Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Kopa? Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
Przy wspaniałej pogodzie dotarliśmy na miejsce. Wygodna płasienka nad źródłem była naszym celem. Kiedyś stawiano w tym miejscu dwa dwuosobowe namioty letniej dyżurki GOPR’u. Teraz goprowcy posiadali niżej duży namiot w znacznie wygodniejszym miejscu. Tylko do wody mieli dalej. Wielka flaga z krzyżem powiewała nad skrajem buczynowych zarośli. Było późno. Wokół wielkie przestrzenie falujących traw i widok na zębaty Krzemień. Zachodzące słońce ciepłymi barwami podkreślało jego urok. Od tyłu mieliśmy ciemny kontur Tarnicy. O tej godzinie ruch turystyczny praktycznie zamierał. Trzeba było zmykać z tych okolic przed zbliżającym się zmrokiem. Taszcząc namiot nie musieliśmy się śpieszyć1. Zapowiadał się piękny wieczór i cicha, pogodna noc.
Do namiotu wrzuciliśmy plecaki i poszliśmy dalej. Posiłek odłożyliśmy do powrotu. W samym siodle panował już cień, ale podchodząc łagodnym trawersem Krzemienia znowu wyszliśmy na słoneczne stoki. Wieczorne, pomarańczowe światło stwarzało unikalną atmosferę, zapamiętywany na całe życie koloryt. Możliwość takich spacerów w pełni nagradzała ciężar noszonego namiotu, materaców i reszty gratów.
Turyści nocujący przy obwodnicy nie mieli żadnych szans na zachwycanie się takimi obrazami. O tej porze dnia musieli już być na dole. Nawet przy takiej pogodzie powrót w doliny przez bukowy las po zmroku był nadzwyczaj niebezpieczny.
Nam było wspaniale. Chodziliśmy razem po górach od wielu lat i rozumieliśmy się niemal bez słów. Czasem przez kilka godzin szliśmy razem nie mówiąc do siebie ani słowa. Wiele - nie tylko fajnych chwil - przeżyliśmy razem i gadając później o nich wiedzieliśmy, że odczuwamy je niemal identycznie. Nie było więc powodu zakłócać wrażeń mamląc ozorami. Wystarczało spojrzenie, gest, półsłówek. Git ...
Z Halicza roztaczał się widok wręcz nieprawdopodobny. Zachodzące słońce oświetlało już tylko górne partie połonin. Reszta tonęła w szaro niebieskawym świetle. Dna dolin pokrywał już mrok. Potężny bezmiar uśpionej przestrzeni oszałamiał i wchłaniał. To wyciszało wewnętrznie. Ileż w tym było ogarniającego spokoju ...
Bezchmurne niebo i Księżyc pozwalały na nocne łażenie po połoninach. Lekki wiaterek ze wschodu gwarantował wspaniałą pogodę na całą noc i kilka najbliższych dni. Zielone za dnia fale traw teraz jawiły się w tonacjach szaro srebrnych.
Tylko głód zmusił nas do rychłego powrotu. Znów szliśmy w milczeniu. Dno wydeptanej ścieżki skrywała ciemność, ale o zabłądzeniu nie było mowy. Obydwaj znaliśmy każe skrzyżowanie ścieżek na okolicznych połoninach.
Nie pierwszy raz złapała nas noc w tych okolicach. Nawet pochmurną nocą z wątłą latarką zdarzało się nam tędy chodzić. Tylko grzbietu Krzemienia, między skałami należało unikać. Tego jednak nie planowaliśmy. Wiatr zupełnie ustał. Zapadła głęboka cisza.
W górach nie ma miejskiego gwaru, ale zwykle nie jest zupełnie cicho. Turyści robią trochę wrzawy, ale i tak wiatr nadaje najgłośniej. Szum wielkich traw bywa całkiem spory. Nie tylko wiatr w nich szumi. One same ocierając się o siebie też wydają dźwięki. Do tego świergot ptactwa. Miejskie ucho tego nie rejestruje jako hałas, ale w taki wieczór kiedy umilkną ostatnie ptaki, cisza staje się wręcz przeraźliwa. I dopiero to właśnie się zauważa. Byliśmy już dość nisko między Haliczem, Krzemieniem i Kopą Bukowską kiedy zupełnie obcy dźwięk zwrócił naszą uwagę.
W ciszy usłyszeliśmy ludzkie głosy. Kilka osób spokojnie rozmawiało. Nie dało się ich jednak wypatrzeć. Stanęliśmy by posłuchać, ale na szlaku nikogo nie było ani z przodu, ani z tyłu. Rozwidleń szlaku w tym miejscu także nie było. Szczyty widoczne były już tylko konturowo na tle granatowiejącego nieba.
