Dokładniejszą mapę miałem – wojskową dwudziestkę piątkę. Jest! Jak byk na mapie jest znak „kaplica”. Telefonuję do najbliższej parafii, przedstawiam się i aż mi serce skacze do gardła gdy słyszę odpowiedź:
-Tak, to moja parafia. Jest tam kaplica poświęcona Janowi Pawłowi Drugiemu – dokładnie w miejscu, gdzie odprawiał mszę... Mszę można tam odprawić... Jeśli popłynie z wami ksiądz, sam będzie wiedział, jak to załatwić – wygląda na to, że nie ja pierwszy dzwonię z taką sprawą.
Gwarantuję, że ksiądz będzie, choć ten o którym myślę jeszcze nic nie wie... Dzwonię do niego i namawiam na wyprawę z nami. Ksiądz Wojtek, to młody doktor nauk, który dopiero co wrócił ze studiów w Watykanie i nie przesiąkł jeszcze diecezjalną estymą – idealny partner na taką imprezę. Okazuje się jednak, że ma w tym czasie inne obowiązki, ale na niedzielną mszę przyjedzie i odprawi ją pod warunkiem, że miejscowy proboszcz się zgodzi. Daję mu telefon i przestaję się zajmować tym problemem. Zupełnie słusznie, bo za dwa dni mam informację, że wszystko jest już załatwione...
Informację o „prywatnej” mszy dla nas pozostawiam jako tajemniczą „dodatkową atrakcję” spływu i mogę zająć się bieżącymi sprawami. Jest ich sporo, bo moje znajome oczywiście ani myślą przekopywać się przez trzy i pół setki stron nudnego poradnika. Mają mnie pod ręką, to i pytają...
Ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się zgłoszenie ze strony internetowej – młode małżeństwo z dwójką dzieci. Iza, bo to pani domu koresponduje ze mną, informuje, że oni już sporo pływali, więc kłopotów nie sprawią. Cały sprzęt biwakowy mają, a kajaki załatwią sobie sami. Jest ujmująco grzeczna, ale z tonu głosu wynika, że sprzeciwu raczej się nie spodziewa. Jakaś zupełnie zakręcona dziewczyna. Oczywiście zgadzam się z jawnie okazywaną radością, ale obawy mam...
Swoją drogą nie wiem skąd te moje obawy. Przecież równie dobrze możemy mieć problemy spowodowane przez znanych nam ludzi. Znajomość jeszcze niczego w takich sytuacjach nie gwarantuje. Jakże inne są aspekty wędrówki od tych codziennych, rodzinnych czy zawodowych płaszczyzn naszej znajomości...
Okazuje się, że sprzęt biwakowy i kuchenny dla wszystkich uczestników udaje się załatwić bez większego problemu. Kłopoty z dobraniem odzieży rozwiązuje skutecznie lektura książki. W końcu do czegoś się przydała...
Pewnym problemem jest miejsce startu. Gdzieś trzeba zostawić samochód i to w takim miejscu, by nikt się nim nadmiernie nie „zainteresował” oraz by łatwo się do niego dostać po imprezie. Zazwyczaj robi się tak, że zostawia się samochody w firmie wypożyczającej kajaki i resztę transportu pozostawia się tej właśnie firmie. Wszyscy uczestnicy tak dokładnie zrobią, ale mnie to nie odpowiadało.
Wraz z Darkiem, który stworzył i administruje moją stroną internetową postanawiamy zrobić sobie dodatkowy etap – z firmy kajakowej do Charzykowych popłyniemy w dwa kajaki dokładnie „pod prąd” pierwszego etapu spływu. Cudzysłów jest tu jak najbardziej oczywisty, bo płynąć będziemy przez jeziora, gdzie prądu nijak nie odczujemy poza jednym zwężeniem pod mostem w Małych Swornychgaciach. Tam akurat prąd jest i to całkiem spory – cała Brda musi się tamtędy przelać. W dodatku ciąg wody jest w linii skośnej do brzegów, ale co tam...!
