Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Mgła pod Słoniem Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
Już ponad dobę utrzymywała się iście sztormowa pogoda. Solidny, acz na szczęście w miarę równy wiatr niósł nad głowami setki ton rozpylonej wody. Mokre płótna wzdęte jego mocą błyszczały niesympatycznie. Napięte chyba do granic wytrzymałości linki wspieraliśmy przerażonym wzrokiem. Strach pomyśleć co by było, gdyby choć jedna puściła. Trzymające to wszystko w górze maszty pochylały się groźnie w jedną to w drugą stronę. Wewnątrz wszystko było wilgotne. Ciuchy, posłania nawet skromne sprzęty były w dotyku mokre i zimne. Na zewnątrz wychodziliśmy tylko z konieczności.
Noc spędziliśmy na czuwaniu, bo co chwila zdawało się, że nasza przyszłość zbliża się do ostatecznego i gwałtownego końca. Za dnia wiatr nieco osłabł, a może po prostu nocą robił większe wrażenie. W każdym razie drzemaliśmy nieco na przemian. Nie mieliśmy radia, więc nawet nie docierały do nas, być może optymistyczne prognozy.
W ograniczonej przestrzeni zabijaliśmy kolejne godziny. Nawet przygotowanie posiłków było w tej sytuacji atrakcją. Wreszcie Magda wpadła na pomysł zrobienia zapiekanek na chlebie. Zabrała się z zapałem do skomplikowanego w tych warunkach przedsięwzięcia. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że za chwilę kolejny podmuch wiatru może umieścić nas w całkowitym niebycie. A może czując małą swą przydatność w naszych zabiegach o przetrwanie, chciała urozmaicić proste z konieczności posiłki.
Jakby nie było, wokół szalały żywioły, a ona jak na pikniku z denkiem menażki w ręce, pochylona nad niebieskawym palnikiem, układała coś tam na kolejnych kromkach. Wyszedłem. Od północnego wschodu wiało nadal i nic nie pozwalało mieć nadziei na rychłą zmianę. Świat wokół był zalepiony mgłą, tak jakby go w ogóle nie było. Duże, za duże płótna opierały się kolejnym falom napierającego wiatru. Przez przełęcze, grzbiety i doliny Bieszczadów przewalał się z ogromną siłą wielki front atmosferyczny.
Przyszliśmy tu dwa dni temu. Od Stuposian przez Tarnawę i dalej szczerym lasem dotarliśmy wreszcie na wysokie połoniny Halicza. Zdobywanie wysokości w bieszczadzkim lesie ma swój niepowtarzalny urok. Pod nogami wieloletnie warstwy butwiejącego listowia, gałęzi i rozpadających się pni. Nigdy nie wiadomo, czy to na czym stawia się nogę nie pojedzie kilka metrów w dół do najbliższego drzewa. Mocna laska jest tu nieodzowna. Ciężkie plecaki gniotły dotkliwie.
Dopiero na zwartej, nieprzetartej połoninie doceniliśmy ich zalety. Dociążeni ich ładunkiem przebijaliśmy nogami ogromne kępy traw, jagód i wszelkiego innego zieliwa za każdym stąpnięciem aż do ziemi.
Chodzenie tu na lekko byłoby bardzo nieprzyjemne i chyba nawet niebezpieczne. Podchodząc od południowego wschodu obeszliśmy Słonia1 i między nim a Haliczem na maleńkiej przełęczy postawiliśmy nasz trzyosobowy nizinny namiot z obszernym przedsionkiem. Nie nadawał się za bardzo na górską wędrówkę, ale innego nie mieliśmy.
Cieszyliśmy się na tą wyprawę od dawna, więc taki drobiazg jak nieodpowiedni namiot, nie był w stanie nam przeszkodzić. Zresztą młode plecy taszczyły wtedy i tak masę niepotrzebnych rzeczy. Mordercza wspinaczka leśnymi bezdrożami została nagrodzona.
Wokół morze rozkołysanych traw. Było już dość późno, więc na widoczym z naszego biwaku szczycie Halicza nie było nikogo. Postawiliśmy namiot tyłem do wiatru i szybko poszliśmy spać.
Po wspaniałej pierwszej nocy nastał piękny, słoneczny dzień. Bez pośpiechu zjedliśmy śniadanie i na lekko wybraliśmy się na wycieczkę. Na Haliczu nie było jeszcze nikogo. Nawet najbardziej ambitni turyści docierają tu z Ustrzyk dużo później. Widoki były doprawdy wspaniałe. Nawet odległe ukraińskie szczyty były dobrze widoczne. Wybujałe połoniny Kińczyka, Rozsypańca, Tarnicy, Krzemienia, Kopy i samego Halicza poruszane wiatrem falowały łagodnie. Rozłożyste profile Szerokiego, zamglona Caryńska i niepozorny Otryt wyrównywały linię horyzontu. Można było tam siedzieć bez końca.