I tylko dzięki temu dostrzegłem ich. Szli niespiesznie po grańce Kopy Bukowskiej. Ścieżka tam była, ale po jaką ciężką a niespodziewaną zeszli ze szlaku i chodzą przy gęstniejących ciemnościach pomiędzy skałkami? Może tacy sami jak my wyrypiarze? Może - tak jak my, postawili gdzieś w okolicy swój namiot? Warto poczekać i zawrzeć znajomość.
Doszliśmy do miejsca, gdzie nikła ścieżka z Kopy łączy się ze znakowanym szlakiem i spokojnie czekaliśmy. Zeszli niżej i zniknęli nam z oczu, ale głosy słychać było coraz wyraźniej. Po dłuższej chwili nadeszli.
To byli jednodniowi spacerowicze. Wprawne oko ocenia to bezbłędnie w kilka sekund. Ubrani na letni spacer przy dobrej pogodzie, ale nie na nocne, dalekie eskapady. Trampki, krótkie spodnie, lekkie koszule i małe chlebaczki. Dwoje dorosłych i nastoletnie pacholę. Żadne nie miało kurtki czy choćby swetra. Pełna ceperiada.
-Cześć.
-Cześć ... !?
Ubrani nie jaskrawo, oczekiwaliśmy ich w ciszy, więc nie zauważyli nas wcześniej i sądząc z intonacji odpowiedzi, nasz widok mocno ich chyba zaskoczył, ale na pewno nie wystraszył, co w takiej głuszy nie byłoby wcale dziwne nocą. Zwłaszcza dla ewidentnych mieszczuchów.
-I co tam słychać na Kopie Bukowskiej? – spytałem grzecznie ale sondażowo.
-My byliśmy na Krzemieniu. Nie wiemy co słychać na kopie. – rezolutny damski głos wskazywał na znaczną pewność siebie - A gdzie jest ta kopa bykowska ...?
Wszystko natychmiast stało się jasne – zgubili drogę, nie znają podstawowych nazw topograficznych. Odejście wąskiej, rzadko „chodzonej” ścieżynki na Kopę wzięli za główny szlak i wleźli na tą niewielką, ale charakterystyczną kulminację. Na szczęście przy dobrej pogodzie nic im do tej pory nie groziło. Pytanie jednak – co dalej zamierzają?
-Krzemień macie państwo jeszcze przed sobą. Teraz zeszliście z Kopy Bukowskiej.
-!? ....
-Jeśli nie wydaję się państwu zbyt wścibski, chciałbym spytać - dokąd chcecie iść dalej?
Mężczyzna fukał gniewnie szukając mapy w kieszeni, ale kobieta była bardziej ugodowa.
-To naprawdę nie był Krzemień? Jest pan pewien? My mamy mapę i tam jest napisane - Krzemień.
Podeszła do mężczyzny i w świetle małej latarki szukali na mapie. Wskazałem im istotne różnice obydwu szczytów, zresztą dobrze widoczne na ich mapie i zwątpili w swoje wcześniejsze rozpoznanie.
Mój partner jak zwykle w takich sytuacjach wolał zachować milczenie. Miał dużo wyobraźni i takie „drobne” pomyłki widział zawsze jako początek wielkich nieszczęść. Zwykle zresztą miewał rację, ale nazbyt sugestywnie swych racji dochodził i głównie z tego powodu bywało później niesympatycznie. Gdybym to jednak ja nie miał racji, wtrąciłby się z pewnością.
-Zapewniamy państwa, że się nie mylimy. Za kilka minut dojdziemy do rozwidlenia na Krzemień i tam państwo uwierzą ostatecznie.
Rzeczywiście uwierzyli. Nie trzeba ich było mocno przekonywać o konieczności darowania sobie nocnego spaceru po grzebieniu wielkich głazów. Na szczęście w świetle Księżyca wydawały się jeszcze groźniejsze niż w rzeczywistości były.
Dość wolno opuszczaliśmy się wielkim trawersem. Mimo nieskomplikowanej drogi nie dało się iść szybko. Jasna, pogodna noc daje jednak znacznie mniej światła niż pochmurny nawet dzień. Zwłaszcza, że Księżyc świecił nam w plecy i sami zacienialiśmy drogę przed sobą.
Obojętnie dokąd szli nasi przygodni znajomi i tak musieliśmy iść w tą samą stronę. Innej drogi nie było. W dalszym ciągu nie wiedzieliśmy dokąd zamierzają dotrzeć.
