Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Noc na Babie Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
Biało niebieski autobus schował się za niedalekim zakrętem i mokra szosa na przełęczy w jednej chwili stała się zupełnie inna. Chwilę postałem patrząc na pusty zakręt. Jeszcze przed chwilą było tu kilka osób. Jedna była mi nawet bliska. Rozmowy, śmiechy, ktoś brzdąkał na gitarze. Wsiedli do tego autobusu i odjechali. Wszystko ucichło. Zostałem sam. Drobny deszcz siąpił delikatnie, ale uporczywie. Brezent skafandra jeszcze nie wysechł po nocnym łażeniu a już znów nasiąkał. Sweter i koszula też były wilgotne. W butach czułem ciepłą wodę. Wolno wszedłem w połogą drogę do schroniska na Markowych Szczawinach.
.........................
Przyszliśmy tu z Mariolą trzy dni temu. Namiot postawiliśmy na polu namiotowym poniżej schroniska. Pogoda była świetna. Zaraz pierwszej nocy poszliśmy na Babią Górę oglądać wschód słońca. Widziałem to już wcześniej, ale chciałem zaimponować dziewczynie niezwykłą atrakcją. Była zachwycona i dawała tego dowody. W środku Parku Narodowego na naszym polu namiotowym można było palić ogień. Całą drugą noc spędziliśmy na przemian w namiocie i przy ognisku. Obydwoje dokładaliśmy ochoczo. Nie wygasło do świtu. Było wspaniale.
Grupy młodzieżowe przybywały na Markowe Szczawiny co kilka dni. Przychodzili około południa z opiekunem i przewodnikiem, jedli obiad, wcześnie kładli się spać i krótko po północy z latarkami wychodzili drogą przez Bronę na szczyt. Wracali między czwartą a piątą, kładli się spać i po południu odchodzili. Od wielu lat trwał ten proceder oglądania wschodów słońca. Wiele tysięcy ludzi obejrzało główna atrakcję Babiej Góry.
Tym razem też przyszli krótko po dwunastej. Około dwudziestki wczesno nastoletniej młodzieży z drobną opiekunką i potężnym przewodnikiem. Faceta znałem od kilku lat. Budził podziw swoim ogromem. Miał tu swój ciężko ciosany taboret, bo delikatne krzesełka w stołówce łamały się pod nim. Sypiał zwykle u goprowców na mocnej pryczy, bo sprężynowe łóżka schroniska nie wytrzymywały jego masy. Były poza tym dużo za krótkie.
Najciekawszy był numer z jego butami. Buty górskie zawsze wydają się duże. Nawet te na małą nogę. Jednak jego buty były wręcz ogromne. Chyba zamawiał je na miarę. Schroniskowy kocur, uwielbiał włazić do któregoś z nich i tam drzemał. Zwinięty mieścił się tam cały. Jeśli miałbym przedstawić postać skandynawskiego drwala, to opisałbym jego. Tylko kolor włosów zmieniłbym na blond. Przywitaliśmy się, ale po obiedzie on natychmiast poszedł spać. Kot nie odstępował go na krok.
Młodzież snuła się po posiłku przed schroniskiem. Nudzili się z braku zajęcia. Polana schroniskowa nie miała żadnego punktu widokowego. Wielkie świerki zasłaniały wszystko.
Siedziałem tam też i sączyłem kiepskie piwo z rewelacyjnym sokiem malinowym. Razem było niezłe. Obok Mariola wystawiała się do słońca. Miała fisia na punkcie opalenizny i robiła to wszędzie, gdzie tylko mogła. To mnie trochę denerwowało. Kiedy trzeba było wytaszczyć tu plecaki, cały czas marudziła że szkoda słońca. No i zamiast jednego dnia szliśmy dwa dni. Obydwa zresztą były słoneczne. Co prawda, ładnie się opalała - zwłaszcza na odludnych polanach.
Dzieciaki wpuszczone w utartą procedurę imprezy pod tytułem „wschód słońca” były wyraźnie rozdrażnione:
- I po co starzy wysłali mnie na ten obóz? Góry i góry. Mam to w d... na każdą trzeba wejść a potem zejść. I po kiego grzyba.
-Teraz też. Po cholerę włazić nocą na szczyt. Tu też słońce wschodzi.
-Właśnie. Ja tam nie idę. Nie zmuszą mnie do wejścia na tą Babę czy jak jej tam.
-Ja też nie idę.
Wyraźnie tworzyła się grupa zbuntowanych. Zaraz jednak zostali odwołani do sypialni i poszli sobie.
Rano byliśmy na dole we wsi po prowiant i całe popołudnie przesiedzieliśmy pod schroniskiem a potem koło namiotu. Mariola mogła wreszcie opalać się do woli. Schowana za namiotem i kupą chrustu robiła to w ulubiony sposób. Po pół godzinie leżenia zabrałem się za rąbanie drewna na ognisko. Zadbałem jednak, by malejąca kupa gałęzi nie odsłoniła za dużo. Do wieczora przygotowałem spory stos.
To ona namówiła mnie na jeszcze jedno piwo po kolacji. W schronisku był prysznic. Przy tym piwie okazało się, że goprowcy szukają pary do brydża. Jednego znaleźli, ale w dalszym ciągu brakowało czwartego. Mariola zajęta swoimi włosami po kąpieli nie protestowała. Zaczęliśmy natychmiast.
Brydż, jak to brydż, ciągnął się niepostrzeżenie. O północy, przy okazji posiłku dla wstającej właśnie młodzieży wtrząsnęliśmy po fasolce po bretońsku i graliśmy dalej.
