Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Cień we mgle Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
Otworzyłem oczy i nie przywitałem tego dnia promiennym uśmiechem. Każde przebudzenie do tego dnia łączyło się z przecudnym widokiem słońcem prześwietlonych liści winogron tuż za oknem. Moje łóżko stało tuż przy parapecie. Okno było niewielkie, ale zarośnięte winoroślą niemal całkowicie. Była też i kiść, aleśmy ją zjedli podobnie zresztą jak wiele innych dojrzewających właśnie na słonecznej ścianie drewnianego domu.

Od kilku dni mieszkaliśmy w tej agrokwaterze i było nam wspaniale wręcz. Okolice Białowieskiego Parku Narodowego mają swój specyficzny klimat bezpośredniej bliskości wschodniej granicy kraju. Nie ma tam komercyjnej wrzawy oraz tak zwanych atrakcji turystycznych, bez których nie obędzie się żadna miejscowość masowo odwiedzana przez wycieczki autokarowe. I to jest właśnie największa atrakcja tego miejsca. Droga asfaltowa kończy się kilka kilometrów wcześniej i do naszych gospodarzy trzeba dojechać po pylistym szutrze. W wielu obejściach stoją żurawie. Wszystkie domy we wsi są drewniane i niezbyt duże. Można powiedzieć, że nawet małe. Jedyny nie drewniany budynek w całej wiosce to pogeesowski sklep „mydło-powidło”. Nasz dom też nie jest zbyt obszerny, ale dla pięciu odpoczywających osób całkowicie wystarczający.
Mamy tu wszelkie wygody potrzebne mieszczuchom. Ponoć jest we wsi jeden czynny żuraw, ale nie wiemy który. My mamy bieżącą wodę, także ciepłą, toaletę i łazienkę z prysznicem, kompletnie wyposażoną kuchnię z gazem i lodówką oraz kaflowy piec... Piec jest przeogromny. Ma pięć palenisk. Nie wszystkie z nich potrafimy wykorzystać, zresztą są... niepotrzebne, ale jedno eksploatują nasze panie co wieczór. To... leżajka, czyli niska płaska część pieca na której można się położyć, a pod nią jest palenisko opalane drewnem. Zapas brzozowych szczap w drewutni jest wielki, więc nie żałują sobie.

Czas spędzamy na spacerach po szlakach Parku. Pewnie jest masa ciekawych rzeczy poza szlakami, ale w kilka dni i tak nie jesteśmy w stanie obejrzeć wszystkich ciekawostek przyrodniczych leżących tuż przy szlaku. Nie żałujemy zatem formalnych ograniczeń.
Wreszcie pogoda się zepsuła, popadywało i po raz pierwszy jedliśmy śniadanie pod dachem. Basia - Polka z antypodów dla poprawienia humorów zaserwowała jajecznicę po australijsku, Smakowało... nie powiem, ale pomogło niewiele raczej. Chwilowa przyjemność ma swoje zalety, lecz potrzebny był pomysł na zapełnienie czasu i tu Jędrek po raz kolejny okazał się niezastąpiony.

-Wyślemy pocztę butelkową... Narewka jest niedaleko – uniósł głowę znad mapy i natychmiast zaczął szukać odpowiedniej „koperty” z czym kłopot był jedynie taki, że miał zbyt duży wybór. Nie mieliśmy ze sobą zejmanowskich, drukowanych formularzy listów, więc trzeba było sporządzić wszystko ręcznie. Trwało to jakiś czas, przyszedł czas na obiad, a deszczyk za oknami gęstniał. Skończyło się na samochodowej wyprawie nad Narewkę.

Jak to zwykle bywa w takie przekropne dni, kiedy dotarliśmy nad rzekę deszcz się skończył. Butelka z listem wylądowała w wodzie, a mnie zaczęło coś nosić. Nie miałem ochoty na powrotną, ponad dwudziestokilometrową jazdę samochodem wokół Parku po dziurawych drogach. Z mapy wynikało, że pieszo miałbym do pokonania jakieś osiem, może dziewięć kilometrów. Góra półtorej godziny – na kolację zdążę. Poszedłem...
Szlakowa ścieżka tuż obok starego, nieużywanego od lat torowiska szybko wprowadziła mnie w leśną ciszę. Ciszę... no, nie do końca było tam cicho... Mimo deszczowej aury jakieś ptaki śpiewały jednak. Trochę wiało. Liście szumiały. Gdzieś skrzypnął uginany wiatrem konar, spadł ułamany kawałek gałęzi, jakaś szyszka odbiła się w locie od gałęzi i głucho pacnęła w poszycie. Załopotały skrzydła jakiegoś większego ptaka... Moje kroki także nie były bezgłośne.