Najrozsądniej dla nich byłoby przespać się u goprowców i rano zejść na dół. Mogliśmy ich tam doprowadzić bez żadnej fatygi. Namiot GOPR-owski był wielki i zawsze mieli kilka wolnych pryczy. Nic by ich to nie kosztowało, poza mało znaczącą chwilą przyznania się do zabłądzenia – ot wszystko. Uparli się jednak iść dalej. Żadne argumenty nie skutkowały. Ich latarka świeciła coraz słabiej.
-Może zgasi pan tą latarkę. Macie przed sobą ponad trzy godziny drogi. Tu jest widno, ale w lesie będzie naprawdę ciemno. Tam przyda się bardziej.
-Ja wiem co robię i żadnych rad nie potrzebujemy.
Cholera, przecież gdyby nas nie spotkali, wleźliby na Krzemień biorąc go za Szeroki Wierch i zamiast na Ustrzyki poszliby przez Bukowe Berdo na Pszczeliny.
Pomijając już wielki kawał dodatkowej drogi, nie przeszliby nocą tych dwóch wielkich grzebieni bez wypadku. Nawet przy tak dobrym świetle Księżyca nie mieliby szans na uniknięcie co najmniej powykręcania nóg. Włos się jeżył na myśl – jakiego koszmaru uniknęli dzięki spotkaniu nas. Czy jednak był sens uświadamiania im tego?
Byliśmy przy charakterystycznej kępie buczyn.
-Tu w lewo jest stacja GOPR’u. Trzy minuty drogi. Można przenocować i rano bezpiecznie zejść na dół. – raczej informowałem niż próbowałem przekonywać. Mnie też zaczynała ciążyć ta przygodna znajomość.
Nie odpowiedzieli nawet. W kilka chwil później doszliśmy do naszego namiotu.
-To nasz namiot, tu zostajemy - mój partner odezwał się po raz pierwszy od spotkania zabłąkanych osób.
Zdawałem sobie sprawę, że za kilkanaście minut dojdą do rozwidlenia ścieżek na przełęczy i znów mogą źle wybrać, ale miałem dość.
Kobieta zawahała się. Chciała coś powiedzieć - może podziękować albo pożegnać się? Bufoniasty facet pociągnął ją jednak za sobą i bez słowa poszli dalej. Dzieciak też się nie odezwał.
Mocno głodni montowaliśmy po ciemku późną kolację. Niebieskawe światło ze szczelin kochera nic nie oświetlało. Wskazywało tylko miejsce ustawienia kuchenki. W zamkniętym namiocie palił się mały świeczkowy lampion. Suszył wnętrze, ale na zewnątrz jego światło nie docierało. Pokrywa menażki odbijała sine światło Księżyca. A może to połączone światło rozgwieżdżonego nieba lśniło na aluminiowym deklu. W milczeniu wsuwaliśmy wielkie pajdy chleba z domowym smalcem.
...................
Wiedziałem co chodzi po głowie mojemu koledze. Mnie też to męczyło, ale dalsza pomoc napotkanym ludziom byłaby natręctwem. Już to co dotąd zrobiliśmy, mogło by być tak traktowane i facet chyba tak to właśnie widział.
Co ignorant może wiedzieć o nadchodzących niebezpieczeństwach? On ich po prostu nie dostrzega, bo z braku doświadczeń nie spodziewa się ich nadejścia.
Mieszając się w nie nasze sprawy, podkopaliśmy mu autorytet głowy rodziny – przywódcy stada. To, że nasze działanie wynikało wyłącznie z ludzkiej życzliwości, wcale nie musiało być oceniane pozytywnie. Indywidualny obiektywizm oceny bywa bardzo subiektywny właśnie dlatego, że jest indywidualny. Dodatkowo jeszcze, w tym wypadku dotyczył okoliczności związanych z osobistą porażą.
Kiedyś tam pływałem wyczynowo i na obowiązkowym kursie ratownictwa wodnego psycholog wyjaśniał nam naturalność braku wdzięczności uratowanego dla osoby ratownika. Należy się spodziewać raczej wrogości - tłumaczył. Ratujący topielca jest bowiem bezpośrednim świadkiem jego słabości. To własny wstyd nastawia negatywnie do wybawcy. Jakież to podobne ...
Każdy zdrowy człowiek umie chodzić, ale chodzenie po parku miejskim tym się różni od chodzenia po górach, czym taplanie się w brodziku od pływania po otwartych akwenach. Tyle, że brodzik ogrodzony jest bojami i linką z pływakami a wchodząc w góry nie trzeba przekraczać żadnej wyznaczonej linii.
.....................
Wreszcie kumpel nie wytrzymał:
-A może powinniśmy ich sprowadzić choćby do granicy lasu?
-A może kopa chcesz?
Nie chciał.
 
Zmieniony ( 15.12.2008. )
 
« poprzedni   następny »