Pogodę trafiliśmy rewelacyjną – blaszane niebo i niemal bezruch powietrza. Jezioro w Swornychgaciach jest gładkie jak lustro. Szybko wodujemy łódki, ładujemy sprzęt i odpływamy. Darek po raz pierwszy siedzi w jednoosobowym kajaku i trochę na początku „kręci”. Szybko jednak nabiera „czucia” i po dwóch kilometrach rżnie wodę jak strzała. Na jeziorze jest niemal bezkresnie szeroko, więc płyniemy obok siebie i gadamy, gadamy... Wreszcie możemy obgadać wiele spraw, na które nigdy nie starczało czasu.
Skręcamy w jezioro Długie i niespodzianka – na samym skraju trzcin widzimy łabędzie gniazdo. Wiele pływałem kajakiem, ale nigdy z takiego bliska tego nie widziałem. Oczywiście nie mam przygotowanego aparatu, a wielkie ptaszysko siedzące na gnieździe ostro wyraża swe niezadowolenie z wizyty intruzów, więc szybko odpływamy. Może kiedyś uda mi się zrobić takie zdjęcie. Chciałbym.
Kto z uczestników pierwszy melduje się w Charzykowach? Oczywiście Iza z Wojtkiem i dziećmi! Robię wielkie oczy, bo ich córeczka Olga ma dopiero cztery lata i oczywiście popłynie w kajaku rodziców, ale syn Wojtuś ledwo co zaczął szkołę i już chce płynąć własnym kajakiem – piękną polietylenową jedyneczką. Całe szczęście, że jest bezwietrznie! Na wszelki wypadek wymuszam jego obietnicę, że będzie trzymał się blisko nas. Oczywiście każdy uczestnik zakłada kapok.
Ciężko obładowane kajaki wolno suną kierując się wprost na pierwsze zwężenie jeziora Charzykowskiego. Tylko Wojtuś płynie pustą łódką i oczywiście nie może zrozumieć, dlaczego zostajemy z tyłu. Bez sprzeciwu jednak nie oddala się zbytnio. Za to kręci kolejne kółka wokół naszej grupki.
W Małych Swornychgaciach robimy pierwsze zakupy, bo jak zwykle każdy czegoś tam zapomniał. Uczciwie przyznam, że ja także uzupełniam zapasy. Może to i dobrze, bo od razu pada mur „pana co to wszystko wie”. Bardzo nie lubię takiej bariery. W dodatku nadbrzeżny bar okazuje się nadzwyczaj gościnny i... trochę nam schodzi. Gdyby nie dziewczyny pewnie byśmy tu musieli zanocować – pole namiotowe jest także, ale ludne i mocno już nadszarpnięte napojami masowego rażenia.
Przejście pod mostem pokonujemy bez jakichkolwiek problemów – z prądem jest to dużo łatwiejsze. Wystarczy wiedzieć z której strony i pod jakim kątem wprowadzić kajak w gardziel – nurt zabiera po kolej nasze łódki, przyspiesza i bezpiecznie wyrzuca po drugiej stronie mostu na rozlewającym się jeziorze.
Jezioro Długie nie jest wcale takie długie – ot dwa kilometry wszystkiego i na końcu planowany pierwszy biwak. Nasze namioty dość szybko wykwitają na sporej polanie. Jest także dobre miejsce na ognisko, a i drewna sporo na miejscu. Zjadamy ostatnie kanapki zabrane na drogę i... pieczemy kiełbaski na ognisku. Tradycja!
Trochę śpiewamy. Jakby określić repertuar? Piosenki masowego rażenia, to najbardziej odpowiedni termin. No i co z tego? Lepiej wspólnie zaśpiewać „Szła dzieweczka do laseczka” niż popisywać się solowymi występami. Jest coś magicznego we wspólnym śpiewaniu. Nic tak nie łączy grupy jak wspólny śpiew. Doświadczyłem tego w tak wielu miejscach i z tak różnymi ludźmi, że wręcz szukam w pamięci takich właśnie piosenek.
