Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Lama Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.

 Po gwieździstej nocy na przełęczy Orłowicza1 wstał piękny dzień. Ileż to już razy spałem w tym miejscu? A w ilu snach marzyłem o kolejnym powrocie w to miejsce?
Garść jagód do porannej herbaty i można iść dalej. Lubię spać wysoko. Mniej tłoku, spokojniej, a poza tym nie trzeba zaczynać dnia od mozolnego drapania się w górę. Jakoś ładniejsze są wtedy góry. Z pierwszej kulminacji Połoniny Wetlińskiej rozciągał się daleki widok na jej południowe stoki. Jak okiem sięgnąć nikogo. Na samym końcu maleńkie schronisko. Bardziej się go domyślałem, niż rozpoznawałem.
Lekkie powiewy wiatru układały szerokie fale na wyjątkowo wyrośniętych tego roku trawach. Kiedy zszedłem w obniżenie, schronisko znikło mi z oczu i czułem się sam.
Nie samotny, ale sam. Jest coś podniecającego w byciu sam na sam z tak wielką przestrzenią. Mam to w każdych górach. Bieszczady, Karkonosze, czy Tatry – wczesnym rankiem, kiedy na górę nie dochodzą jeszcze tłumy biegaczy, lubię być na szlaku.
Być może, dlatego lubię chodzić po górach z namiotem. I pewnie z tego samego powodu z niechęcią odbieram wszelkie zakazy dotyczące swobodnego ruchu turystycznego. Może jestem odmieńcem, ale unikam jak mogę zatłoczonych i „wesołych” pól namiotowych. Integracyjne noce na dużych kempingach wręcz napawają mnie obrzydzeniem. Wolno mi – to mój prywatny stosunek do świata i nie dorabiam do tego naładowanych etyką teorii. Po prostu lubię jedno, nie lubię drugiego i już.
Tak rozmyślając łagodnie podchodziłem połoniną. W pewnym momencie daleko przed sobą zobaczyłem coś białego. To się ruszało. Nie miałem lornetki. Średniej mocy teleobiektyw też mi nie pomógł. Szedłem więc dalej. Wreszcie przez wizjer aparatu rozpoznałem ni mniej ni więcej tylko lamę. Mogłem spodziewać się tutaj jelenia, żubra, wilka, niedźwiedzia nawet... ale lama przekraczała moją wyobraźnię.
Wielkie trawy połoninne mają swoje zalety. Można iść po szlaku i nie patrzeć pod nogi. Potężne kępy nie pozwolą postawić nogi ani o pół kroku w bok. Tylko nieliczne kamienie wystające ze zbitej gliny grożą drobnymi potknięciami.
Tak się zagapiłem przez ten wizjer, że niemal wlazłem pod pysk zwierzęcia. Była wyraźnie oswojona.
Ja, człowiek w Andach niebywały, nigdy nie zetknąłem się z lamą tak bezpośrednio. Zwierzaki te są popularne w wielu ogrodach zoologicznych, ale płot oddzielający stanowi także psychiczną barierę. Wcale mnie nie opluła, jak to w miejskich ogrodach ponoć bywa.
Kiedy byłem na wyciągnięcie ręki po prostu odwróciła się i poszła szlakiem tuż przede mną. Nieomal prowadziła do schroniska jak gospodarz prowadzi gościa. Okazało się, że tutejsi rezydenci kupili ją w ogrodzie zoologicznym. Żyła tu sobie wraz z koniem i osłem i chyba dobrze się czuła. Z pewnością swobodniej jej było na olbrzymiej połoninie niż w małym ogrodzeniu.
I przyszły takie lata, kiedy starzy bywalcy przynosili na Wetlińską kilka butelek piwa dla siebie i gospodarzy oraz jabłko dla lamy. Chyba czekała na te jabłka od znajomych, bo rozpoznawała niektórych i towarzyszyła im przy posiłkach, a obdarowana smakołykiem dyskretnie na boku zjadała go i znów czekała. Lubiłem tego egzotycznego czworonoga. Doszło do tego, że nie potrafiłem wyobrazić sobie urokliwego schroniska bez lamy. Tak jakby była tam od zawsze.
Były także plany znalezienia jej towarzysza na dalsze lata. Gdzieś dzwoniłem, coś uzgadniałem. Nic z tego nie wyszło.
A potem przyszedł taki rok, kiedy sam zjadłem przyniesione tam jabłko – nie było już lamy na Wetlińskiej.
.................
Kilka lat później jechałem pociągiem ekspresowym do Warszawy. Jakaś narada, czy inny pomysł Zwierzchności. W przedziale cztery osoby. Dwie panie z pretensjami, odprasowany oficer i ja schowany za książką. Oficer tokował. Taki widać obowiązek mundur nań nakładał. Zeszło mu na sukcesy armii naszej, co to jest zwycięska.