Poszliśmy jednak dalej. Dzień w górach rozpoczęty na podszczytowych polanach ma swój niepowtarzalny urok. Bez porannego męczącego nabierania wysokości można zupełnie inaczej chłonąć widoki i płynące stąd wrażenia. Kluczyliśmy niespiesznie pomiędzy skałkami Krzemienia i dopiero siedząc nad „windą" na jego końcu dostrzegliśmy pierwszych ludzi na Szerokim Wierchu.
Oczywiście w goprówce na dole siodła byli z pewnością dyżurni, ale oni byli dla nas stałym elementem gór, tak jakby byli częścią ich natury. Pod Tarnicą było już gęsto, więc mimio urokliwych widoków szybko zeszliśmy do siodła.
Trawersując Krzemień przysiedliśmy przy źródełku. Zjedliśmy jakieś kanapki i leniwie grzaliśmy się w słońcu. Poprzedni dzień był wybitnie transportowy i należał się nam solidny wypoczynek.
W pewnej chwili dostrzegliśmy dość nietypową trójkę turystów. On – czterdziestoletni urzędnik znaczącego chyba szczebla, ona – trzydziestkapiątka z twarzą znudzoną prowadzeniem domu i tworzeniem towarzyskich podstaw kariery męża. Za nimi ze zwieszoną głową setnie znudzony nastolatek, który pewnie za karę szedł w góry. Ona ciężko utykała i rozwlekle tłumaczyła chyba mężowi, że gdyby nie coś tam, to nie obtarłaby sobie pięty. To coś tam było zapewne winą jego, bo cicho się tłumaczył, co oczywiście tylko podsycało kolejne pretensje. Wreszczie facet nie strzymał i pełnym głosem, a było czego słuchać, wypalił:
– Przecie jakby my pojechali do ty Bułgarii, to byś nogi nie otarła. A ty tylko góry i góry.
– Właśnie! – dodało wyrośnięte dziecię.
Parsknęliśmy nieopatrznie śmiechem i niestety dalsza część ciekawej dyskusji odbyła się poza naszą słyszalnością.
Poszliśmy dalej, ale na szlaku robiło się coraz tłoczniej. Mijając ostatnie skałki Krzemienia skręciłem więc pod Kopę. Tu nie było nikogo. Weszliśmy na szczyt i stąd oglądaliśmy kolejną panoramę tego dnia. To dziwne, ale te szczyty leżąc tak blisko siebie dają tak odmienne panoramy. Szczególnie w stronę Szerokiego Wierchu widok z Kopy jest skrajnie inny. Jakby brakowało ogromnej przestrzeni oddzielającej Krzemień od Szerokiego. Siedzieliśmy tam tak długo, że dopiero głód wygonił nas do pobliskiego przecież biwaku. Namiot zastaliśmy oczywiście nienaruszony. Niech bym tak zostawił namiot bez opieki gdzieś nad morzem, albo na Mazurach. Szkoda nawet wracać.
To właśnie wtedy, podczas pichcenia gorącej kolacji pogoda zaczęła się psuć. Ciężkie chmury zwartą powłoką nadciągały od Otrytu. Od razu było widać, że nie będzie to przelotny deszcz. Zaczęło też wiać. Po kolacji, w już nadchodzącym wraz z mżawką zmroku robiliśmy z karłowatej buczyny dodatkowe śledzie i zakładaliśmy dodatkowe linki do namiotu. Wiatr wzmagał się i duże powłoki namiotu wydymały się jak żagle. przez dłuższą chwilę. Potem zaczęli opowiadać. Szło im to nieskładnie. Wzajemnie poprawiali swoje relacje. Momentami miałem wrażenie, że opowiadają nam przeżycia z dwóch różnych eskapad. Widać było, że mocne przeżycia jeszcze w nich pulsują, jeszcze nie nabrali do nich dystansu. W opowieściach padły chyba wszystkie nazwy z mapy worka – od Beniowej, aż po Tarnawę. Zlazłem to wielokrotnie i zorientowałem się natychmiast, że w topografii Bieszczadów byli po prostu zieloniutcy jak wiosenna trawa.
Noc spędzili w głębokim lesie. Przemokli dokumentnie łącznie z gratami. Rozpaćkany chleb zostawili i poszli dalej. Wyszli na jakieś łąki, ale zważywszy fatalną widoczność nie byli w stanie nic o nich pewnego powiedzieć. Jakoś przesadnie określali stromizny tych łąk. Być może wyleźli na jeden z licznych jęzorów połonin.
Na otwartej przestrzeni wiatr wyziębiał ich mokre ubrania, a suchych oczywiście nie mieli. Rozmoczone zapałki nie dawały się zapalić, więc i o ognisku nie mogli marzyć. Zupełnie niespodziewanie natknęli się na nasz namiot, chociaż spodziewali się dojść do bacówki na Tarnawie.
