Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Cerkwie Kijowa Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   

Przy pierwszym śniadaniu w Kijowie pilot spytał nas, co chcemy w tym mieście zobaczyć? Na pewno miał gotowy i konkretny plan zwiedzania, bo autobus stał już pod hotelem. Zawsze pytali, a później i tak nic z tego nie wychodziło. Wypaliłem więc nie licząc na skuteczność wniosku:
-W Kijowie to ja bym chciał zobaczyć Złote Wrota, bo Bolesław Śmiały wyszczerbił na nich swój miecz. Szczerbiec widziałem, to teraz czas jest na sprawdzenie, czy aby wrota nie mają odpowiedniego uszczerbku.
Wiedziałem, rzecz jasna, że powołuję się na kiepską legendę, bo za Bolesława Śmiałego Złote Wrota jeszcze nie istniały, a i Szczerbca pewnie także nie było. Pilot obdarzył mnie jednak „firmowym” uśmiechem i zapodał, że Złotych Wrót nie da się obejrzeć. Za to czeka nas sporo równie ciekawych atrakcji – jak zwykle.
Autokar zatrzymał się na dużym okrągłym placu. Właściwie to było wielkie rondo z parkingami po bokach. Na środku ronda stał piękny pomnik – jakiś wódz na spienionym koniu z buławą w prawej wyciągniętej ręce.
-To pomnik Bohdana Chmielnickiego, naszego bohatera narodowego. Wskazuje buławą na Warszawę prowadząc Kozaków na wojnę z Polakami. On pokazuje – Na Lachiw! – tu pilot spojrzał na mnie z widoczną satysfakcją odgryzając się za historię ze Szczerbcem.
Tego jeszcze nie było! Żeby mi jakiś Rosjanin wytykał nie za bardzo chlubne epizody z historii? Słońce pięknie świeciło i szybko na zegarku ustaliłem strony świata. Jeździec na koniu wyraźnie nie wskazywał na północny zachód, a ewidentnie na północny wschód!
-A ja widzę – z jadowitym uśmiechem pauzowałem każde słowo – że ta buława jest skierowana na północny wschód! Chmielnicki raczej pokazuje Kozakom kierunek na Moskwę, a nie na Warszawę. Czy może mamy to sprawdzić na kompasie...?
Nie za bardzo przypadł nam do gustu ten pilot i przy każdej okazji dawaliśmy mu to do zrozumienia. Odwzajemniał się jak mógł, ale nas było więcej...
Zaprowadził nas do potężnej cerkwi przy tym samym placu. W środku było mnóstwo zwiedzających. Poszczególne grupy chodziły za swoimi przewodnikami. Słyszało się różne języki. Od samego wejścia coś mi jednak nie grało. Niby wszystko w porządku, ale posadzka była z płyt o wyraźnie różnych wielkościach. Niektóre miały jakieś napisy – to nie była cyrylica. Spytałem pilota, a ten z dumą w oczach odpowiedział, że to żydowskie macewy...
Zamurowało mnie. Posadzka z pomników nagrobnych? I my mamy po nich chodzić? Ale to żydowskie – argumentował licząc chyba na moją aprobatę.
-Czy ty jesteś Żydem? - zapytał z przestrachem w oczach.
-Nie! Jestem katolikiem i po żadnych płytach nagrobnych nie będę chodził – odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z kilkoma innymi osobami z wycieczki.
Nie mieliśmy zamiaru czekać aż nasi wyjdą z cerkwi. Po prostu poszliśmy sobie. W pobliskim kiosku kupiliśmy plan Kijowa i zaczęliśmy zwiedzać miasto na własna rękę.
Kreszczatik – główna ulica Kijowa przypomina trochę łódzką Piotrkowską. Podobne secesyjne domy, sporo zieleni i podobnie za wąska ulica w samym centrum miasta. Idziemy oglądając wystawy.
Na samym początku trafiamy jednak na dużą halę – Besarabski Bazar. Lubię bazary, bo jest na nich taka mniej oficjalna atmosfera. Zawsze można szybko i łatwo nawiązać kontakt. Sprzedaje się tu całą masę rzeczy niedostępnych zwykle w formalnych sklepach. Ten bazar jest jednak przeznaczony jedynie dla handlujących artykułami spożywczymi. Wśród mnóstwa sałatek o najprzeróżniejszych smakach, które przekupki chętnie podają na widelcach: Paprobujtie, paprobujtie! - pogubiliśmy się zupełnie. Od samego próbowania można dostać niezłych sensacji żołądkowych. Tuż obok beczek z piekielnie ostrymi stoją inne ze słodko kwasnymi. Znajduję także zupełnie nieznany mi dotąd rodzaj towaru – czosnek marynowany na wiele różnych sposobów i smaków. Trochę się nimi zachwyciłem, co wykorzystały przekupki wciskając mi patyczki z kolejnym rodzajem.