Kiedy spaceruje się po lesie w kilkuosobowej grupie, zwykle rozmawia się, a gdy temat staje się istotny, zatrzymujemy się i dyskutujemy w skupieniu. Tyle, że skupiamy się na rozmowie, a nie na dźwiękach lasu. Samotnie idąc, nastawiamy bezwiednie wszystkie zmysły na dźwięki przyrody. Kiedy nie chcemy słuchać głosów natury, zaczynamy nucić, gwizdać albo śpiewać. Szedłem w ciszy...

Po jakimś czasie szlak skręcał wyraźnie oddalając się od celu mojej drogi. W tunelu, pod zamykającymi się wyżej koronami drzew ciemniało. Pochmurny dzień i wieczorna pora nie skłaniały do wydłużania spaceru. Nasyp kolejowy skroś bagiennego lasu biegł jednak nadal w pożądanym kierunku. No przecież nie zniszczę unikalnej przyrody puszczańskiej idąc po torowisku... Poszedłem dalej trzymając się torów.

Szedłem w lekko tylko jaśniejącym tunelu pomiędzy ścianami wielkich drzew. Z bagien leżących po obydwu stronach mojej drogi uniosła się wieczorna mgła. Widoczność spadała z każdym kwadransem. W dodatku trawy zlane całodzienna mżawką były nasiąknięte wodą. Dopóki szedłem szlakiem, nie miało to jakiegokolwiek znaczenia. Teraz, poza ścieżką, brnąc wśród nie koszonych traw przemoczyłem nogi po kilkuset metrach. Nie było to straszną przeszkoda, ale kolejnym elementem podnoszącym dramaturgię wrażeń wynikających z unikalności scenerii.

W pewnym momencie, na wprost przed sobą zauważyłem w jasnym tunelu zamglonej drogi spory cień. Zatrzymałem się. To mogli być strażnicy Parku... Było ich tu wyjątkowo dużo. Trudno się temu dziwić – tuż obok była granica państwowa, a jej wojskowe znaczenie określały dwa różne układy po obydwu jej stronach. Strażników spotykaliśmy codziennie podczas spacerów.
Poruszali się na rowerach i bywało, że mocno zagadani byliśmy zaskakiwani zupełnie, gdy podjeżdżali do nas od tyłu.
Byłem daleko poza szlakiem i na pewno nie mogło się to strażnikom podobać. Mieszkaliśmy jednak u znanego w okolicy leśniczego i to dawało mi pewną szansę na uniknięcie kłopotów. Ruszyłem dalej...

Cień stawał się coraz bardziej wyraźny, ale do dobrego rozpoznanie kształtu było jeszcze daleko. Raptem w górnej części cienia coś wąskiego machnęło w lewo i natychmiast po tym w prawo. To było zwierzę... Ono miało ogon i... nie był to mały okaz...
Rozejrzałem się na boki. Z jednej i z drugiej strony nasypu było bagno. No, nie wlezę, bo się utopię na sto procent. Na skraju nasypu rosły jakieś drzewa, ale o średnicy kilkunastu centymetrów zaledwie. Co to jest za przeszkoda dla żubra? Bo to były żubry... Byk i krowa. On wielki, z garbem grzbietowym na wysokości moich oczu... Pół tony żywej masy... jak nic. Ona mniejsza znacznie. To było moje drugie spotkanie z żubrem na wolności. Wtedy obyło się bez kłopotów. Może i teraz...