Moim zdaniem zwyczajnie błądzili. Nie widziałem jednak powodu, żeby im to uzmysławiać. Oczywiście zaproponowaliśmy nocleg w naszym wątłym domostwie, ale znów zdecydowanie odmówili. Chcąc – nie chcąc opisałem dokładnie wszystkie krzyżówki ścieżek aż do Szerokiego Wierchu.
Radziłem, by nocowali w goprówce. Zjedli, wypili jeszcze po herbacie i wprowadzeni na ścieżkę pod Halicz poszli. Daliśmy im paczkę zapałek i kilka papierosów na drogę. Cóż więcej mogliśmy zrobić?
Kolejna noc była znacznie spokojniejsza, choć mgła nie ustąpiła, a wiatr dalej pochylał maszty. Kiedy rano składałem namiot „od środka", po wyjęciu sypialni i tylnego masztu, tropik ani myślał opaść i wydymał się jakby z przyzwyczajenia. Pożegnaliśmy „wielce atrakcyjną” przełęcz i wolniutko podchodziliśmy w stronę Halicza.
Po zaledwie setce metrów tuż obok ścieżki ujrzeliśmy wygniecioną trawę, jakieś papierki i nadpalone pudełko po zapałkach. Takie zapałki daliśmy naszym przygodnym znajomym, więc to pewnie oni tu biwakowali. Coraz gorsze przypuszczenia towarzyszyły nam w dalszej wędrówce.
Na Haliczu zrobiło się już znośnie. Widać było nawet Tarnicę. Pogoda wyraźnie poprawiała się. Wypatrywaliśmy pomarańczowego namiotu goprówki, ale zasłaniał go las. Dopiero po zejściu na trawers Krzemienia wypatrzyliśmy w snujących się dołem oparach resztki z wielkiej goprowskiej flagi. Maszt wytrzymał, ale został na nim jedynie maleńki skrawek białego stilonu. Ogromniasty niebieski krzyż widocznie odfrunął sobie w bliżej nieokreśloną dal.
Zeszliśmy do nich zapytać, czy nie widzieli naszych dwóch zjaw. Jakoż i zastaliśmy ich tam. Tyle, że trudno było ich poznać. Twarze wczorajszego wieczora szare, dziś były zielono fioletowe. Zawinięci w goprowskie koce trzęśli się malarycznie. Kliniczny przypadek hipotermii.
Ratownicy karmili ich czymś gorącym. Karmili dosłownie, bo żaden nie był w stanie utrzymać łyżki. Niemal tulili się do rozgrzanego żeliwnego piecyka. Z ich kolejnych oderwanych od realiów, ale tym razem już bardziej zgodnych opowieści wynikało, że aż do siodła między Tarnicą a Krzemieniem szli zgodnie z moimi wskazówkami. Tylko w tym miejscu zamiast skręcić w lewo do goprówki odległej o trzysta zaledwie metrów lub, co odradzałem, iść dalej prosto pod Tarnicę, co postanowili, poszli w prawo (!) i rozmoczoną windą wdrapali się na Krzemień.
Dalej poszli tak jak radziłem zachować się w siodle pod Tarnicą – czyli skręcić w prawo, skręcili i jak gdyby nigdy nic przeszli cały grzebień Krzemienia. Cud boski, że nie pospadali. Dalej, co już było oczywiste, poleźli prosto więc wyszli znów na Halicz.
Tu na szczęście machnęło ich nie pod granicę, a w kierunku naszego namiotu. Tyle, że do niego nie doszli. Nic dziwnego. Po takiej nocnej wyrypie też miałbym dość, może nawet wcześniej niż oni. Przedygotali noc w trawie i nieświadomi naszej bliskości o świtaniu poszli na szczyt „rozejrzeć się". Tam wreszcie połapali się gdzie są i dowlekli się do goprówki.
Z całej tej opowieści wynikało, że popełnili tylko jeden błąd kierunku i to tuż obok miejsca gdzie właśnie siedzieliśmy.
Jeszcze chwilę gadaliśmy z ratownikami, ale nic bardziej sensownego z relacji nocnych wędrowców nie udało się wywnioskować. Nad głowami zrobiło się słonecznie. Wychlastane deszczem trawy szybko parowały.
Na progu Szerokiego Wierchu dopadł nas już normalny sierpniowy upał. Gdyby nie widoczne stąd białe resztki wielkiej flagi – oczywisty dowód niedawnego załamania pogody, trudno byłoby uwierzyć, że tej nocy dwóch ludzi cudem uniknęło śmierci z wychłodzenia – w sierpniu, w Bieszczadach, na wysokości dużo niższej niż schronisko w Morskim Oku.
Magda, moja dopiero co poślubiona małżonka pokręciła tylko głową. Chyba zwątpiła, czy właściwego faceta wybrała. Jej ciężki plecak nie poprawiał mojej reputacji z pewnością.


 
« poprzedni   następny »