Tuż za bazarem w wielkiej księgarni znajdujemy kilka książek polskich. Jedną nawet kupuję, bo jest w cenie dużo mniejszej niż u nas. Pouczono nas, że lepiej będziemy traktowani, gdy będziemy mówili po polsku – byle powoli i wyraźnie, niż gdybyśmy prosili o pomoc po rosyjsku. Zaczyna się to sprawdzać...
Na wystawie sklepu myśliwskiego leży potrzask na dość grubego zwierza. Podejrzewam, że to dekoracja, ale jest przyczepiona kartka z ceną. Wchodzimy i pytamy. Oczywiście można kupić potrzaski na wilki, lisy, jelenie, sarny, a nawet na niedźwiedzie. Są także nawinięte na bębny sznury z setkami haczyków do połowu ryb. Ktoś z naszych kupuje kilka takich sznurów, choć w Polsce te metody połowu są zabronione.
Stajemy wreszcie przed ogromnym sklepem jubilerskim. Nazywa się „Kasztan” i na wystawie ma mnóstwo pierścieni i sygnetów wielkości kasztanów. Są z nami dwie dziewczyny i oczywiście natychmiast wchodzą. Ceny przekraczają moje możliwości, więc jedynie oglądam. Mało jest tu rzeczy ładnych, za to wielkości poszczególnych wyrobów imponują. Ceny też...
Wychodząc z Kasztana zauważam w lekko wznoszącej się przecznicy naprzeciwko budynek do złudzenia przypominający kształtem kościół, ale nie ma krzyża na kopule. Pewności nie mam, ale gdybym miał obstawiać, postawiłbym że to kościół i to katolicki. Wielkie otwory po dawniejszych witrażach są w znacznej części pozamurowywane – pozostawiono jedynie niewielkie okienka, a i one w większości mają powybijane szyby. Przy każdym wybitym oknie jest na poszarzałej ścianie jasno biały jęzor jakiegoś okurzenia. Podchodzimy bliżej przyglądając się dziwnej budowli. Wreszcie zaczepiam milicjanta i nie siląc się na rosyjski po prostu pytam po polsku, co to za budynek?
-Magazyn cementu – pada odpowiedź po rosyjsku.
-Ale to wygląda na kościół...?
-Magazyn cementu – powtarza i odchodzi.
Idziemy Kreszczatikiem w kierunku widocznego na końcu ulicy wielkiego łuku i oczywiście rozmawiamy po polsku. Nagle ktoś wciska nam do rąk ulotkę i natychmiast odchodzi. Na ulotce z powielacza jest informacja o mszy w jakiejś cerkwi. Mszę ma odprawiać metropolita kijowski... Może warto tam pójść? Data się zgadza i pozostały nam dwie godziny czasu... No dobrze, ale gdzie ta cerkiew? Na odwrocie jest jakiś szkic, którego nijak nie potrafimy dopasować do posiadanego planu miasta. Kiedy podchodzi następna osoba z taką samą ulotką, pytamy o drogę do cerkwi. Okazuje się, że to wcale nie jest daleko.
Wychodzimy na szeroki plac z tym ogromnym łukiem – pomnikiem. Rzeczywiście widok stąd na Dniepr jest piękny. Duży budynek z boku placu wygląda na dom towarowy, więc podchodzimy, ale okazuje się że to muzeum Lenina. Wracamy na Kreszczatik i kierujemy się już w kierunku cerkwi z ulotki. Dość szybko ją odnajdujemy, ale jest jeszcze zamknięta.
Trzeba coś zjeść, więc we dwoje z koleżanką wchodzimy do pobliskiego hotelu i kierujemy się do restauracji. O wolnych stolikach nie ma co marzyć. Zresztą i tak trzeba zameldować się u administratora sali. Kilka słów po polsku i miejsce się znajduje. Sadzają nas przy sporym stoliku, gdzie siedzi już para rozmawiająca po rosyjsku. Są wyraźnie zainteresowani sobą. Pochyleni do siebie coś mówią szeptem i uśmiechają się do siebie w sposób znany wszystkim zakochanym.
Szybko zjawia się kelner. Zamawiamy obiad, a do niego oczywiście butelkę półwytrawnego szampana. Kelner tłumaczy nam, że szampana nie ma, ale spyta administratora... Para przy naszym stoliku wykorzystuje okazję i zamawiają wódkę w niezrozumiałej dla nas ilości – czterysta gramów.
