Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Sobie wędrowanie takie... Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
Już miałem pójść dalej, gdy dosłyszałem gwizd lokomotywy i zwolna narastający stukot kół. Jakoż i po chwili pojawiło się to dymiące cudo. Toczyło się niespiesznie ciągnąc rząd wagoników z dłużycą bukową. Na trzecim wagonie siedział wprost na kłodach zarośnięty człowiek w rozpiętej, kiedyś barwnej koszuli. Wbita obok niego w kloc potężna siekiera kiwała się miarowo.
–Staniij!
–Eeee? – odpowiedział drugi i wychylił się spod daszka parowozu. Gdy się wyprostował, głowa wystawała mu ponad ten daszek. Coś tam pokręcił i wehikuł zatrzymał się zgrzytliwie.
–Śpiczki mosz?
–Noo.
–To zapolim.
Usiedli. Wpatrywałem się w nich, palących w milczeniu z odległości może trzydziestu metrów i chociaż nikogo nie było wokół, zdawali się nie dostrzegać intruza. Niestosowność takiej przerwy w pracy była wręcz oczywista, ale może tylko dla mnie. Tutaj, chyba wyłącznie.
Skończyli i powolutku odjechali. Gdy schowali się za zaroślami, a oddalający się stukot zagłuszyły świerszcze i szum potoku, wstałem jak w kinie po skończonym westernie. Rozejrzałem się i doprawdy nie byłem pewien, czy byli tu przed chwilą jacyś ludzie? Czy był tu w ogóle jakiś pociąg?
......................................
Obudziły mnie grzmoty. Może nawet był to pierwszy grzmot tej burzy. Kiedy otworzyłem oczy, wszystko w zielonym namiocie miało trupio–seledynową barwę. Wiatr miotał dachem mojego Giewonta tak, że kładł się on na mnie. Nie było rady „nago po nocnej rosie" musiałem założyć dodatkowe linki. O zaśnięciu nie mogłem nawet marzyć. Z rękawa wejściowego zrobiłem gustowny daszek i paląc wilgotnego papierosa patrzyłem w noc i słuchałem szalejącej nawałnicy.
Kiedy zdawało mi się, że burza już ustaje, niebo nagle rozjaśniło się na całej, widocznej z namiotu przestrzeni. Gigantyczny błękitny obłok przeleciał nad górami i dotarł do szczytu Jasła. Przeogromny trianguł pokrył się cały niebieskimi niteczkami, gdzieniegdzie zaświecił pomarańczowo–żółtymi ognikami i runął na ziemię jakby był z zapałek. Jeden krótki, ale o niewiarygodnej wręcz mocy podmuch wiatru zdmuchnął resztki deszczu z połoniny i nastała cisza.
Zdawało mi się, że ten piekielny podmuch wcisnął się pod podłogę namiotu i przez chwilę unosiłem się wraz z moim dobytkiem ponad ziemią. Do ostrego zapachu ozonu doszła teraz woń palonego drewna. Nie pamiętam kiedy zasnąłem w otwartym namiocie.
..............................
Sam szczyt Okrąglika to mała polanka z pobielonym słupkiem granicznym wśród wysokich krzewów. Pogwizdując rozgarniałem ostatnie gałęzie i zamarłem. Na szczycie siedziało dwóch pograniczników czechosłowackich. Czasy były takie, że do wycieczki na pasmo graniczne należało mieć pozwoleństwo. Nigdy się czymś takim nie skalałem, więc moje obawy były mocno uzasadnione.
–Dzień dobry.
–Na zdar.
Robiąc dobrą minę do z góry przegranej gry przysiadłem się częstując papierosami. Zapalili. Ku mojemu zdziwieniu, wcale się nie czepiali. Zapytałem, jak nazywa się widoczna na dnie słonecznej doliny słowacka wieś. Odpowiedzieli pokazując ścieżkę, która do niej prowadzi i... poszli sobie.
........................................
W czasie, kiedy kończyłem poranną herbatę, na przeciwny brzeg rzeki desantowała się z cięzarówki spora drużyna harcerska. Umundurowani jak na defiladę i czerwono wybereceni, wyglądali wcale interesująco.