Wtedy nie zauważyłem jeszcze, że goprowcy siedzieli w butach. Ta rasa ludzi łazi po schronisku zawsze w rozczłapanych kapciach. Tym właśnie różnią się od turystów, którzy noszą różne buty, ale zawsze zawiązane. Właściwie to chciałem już zakończyć grę, bo moja pani zrobiła się dość ponura, ale było mi niezręcznie zostawiać rozochoconych partnerów.
Młodzież dawno już wyszła i schronisko zupełnie ucichło. Nagle gdzieś trzasnęła okiennica. Za chwilę znowu. Odłożyliśmy karty. Na zewnątrz trochę wiało. Przy schronisku nie czuło się tego. W wielkich świerkach szumiało mocno. Gwiazdy jeszcze świeciły. Nikt nic nie powiedział, ale uświadomiliśmy sobie, że na górze są dzieciaki. O tej porze powinni być już pod szczytem. Jeśli zagrzmi...
Do gry już nie wróciliśmy. Popijając herbatę nasłuchiwaliśmy wiatru. Robił się coraz silniejszy. Goprowcy dociągali sznurowadła. Wtedy doszło do mnie, że południowy wieczorem wiatr zmienił się właśnie na zachodni. Wiedziałem co to może oznaczać.
Mariola otwarcie marudziła:
-Chodź już.
-Teraz nie mogę.
-Przecież już nie gracie.
-Tam na górze jest grupa młodzieży. Jeśli przyjdzie burza, trzeba będzie pójść z pomocą. Jest taki uświęcony zwyczaj, że w takich akcjach goprowcom pomagają turyści.
-A co to nas obchodzi? Tam jest przewodnik i opiekunka. Tu siedzi dwóch ratowników. Niech idą.
-Jeśli chcesz, to odprowadzę cię do namiotu, ale ja tu wrócę.
-Idziemy.
Gestem zapewniłem pozostałych, że wychodzę tylko na chwilę i poszliśmy. Wiało już porządnie. Gwiazd nie widziałem. Mariola weszła do namiotu. Ja też. Zmieniłem sweter na grubszy i zabrałem brezent. Jeszcze próbowała:
-Ja się boję burzy, zostań. To nie twoja sprawa.
-Ty się tylko boisz, a oni tam są na gołych skałach. Jeśli przyjdzie burza z piorunami, dwójka dorosłych nie sprowadzi dwudziestki dzieciaków. Trzeba pójść i pomóc im. Gdyby tobie albo mnie coś się stało inni też by poszli.
Wtedy padło to złowróżbne zdanie:
-Wybieraj: albo, albo.
Nic nie odpowiedziałem. Zostawiłem latarkę i po ciemku poszedłem na górę. Kiedy wchodziłem do jadalni lunął deszcz. Ratownicy, nasz partner od kart i jeszcze jakaś kobieta z widoczną siwizną byli gotowi do drogi. Wyraźnie czekali na mnie, bo dostałem latarkę i natychmiast wyszliśmy. W chwilę później walnęło po raz pierwszy.
To była bardzo długa noc. Przeżyłem wiele burz w górach. Zawsze w takich sytuacjach zmykałem co sił w nogach w doliny, jeśli tylko w ogóle można było iść. Byle tylko przed zmrokiem dotrzeć pod dach. Jeden jedyny raz w życiu podczas burzy wyszedłem z dołu na otwarty grzbiet i szedłem w górę po gołym, skalnym rumowisku. To było właśnie wtedy.
Nie można było iść szybko bo szczeliny między głazami groziły połamaniem nóg. Błyskawice rozświetlały teren, ale także oślepiały. Trwało to w nieskończoność. Dzięki latarkom i gwizdkom odnaleźliśmy grupę dość łatwo, ale wysoko i w takim miejscu, że rzeczywiście bez naszej pomocy musieliby siedzieć do rana. Na szczęście burza skończyła się.
Byli kompletnie przemoczeni i nawet w marszu trzęśli się jak w febrze. Utworzyliśmy podwójną kolumnę wzdłuż rozwiniętej liny. Po każdej trójce dzieci szedł ktoś z nas. Prawie trzydzieści latarek tworzyło długi i dość zwarty sznur światła. Tempo schodzenia było jednak mizerne. Już nie było błyskawic - grzmiało gdzieś daleko na wschodzie, ale deszcz i wiatr robiły swoje. W mglistej szarówce dotarliśmy wszyscy do schroniska. Tylko jedna dziewczynka otarła sobie kolano. Reszta była cała. Kichali koncertowo. Nie budziłem Marioli. Zasnąłem jak kamień.
Obudziłem się sam w otwartym namiocie. Siedziała na pieńku przy wygasłym, zlanym deszczem ognisku i wystawiała twarz do nikłego słońca. Obok stał jej spakowany plecak.
-Odprowadzisz mnie do autobusu? – nie wiedziała, którym szlakiem ma iść.
.......................
Kiedy już wróciłem do schroniska sam, wypiłem duszkiem duże piwo z sokiem. Wydawało się lepsze niż poprzedniego dnia.
Kiedyś ktoś napisał żeby nie zabierać swoich kobiet na corridy, bo okaże się, że ktoś inny im bardziej od nas imponuje oraz żeby nie zabierać ich w góry, bo może się okazać, że coś może być dla nas ważniejsze od nich. To drugie właśnie się sprawdziło.

 
« poprzedni   następny »