Po chwili kelner przynosi im tę wódkę w karafce i informuje nas, że szampan za chwilkę będzie. Zajęliśmy się naszym obiadem i wymianą zdań o wrażeniach ze spaceru. Nie zauważyliśmy nawet, gdy kelner postawił przed nami dwa kieliszki do wódki. Nasz rosyjski sąsiad wstał z karafką, skłonił się przed moja towarzyszką i nalał do naszych kieliszków. Tak nas zaskoczył, że nie zdążyliśmy zaprotestować – wódka i szampan, to na pewno nie jest dobry mariaż.
Młody człowiek nie usiadł po nalaniu w kieliszki. Stanął wyprostowany, zadzwonił nożem o pustą już karafkę i... pełnym głosem na całą salę wygłosił toast za pomyślność obrad odbywającego się właśnie w Moskwie zjazdu KC KPZR.
Ku naszemu całkowitemu zdumieniu niemal wszyscy na sali także wstali i podnieśli swoje kieliszki. Nie było innej rady. Także wstaliśmy wraz ze skonsternowaną jeszcze siedzącą resztą sali. Wypiliśmy.
Oczywiście poprosiłem o dwa kieliszki do szampana i zrewanżowałem się. Tylko toastu nie wygłosiłem, bo... nasza partia akurat nie obradowała, co niezręcznie wyjaśniłem Rosjanom. Jak najszybciej się dało skończyliśmy posiłek i opuściliśmy lokal, gdyż nasze towarzystwo zamówiło kolejna karafkę i... mogło to trwać jeszcze dość długo, jak sadziłem.
Trochę mnie zaskoczyło, że w cerkwi było prawie pełno. Tuz przy wejściu rozdawano wiernym jakąś zupę. Stos metalowych misek szybko malał i co chwila ktoś skądś przynosił świeżo umyte, bo jeszcze ociekające wodą. Sporo starszych głównie i biednie poubieranych ludzi w spokoju jadło ten posiłek. Potem oddawali miski i wchodzili w głąb świątyni.
Ustawiliśmy się nieco na uboczu, by spokojnie i bez afiszowania się nieznajomością prawosławnej celebry obserwować. W licznie poustawianych tacach z piaskiem paliło się bardzo dużo cieniuteńkich świec.
Rozpoczęła się msza. Metropolita jak przystało na dostojnika kościoła był zupełnie siwiuteńki. Jego twarzy prawie nie było widać spomiędzy złotem kapiącego ornatu i takiegoż nakrycia głowy. Gdzieś z górnych chórów odezwały się przepięknie brzmiące śpiewy. Bogata celebra nigdy nie robiła na mnie dużego wrażenia, ale sakralne śpiewy i to na wiele głosów działały odbierałem bardzo mocno.
W skupieniu naśladowaliśmy zachowanie wiernych, by odrębnością nie obrażać ich uczuć religijnych. Zauważyłem, że spora ilość młodych ludzi w świątyni ma problemy z zachowaniem się podobnym do naszego. Czyżby to także byli podobni do nas turyści. Kilku takich obok nas wyraźnie gubiło się w kolejnych klęknięciach i powstaniach. Rozmawiali cicho po rosyjsku i okazało się, że to studenci z pobliskiego uniwersytetu imienia Tarasa Szewczenki. Przyszli tu z ciekawości... chyba.
Po mszy jest już ciemny wieczór i trzeba wracać do naszego hotelu. Bez kłopotu łapię taksówkę. Podaję nazwę hotelu chyba niezbyt poprawnie, bo taksówkarz dopytuje się i muszę powtórzyć dość głośno. Natychmiast ruszamy. Jesteśmy jedynymi pasażerami, ale wiem, że za chwilę ktoś się na pewno dosiądzie, bo taki jest tu zwyczaj. Rzeczywiście wsiada postawna Rosjanka i coś zawile tłumaczy kierowcy. Ten odpowiada jej po ukraińsku, czego ona zdaje się nie rozumieć, więc powtarza swoje po rosyjsku.
Wreszcie taksówkarz zatrzymał się, obszedł pojazd , otworzył jej drzwi i warknął:
-Ty howory mene ukrainski, no idy won!
Rosjanka wysiadła. Mocno wystraszeni nie odzywamy się. Też mówiliśmy do niego po rosyjsku, ale chyba się zorientował, że to dla nas także język obcy. Na wszelki wypadek zaczynamy głośno rozmawiać po polsku. Chyba nadchodziły takie czasy, że Ukraińcy będą się lepiej dogadywali z Polakami niż z Rosjanami...
 
« poprzedni   następny »