Odprasowany Szef tego interesu zrobił zbiórkę, coś tam wyjaśniał, wreszcie władczo wydał dwanaście (liczyłem) rozkazów nakazujących kolejno:
- zdjęcie lewych butów,
- zdjęcie skarpet lewych,
- schowanie tychże do wcześniej wymienionych,
- zdjęcie prawych butów,
- zdjęcie skarpet prawych,
- schowanie tychże do.....
- związanie butów węzłem flagowym, - a jak?!
- przewieszenie tak związanych przez szyje,
- w szeregu ustawienie,
- za ręce chwycenie,
- w prawo zwrócenie,
- naprzód kolumny za nim maszerowanie.
Obrazek był piękny. Cała kolumna (czemu nie szereg, do cholery?!) weszła do wody sięgającej niektórym sporo powyżej bariery dźwięku. Na śliskich głazach i w rwącym prądzie rzeki rozegrała się scena godna kamery oczywiście dźwiękowej. Tylko jeden przezornie odłączył się od tej idącej tamy i on jeden nie wykąpał się całkowicie. Jakoś przeszli.
Druh – Zwierzchność nie zrażony oczywistą weryfikacją swej głupoty, ociekając wodą zrobił zbiórkę i wydawał kolejne komendy, których już nie liczyłem, ale wycieranie nóg ręcznikami wyjętymi z chlupoczących plecaków było koronnym dowodem wyższości regulaminu nad zdrowym rozsądkiem. Poczekałem aż odejdą.
............................
Siedząc na grubych pokręconych pniakach, które pościągały tam pokolenia biwakujących turystów, śpiewaliśmy na przemian piosenki turystyczne, obozowe, studenckie i oczywiście te masowego rażenia. Twarze dopiero co poznanych ludzi przy blasku ognia były serdeczne... jak dobrze było Być.
................................
„To nie knajpa jeno chatka,
Nie ma piwa jest herbatka”.
Tym porzekadłem zareagował wesoło odwieczny tu Lutek na pierwsze śląskie zamówienia. Szybko okazało się, że woda na herbatę też się skończyła. Wyprawy do odległego źródła przy tej pogodzie nie wspominam najmilej.
W schronisku gęstniało. Koło południa było już tak ciasno i duszno, że trzeba było otworzyć drzwi „do pola", a ciągle skądś nadchodzący ludzie siadali na schodach na poddasze. Podłoga była zasłana ludźmi, plecakami i wszelkim wędrownym dobrem, a może i złem. Nikomu nie chciało się stąd wyjść na taką szarugę. Grała orkiestra na dwie mokre gitary, odrapany z lakieru flet i kilka pogiętych menażek.
- A wszystko te czarne oczy ...
- Studientoczka zaria wastocznaja ...
- Widzisz głupi tak to jest – tyle drogi w taki deszcz ...
- Lato, pachnące miętą ...
Parowało z mokrych gratów. Buzowała młoda krew...
..................................
A piwo nieoporne było tego roku. Trofiejny jarzębiak też nam nie odmówił. Tęgą, bo bezgwiezdną nocą potykaliśmy się w drodze do namiotów.
"Bo pomiędzy bogobojnym ludem,
A niech cholera go pokręci,
Zawsze się znajdzie jakiś student,
Ech, studenci..."
Cała dolina odpowiadała echem. Cały Świat był nasz...
.................................
Na wysoko ściętym odziomie stała mała, beżowa, cylindryczna torebka. Ta sama. Obok niej maleńki błyszczący kielich. uchwyt na pokrywce był krzyżem.
Widziałem w życiu wiele mszy w kościołach, cerkwiach, synagogach i meczetach. Mszy małych, dużych a także wielkich, przesyconych przepychem, złotem, kadzidłem i celebrą, odprawianych przez zabójczo przystojnych i strojnych kapłanów, oraz przez leniwie i ledwie pochylających się zapasionych dostojników, ale ta – najprostsza z najprostszych, wśród świergotu ptaków w prześwietlonym słońcem zagajniku1 nad chlupoczącym Terebowcem, którą czynił umorusany gliną ksiądz – traper, komunikując takich samych jak on górołazów z maleńkiego srebrzystego kielicha, pozostała mi w pamięci jako największe przeżycie religijne mojego niekrótkiego już dzisiaj życia.