– Bo jak przyszedł stan wojenny, to mnie - proszę pań - wysłali w Bieszczady. Taki rozkaz. Panie wiedzą – rozkaz to rozkaz. W wojsku się nie wybiera.
Z lekka, zza książki, nadstawiłem ucha. Też bym chciał z musu zawodowego pojechać w Bieszczady. Niekoniecznie z powodu stanu wojennego – może nawet zwłaszcza. Poza tym sam coś niecoś wiedziałem o komisarzach wojskowych w tak zwanym terenie. Od paru lat byłem mieszkańcem Polski B. Duże fotochromy pozwalały niepostrzeżenie zerkać na wysztyftowanego koguta.
Jego szamerunkowość z lekka się nadął zauważywszy pewne zainteresowanie u pań. Moja osoba z pewnością w ogóle go nie obchodziła.
– No i tam na końcu świata trzeba było robić porządki. I dyscyplinę, a to trudne jest. Tam drogie panie to same oryginały żyły. Obrośnięte, nieogolone, do zdjęcia w dowodzie niepodobne. Zresztą, na początku to nikt tam dowodu przy sobie nie nosił. Trzeba ich było zatrzymywać, wzywać tych co mogli tożsamość poświadczyć, a ci też dowodów nie przynosili. A śniegi to były, że strach. To czasem trzeba było po kilka dni takiego trzymać, aż ktoś z dowodem poświadczył. A tam granica tuż. I to jak ważna granica – panie wiedzą! Ważny ośrodek rządowy też tam był. Ciągłe inspekcje, kontrole i przeglądy. Ciężka była praca ...
I któregoś dnia wołają przez radio ze schroniska w górach, że pomoc potrzebna. Koniecznie ma przylecieć helikopter ratunkowy. Coś mnie tknęło. Turystów przecież nie ma, bo zakaz. Miejscowego to na takich - wiecie panie - górskich sankach by zwieźli. Pogoda była ładna, myślę sobie - proszę pań – polecę, popatrzę z góry na moje gospodarstwo. Helikopter przyleciał po mnie jak kazałem. Pilot cywil, ale po wojskowej szkole, znaczy dobry pilot. Bo najlepsze są wojskowe - proszę pań - szkoły. Ja też taką kończyłem.
Panie podziwiały pstry zbiór kolorowych kresek na mundurze. Jakieś świecidełka na wyłogach. Któraś tasiemka była pewnie za ten stan wojenny. Może nawet gwiazdka. Rycerskie oblicze promieniało poczuciem dominacji nad otoczeniem. Teraz mówił już wyraźnie do wszystkich. Każdy mógł się czegoś od niego nauczyć. Nawet zapluty cywil z książką. Zapewne obrażałem go okazywanym brakiem zainteresowania.
- Ładne te góry z góry. Lądujemy na szczycie przy schronisku. I wtedy okazało się, że ta pomoc to potrzebna jest dla ich lamy, co to ponoć zachorowała. Lama to takie duże białe zwierze. Można obejrzeć w ZOO. Wtedy się wku..., znaczy zdenerwowałem.
Teraz był już mentorski. Napompowana, poczerwieniała twarz i kilka fioletowo sinych żyłek na nosie i policzkach – oczywisty ślad głównej życiowej rozrywki. Mój ostentacyjny brak zainteresowania wyraźnie go wpieniał. Tembr przeszedł w drylową połajankę.
- To my wypruwamy sobie żyły, żeby porządek był w narodzie. Z daleka od rodzin narażamy życie dla Ojczyzny. Służymy za wymiataczy nieporządków. Nie oglądamy się na niebezpieczeństwa i nie liczymy godzin służby, a oni wzywają nas do jakiegoś prywatnego bydlaka, co to zaniemógł, żeby go państwowym samolotem dostarczyć do weterynarza ...
- Rozkazałem odlot. Wtedy pytają mnie, co mają zrobić, bo chore zwierzę w takie śniegi nie da rady zejść. No i drogie panie musiałem podjąć samodzielną decyzję.
Regulaminy takiego przypadku nie przewidziały, ale jak trzeba to oficer musi sam zdecydować.
- No i? – panie były wyraźnie zaciekawione.
- No i... skróciłem męczarnie bydlęciu, bo co ono winne?
..................
Znałem ze szczegółami koniec tej historii. Opowiedzieli mi na Wetlińskiej, kiedy jadłem to przyniesione dla lamy jabłko. Nie spodziewałem się jednak kiedykolwiek spotkać zwyrodnialca, który tego dokonał. Zaś chwalenie się tym nadal nie mieści mi się w głowie.
Resztę drogi przesiedziałem w WARS-ie.
A na Wetlińską - jak dawniej - chodzę z jabłkiem.

Zmieniony ( 15.12.2008. )
 
« poprzedni   następny »