Żaby rechocą do późnej nocy. Czyżby one miały akurat okres godowy? Aż dreszcze po plecach idą od krewkim rechotem wyrażanych przez nie chuci... Zasypiamy mimo to szybko.
Krótko po starcie drugiego dnia lądujemy na przystani Agrokajaków w Swornychgaciach, ale to tak tylko... towarzysko bo niczego nie potrzebujemy. Właściciel naszych kajaków jest nieobecny, a jego małżonka mocno zajęta, więc szybko ruszamy w dalszą drogę. Z ponad setki kajaków tej firmy na placu nie ma ani jednego – wszystko na wodzie. Nawet kilka kanadyjek poszło w ruch. Ładny wynik!
Zaraz za mostem mijamy się z wielką DZ-tą idącą pod prąd. Wiatru to oni tu na zalesionym odcinku nie złapią, a mosty zmuszają do położenia masztu. Ciągną na pagajach... galernicy, ale wesoło odpowiadają na nasze zaczepki. Kolejne jezioro i kolejne zwężenie... Bez pośpiechu zmierzamy do drugiego miejsca noclegu - Płęsno.
Obawy o zatłoczenie okazały się uzasadnione, ale wcale nie jest wrzaskliwie. Dziwne, bo przy takiej ilości homo automobilus powinno być dużo głośniej. Tylko w jednym samochodzie głośno gra radio, ale po grzecznej prośbie zostaje ściszone. Jest tak ciepło, że dzieciaki się kąpią. Robię chyba najlepsze zdjęcie z całego spływu – Olga w samym jedynie kapoku tapla się na przybrzeżnej płyciźnie. Znowu wieczorne ognisko i znów śpiewamy. Jest wspaniale.
Kolejny pogodny ranek wygania nas z namiotów. Woda ciągnie... Szybko robimy śniadanie i łapiemy za wiosła. Na jeziorze Łąckim zbijamy się w grupki i przestajemy wiosłować. Gadamy. Mała Olga zakryta od słońca moim kapeluszem śpi pomiędzy nogami Izy. Tylko Wojtuś uparcie orbituje wokół naszych kajaków. Wreszcie podpływa z poważnym problemem – musi siusiu. Jesteśmy na środku sporego jeziora i do najbliższego miejsca dobrego do lądowania mamy dobrze ponad kilometr. Co robić? Dać mu dużą gąbkę..? To dla małego chłopca nie jest dobry pomysł, więc szybko się decyduję – odpinam hol i wiążę do dziobu jego kajaka. Hajda! Moja smukła jedynka i jego polietylenowe cudo śmigają przez gładką jak lustro taflę z naprawdę dużą szybkością. Rzadko tak mocno pracuję wiosłem. Wojtuś także ostro wiosłuje i mocno się poci. To zmniejsza mu ciśnienie fizjologii. Zdążyliśmy! Chłopak wyskakuje na brzeg niemal w biegu...
Jednocześnie z całą resztą grupy wchodzimy pod kolejny most i wypływamy na jezioro Dybrzk. Tuż za mostem jest pole biwakowe, które z premedytacją pominąłem w planowanych biwakach. Ilekroć tam przepływałem, zawsze było strasznie tłoczno i głośno. Cóż, sobota i bezpośrednio przy szosie. To musi tak właśnie wyglądać.
Jezioro Dybrzk ma tylko jeden zakręt na samym początku północnego krańca, a dalej to niemal równa rynna ponad półkilometrowej szerokości i cztery kilometry długa. Gdyby tu dopadł nas silny wiatr południowo wschodni, albo co gorsza częsty na tym terenie północno zachodni, byłoby bardzo nieciekawie. W dalszym jednak ciągu mamy bezchmurne niebo i całkowitą flautę.