..................................
Takich jagód nie widziałem w żadnym innym miejscu. Wielkie jak wiśnie i takie wysokie, że nawet nie trzeba się było schylać. Połonina wznosiła się łagodnie i szło się doskonale. Na polską stronę spływały wielkie, nieruszone od dziesięcioleci ludzką ręką trawy i wszelkie inne zieliwo. Po radzieckiej stronie, do samych ichnich słupków stoki wykoszone były niczym pole golfowe. Równe kopki siana uciekały hen w dół. Gdybym wcześniej nie widział gigantycznych ugorów w głębi Ukrainy, może uwierzyłbym wtedy w gospodarność sąsiada. Pod Kińczykiem zobaczyłem kobiety w białych – a jakże! – fartuchach i chustkach na głowach. Grabiły siano i układały kopki.
–Zdrastie.
Nie odpowiedziały. Kilka razy jeszcze tak zaczepiałem napotkane dziewczyny, ale żadna nawet nie spojrzała w moim kierunku. Na szczycie rozsiadłem się w starym okopie (z której to wojny?), ustawiłem kocher na herbatę i wrąbałem pół słoika ukraińskiej skądinąd konfitury pod tytułem „czornaja smorodina”.
Tu także nie odpowiedziano mi na grzeczne przecie pozdrowienie. Pracowały niecałe trzydzieści metrów od mojego okopu. Dwie z nich odstawiły grabie i poszły sobie. Kończyłem już posiłek i zniechęcony do dalszych prób nawiązania rozmowy dopakowywałem pokaźny plecak, kiedy coś błysnęło mi z dołu radzieckiej łąki. Przez lornetkę dostrzegłem dwóch żołnierzy biegnących pod górę a za nimi dwie kobiety w białych kitlach...
Gnałem przez szczerą, i to jak szczerą, połoninę prosto w dół. Dopadłem lasu tak zdyszany, że runąłem wprost w płożącą się buczynę. Dłuższą chwilę łapałem oddech. Przez gałęzie widziałem wyraźnie na tle nieba żołnierzy z kałachami lornetkujących skraj zarosli. Uwzględniając wybrzuszenie stoku musieli być dobrych dwieście metrów po naszej stronie.
...............................
Schodząc coraz niżej znalazłem się w dziwnej scenerii. To tu, to tam wyrastały z gąszcza traw i burzanu drzewa jakby owocowe i to dość pogrupowane. Zerwałem kilka kiepskich jabłek. Zjadłem je jednak ze smakiem – cebula z plecaka jest dobra, ale... do czasu.
Poszedłem dalej, ale po chwili okazało się, że idę korytem starej, zarośniętej drogi. Długie zagłębienie terenu opadało i wznosiło się. Bruku tam nie było. Te drzewa owocowe to były kiedyś sady. W kilku miejscach doszukałem się resztek fundamentów. Przy innym sadzie zarośnięte bujnym zielskiem leżały pozostałości okopconego komina. Nie każda chałupa miała kamienne fundamenty. Zaledwie kilka miało murowane kominy, a kamienia wokół przecież nie brakowało. Czyżby te bez kominów, to były kurne chaty?
....................................
Może wymarli już nawet ci, którym udało się stąd uciec przed pożogą strasznych lat powojennego ustalania porządku Świata.
A może kiedyś jednak wrócą tu potomkowie wymordowanych albo wysiedlonych tylko gospodarzy spalonych obejść? Może odbudują oczywiście nie kurne już chaty? Może zadzwoni w tym pustkowiu cerkiewna sygnaturka na pogrzeb, ale na ślub przecież także. Może?

Całość przeczytać można w zbiorze opowiadań "Lama i inne opowieści".
 
 
« poprzedni   następny »