Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Dzwonki na śniegu Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
W nocy był pewnie mocny mróz, bo poranne słońce wspaniale iskrzyło na śniegu. Na niebie nie było ani jednej chmurki i to nastrajało pozytywnie do wcześniejszych planów. Rozłożyste, drewniane schronisko1 opuszczaliśmy więc w dobrych humorach. Stara, obszerna stanica wojskowa zbudowana z drewna, teraz przerobiona na schronisko służyła wyśmienicie, ale po wygodnym i ciepłym noclegu, przyzwoitym śniadaniu, przy niemal bezwietrznej pogodzie i bezchmurnym niebie - trudno usiedzieć na miejscu. Dopiero następnego dnia czekały nas poważne, wszak przyjemne obowiązki.
W recepcji siedział nasz stary znajomy – Lutek Pińczuk:
-Umówiłem się na wieczór z dziewczyną i nie mam ochoty szukać ceperstwa po górach. O której wrócicie?
....................................
Wśród jednostajnego szumu wiatru słychać było jakby dzwoneczki. Nie dzwonki właśnie a dzwoneczki. Dźwięki nie były pojedyncze czy nawet grupowe. To brzmiało tak jakby dźwięk niezliczonej ilości miniaturowych dzwoneczków docierał do nas z dużej odległości.
Wystawiliśmy w końcu głowy powyżej uskoku i sprawa się wyjaśniła natychmiast. Wiało tam opętańczo. Dosłownie zapierało dech. Wiatr nie wiał wcale od północy, jak dotąd sądziliśmy, ale od północnego wschodu i dopiero w tym miejscu wychodziliśmy mu bezpośrednio naprzeciw. Żeby w ogóle można było oddychać, musieliśmy zasłonić sobie usta.
Spod zbitej wiatrem warstwy śniegu wystawały czubki zeszłorocznych traw. W wiechetkowych czubkach tych traw tkwiły niezliczone podłużne kawałeczki lodu. Nie były to sople, ale stosunkowo grube, poziome igły o bardzo ostrych czubkach na obydwu końcach. Były zupełnie przezroczyste i w każdej z nich zamarzł kawałeczek wiechetki. Wyglądało to na zamarzniętą podczas mroźnego wiatru mgłę - szadź, którą zeszklił nocny mróz. Tych igieł mieliśmy w zasięgu wzroku setki tysięcy a może miliony. To one właśnie powiewając na wietrze dzwoniły uderzając o siebie. Ponieważ wiatr był niezwykle silny i jednostajny, uczepione wystających traw igły lodu powiewały tuż nad powierzchnią śniegu i dzwoniły. Wiatr kręcący lub porywisty zapewne by je zgruchotał.
....................................
Nie spodziewaliśmy się nawet, jaka to będzie frajda. Kiedy obchodząc kulminację Tarnicy doszliśmy już dość daleko, ustawiliśmy się plecami do wiatru i wychylając się do tyłu, poszukaliśmy kąta równowagi. Trochę strasznie było wychylać się na wielką stromiznę góry. Gdyby nagle wiatr „zdechł” polecielibyśmy po stromiźnie na sam dół połoniny bez szans na samodzielne zatrzymanie się. Dopiero gęsta buczyna na dole mogłaby nas wyhamować. Zważywszy wielkość nachylenia i długość drogi rozpędzania się po śniegu, nie byłoby co zbierać.
Wiatr cały czas trzymał równo i mocno. Kąt równowagi był jednak przerażająco duży. Byliśmy ustawieni niemal prostopadle do nachylonego stoku. Znalazłszy się w takim punkcie równowagi uzyskaliśmy pozorny stan nieważkości. Teraz wystarczyło tylko przebierać nogami i wiatr sam wynosił nas na górę.
Dopiero na samym szczycie okazało się z jaką szybkością wiatr nas windował. Upadliśmy obydwaj. Wrażenia były rewelacyjne.