Bez pośpiechu docieramy do południowego krańca jeziora i lądujemy na polu biwakowym wśród sosnowego starodrzewu. Jest bardzo sucho. Tu się nie da palić dużego ogniska. Możliwe jest jedynie maleńkie i to bezpośrednio nad jeziorem. Znajdujemy ślad po poprzednikach i ściągamy nieco drewna.
Okazuje się, że zatoka nad którą biwakujemy jest bardzo płytka, znajduje się daleko poza głównym nurtem Brdy i ma piaszczyste dno. Przy takiej od kilku dni pogodzie powinna już być ciepła woda i.. jest. Kąpiemy się i długo pływamy. Nigdy wcześniej nie pływałem w jeziorze w maju. Wspaniale!
Jest wczesne popołudnie, a już następnego dnia skończy się nasz spływ. Jeszcze tylko jeden wieczór i krótki odcinek do miejsca zakończenia. Trochę sentymentalnie się robi. Zdradzam wreszcie tajemnicę skrzętnie skrywaną dotąd – nie chcą mi wierzyć, więc idziemy do pobliskiej Czernicy i pokazuję im kaplicę z tablicą świadczącą o pamiętnej mszy sprzed pół wiekiem. Jest już wysprzątana wraz z całym otoczeniem i to przekonuje całe towarzystwo. Trochę to zmienia plany niektórych uczestników, bo nie muszą się już śpieszyć z powrotem, by zdążyć na ostatnie niedzielne msze u siebie. Martwi ich jednak brak odpowiednich strojów, ale szybko i to przestaje być problemem. W końcu jesteśmy tu jak najbardziej turystycznie.
Długo tej nocy siedzimy pomiędzy poodwracanymi kajakami. Ognisko dawno już zgasło, a my siedzimy i gadamy nie widząc własnych twarzy. Nie przeszkadza to jednak w rozmowie. Przecież znamy się już tak dobrze. Iza opowiada o niezwykłej historii choroby maleńkiej Olgi i wpływu na nich tych doświadczeń. To niezwykle intymne sprawy, ale w tych warunkach i po kilku dniach wspólnie spędzonych na szlaku Iza nie ma już oporów, a jej szczere wyznania nie budzą naszego zażenowania. Tworzy się między nami więź wspólnie przeżytych emocji. To zdarza się w tak krótkim czasie jedynie przy wspólnych turystycznych wyprawach. Zapewne może także nastąpić z innego powodu, ale mnie się najczęściej to przytrafia właśnie wtedy...
Msza była umówiona na dziewiątą i... jest kłopot. Nikt nie chce zostać przy namiotach. W końcu decydujemy się zostawić nasz dobytek na pastwę losu i ruszamy. Ksiądz Wojtek już czeka przy kaplicy i na nasz widok rusza na powitanie. Jest wysoki i szczupły, a leciuteńki wiatr rozwiewa mu szaty. Coś mocniej bije mi serce, gdy widzę go na wąskim asfalcie w białej albie i z zieloną stułą kroczącego nam na powitanie.
Miejscowy proboszcz spisał się na medal. Kaplica otoczona jest kwiatami w doniczkach, na ołtarzu białe obrusy, a wokół zgromadzili się mieszkańcy wioski – pewnie tak im przykazał. Czytania głoszą miejscowe harcerki w mundurkach. Może to dziwne, ale takie maleńkie msze wśród drzew i świergolących ptaków zawsze robią na mnie większe wrażenia niż mocno wycelebrowane i złotem kapiące uroczystości w ogromnych świątyniach.
Zapraszamy Wojtka na śniadanie do nas. Przyszedł i podczas skromnego posiłku wyraźnie miał w oczach żałość, że nie mógł z nami płynąć. Może...? Kiedyś...? Teraz jednak wzywają go kolejne obowiązki i odjeżdża. My wkrótce także opuszczamy urocze biwakowisko.
Zmieniony ( 02.07.2016. )
 
« poprzedni   następny »