Wiele razy widziałem duże zwierzęta w ogrodach zoologicznych. Tam są jednak potężne ogrodzenia, jakieś klatki, szerokie betonowe rowy o niedostępnych dla zwierząt ścianach i masa innych zabezpieczeń. Zwierzęta widzi się tam z bliska. Jeśli pójdzie się tam wczesną wiosną w powszedni dzień, nie są znudzone i można je obserwować także w ruchu. Czując się całkowicie bezpiecznie, można napatrzeć się i nafotografować się do woli.

Spotkanie dużego zwierzęcia na wolności ma zupełnie inna dramaturgię. Żubr nie jest mięsożercą i natychmiast nie rzuci się na mnie... zapewne. Czort jeden wie jednak, czy przypadkiem będąc z samicą, nie będzie chciał zaimponować jej swą odwagą i walecznością. No... nie miałem pojęcia czy nie strzeli mu do wielkiego łba jakiś inny, maleńki a głupi pomysł. Zamarłem... One też stały i to tyłem do mnie. Wiatr wiał mi lekko w twarz. Nie czuły mojego zapachu...

Oczywiście miałem ze sobą porządną lustrzankę z długim obiektywem. Zawsze ją zabieram. Cóż z tego? Nie miałem statywu, a było już dość ciemno. Okazja była marna, ale... była. Podniosłem sprzęt do oka i przestawiłem czułość matrycy na maksymalną. W wizjerze ujrzałem czas – w dalszym ciągu był dużo za długi do robienia zdjęcia z ręki - jedna sekunda. Jeśli się położę, wysokie trawy zasłonią wszystko i także nic nie zrobię. Stanąłem na szeroko rozstawionych nogach, skadrowałem mglisty kontur, wstrzymałem oddech, nacisnąłem migawkę i przytrzymałem. Aparat zaprotestował, ale przymuszony zadziałał - klaps, klaps, klaps, klaps... Zmiana kadrowania - klaps, klaps, klaps, klaps... I jeszcze inaczej - klaps, klaps, klaps, klaps... Zdjęcia na pewno będą mocno poruszone jeśli nie całkiem rozmazane, ale drugiej okazji na pewno już miał nie będę. Może choć jedna klatka będzie w miarę? - klaps, klaps, klaps, klaps...

Przez wizjer widziałem, że mniejszy z żubrów obejrzał się i natychmiast popędził w las zadzierając ogon. Drugi, ten dużo większy też się obejrzał i spokojnym krokiem poszedł za pierwszym. Nie było sensu stać dalej w tym miejscu. Natychmiastowe przeglądanie klatek na wyświetlaczu też sobie darowałem. Byłem przecież góra pół godziny drogi od naszej kwatery.

Resztę drogi przebyłem ostrym marszem, bo robiło się naprawdę mroczno. Kiedy u krańca drogi wyszedłem na otwartą przestrzeń wieczór okazał się wcale nie taki ciemny.
Kiedy wszedłem do jasnej kuchni, moi znajomi krzątali się już przy kolacji. Nawet coś bąknęli, że już się niepokoili, bo mój spacer trwał prawie dwie godziny. Nic nie powiedziałem o leśnym spotkaniu. Coś jednak musiałem mieść w twarzy, bo zamilkli i padło niespodziewane ni to zapytanie, ni stwierdzenie:
-Żubra widziałeś!

Bez słowa wyciągnąłem kartę z aparatu i wsadziłem do czytnika. Chciałem najpierw obejrzeć zdjęcia na dużym ekranie. Wszystkie klatki były rozmazane i ledwie ukazywały zarysy kształtów. Jedna jednak utrwaliła profil tułowia, garbatego grzbietu i charakterystycznego łba oraz dwie z nóg. Nie było wątpliwości – żubr! Odetchnąłem. Co innego widzieć, a co innego mieć namacalny dowód spotkania...

Dwa dni później pod Białowieżą w rezerwacie pokazowym fotografowałem żubry przy pięknej pogodzie. Stojące, leżące, w ruchu i pasące się... Z daleka, z bliska... Ze słońcem, pod słońce, bokiem... Obiektywem normalnym, krótkim i długim...

Narobiłem tych zdjęć całą masę. W dużej większości bardzo udanych. Tej jednej klatki jednak, gdzie widać zupełnie rozmazany kontur żubra nie zamieniłbym na tę całą resztę ostrych i dobrze skadrowanych.
 
« poprzedni