................................
Zjazd na tyłku i z jedną wyprostowaną nogą to jest zabawa zawsze niebezpieczna. Nigdy do końca nie panuje się nad kierunkiem zjazdu. Metody hamowania też nie są pewne. Zazwyczaj można, przy dużej wprawie, tylko nieco zwolnić. O całkowitym zatrzymaniu się na stromiźnie, w ogóle nie ma mowy. Głaz, słupek, drzewo czy bezśnieżna połać na drodze zwykle nie dają się ominąć i kontuzja jest nieunikniona. Z powodu szybkości pokonywania stromizn w dół wielu wyrypiarzy podejmuje jednak takie ryzyko.
......................................
Wchodząc w buczynowe zarośla a następnie w las trafiliśmy na gruby i miękki śnieg. Im niżej schodziliśmy tym gorzej i wolniej się szło. Bezdroże w dziewiczym lesie liściastym sprawiało coraz więcej trudności. Szukanie słabo wydeptanej ścieżki letniej nie miało jakiegokolwiek sensu. Kluczyła ona bowiem między drzewami wskroś bocznych stromizn i była dokładnie tak samo zasypana jak cały las. Poza tym szlaki turystyczne i leśne drogi są zimą choćby rzadko, ale jednak używane i w związku z tym czasami trochę przetarte. Na bezdrożach nie można liczyć na takie ułatwienia.
................................
Liczne strumyczki, które latem przekracza się jednym krokiem, zmieniły się teraz w wartkie i szerokie potoki. Topniejące masy śniegu musiały jakoś spłynąć. Co chwila więc trafialiśmy w widły spienionych cieków i szukaliśmy miejsca na udany skok przez wodę. Im niżej, tym mniej takich wideł, ale trzeba było coraz dalej skakać.
Wpadnięcie do wody przy kilkustopniowym mrozie jest zawsze groźne. Nie wiedzieliśmy dokładnie, jak daleko od schroniska jesteśmy. Ewentualna kąpiel mogła skończyć się bardzo źle. Przyszedł wiec w sposób nieunikniony taki moment, że trzeba było pójść pod górę dla znalezienia węższej przeprawy. Potem przyszedł drugi taki moment i szybko po nim trzeci.
..................................
Z każdą chwilą robiło się ciemniej i coraz trudniej było omijać niezliczone przeszkody. Stojąc przed kolejną przeprawą postanowiliśmy zaraz za nią szukać miejsca na biwak. Jakiś szałas udałoby się zbudować z gałęzi. Rozpalenie ogniska nie było żadnym problemem.
....................................
Wtedy właśnie wpadłem do wody. Tylko jedną nogą, ale za to powyżej kolana. Teraz nawet nocny biwak w szałasie nie wchodził w rachubę. Trzeba było ciągle iść i to bez jakiejkolwiek przerwy, choćby dla krótkiego odpoczynku. Nie musieliśmy sobie tego wyjaśniać. Obydwaj wiedzieliśmy to bez konieczności naradzania się.
.......................................
Wreszcie skrajnie wyczerpani wyszliśmy nad szeroką i oświetloną księżycem rzekę. Oczywiście mostu tam nie było, ale za wodą widniała znajoma droga, po której w ciągu niecałej godziny można było dojść do naszego ciepłego schroniska. Kiedy doszedłem, kolega już patrzył pytająco w moją stronę. Spojrzenia w panującym mroku nie widziałem, ale odwrócony był do mnie, więc o cóż innego mogło mu chodzić?
Wzruszyłem tylko ramionami, podniosłem z ziemi mocny kij i macając nim dno przed sobą wlazłem do lodowatej wody. Przeszliśmy powoli, ale bez upadku.
Po ślamazarnym tempie marszu w lesie zasuwaliśmy teraz drogą jakbyśmy dostali nowe motorki. Obydwaj trzęśliśmy się z zimna jak w febrze, ale każdy krok przybliżał do zbawczego ciepła.
.......................................
Wzrok Lutka nie był przyjazny. Jego dziewczyna też miała dla nas kilka niemych uwag, ale natychmiast pomogli nam rozebrać się i wsadzili pod gorące prysznice. Jedyny raz w życiu piłem wtedy pod prysznicem herbatę z prądem. Do parzących ręce kubków lała się woda z prysznica. Herbata była coraz słabsza i słabsza... Ale i tak działała...
Jeszcze szarpani drgawkami skandowaliśmy w kółko i bez końca w jambicznym rytmie:
„Pod Au..., pod Au..., pod Austerlitz,
Dostawaliśmy w kość, i nie mówiliśmy nic,
Bo taką naturę od Boga już mamy,
Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy.

Pod Au..., pod Au..., pod Austerlitz....”
Dostawaliśmy...

Całość przeczytać można w zbiorze opowiadań "Lama i inne opowieści".

 
« poprzedni   następny »