Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Dzieńdobry - biedronko ! Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
15.12.2008.
Na wczasach w zakładowym ośrodku wypoczynkowym czas płynie leniwie i zwykle wprost wieje nudą. Teraz było tak samo. Sierpniowe upały nie pozwalały na długie wędrówki po olbrzymich i suchych okolicznych lasach.
Prawie wszyscy wczasowicze regularnie smażyli się na słońcu nad brzegiem jeziora. Od śniadania do obiadu i od obiadu do kolacji ośrodkowa przystań gromadziła prawie komplet. Ledwie zauważalne podmuchy wiatru przymarszczały wodę tylko z rzadka. Solidny choć już starszawy pomost uginał się pod ciężarem tych co to lubią brąz.
Jedynie pomarańczowo ukoszulkowany ratownik nie miał wytchnienia. Od świtu do nocy towarzystwo taplało się z braku innego zajęcia. Ponad setka ludzi wytrwale mieszała wodę z mułem dennym niewielkiego kąpieliska. Gdyby nie opętańcze wrzaski dzieciarni i dudnienie głośnej muzyki można by zasnąć z nudów.
Rowery wodne i kajaki zamawiało się z wyprzedzeniem doby, natomiast wędkarze zapisywali się na łódki na kilka dni wcześniej. Łowili wyłącznie o świcie. Później ryby chyba też zasypiały.
Piękne i rozległe jezioro było jedynym ratunkiem przy takiej pogodzie. Zwiedziłem już każdy jego zakątek. Zresztą znałem je wyśmienicie. Od kilku lat spędzaliśmy wczasy w tym ośrodku. Dla rodzin z małymi dziećmi samo jego położenie w lasach i nad jeziorem stwarzało wspaniałe warunki.
W latach licealnych pływałem wyczynowo z jakimiś tam wynikami, więc natychmiast po wejściu do wody wypływałem na jezioro. Długie wypatrywanie na wodzie głowy w żółtym czepku z czarnym paskiem męczyło małżonkę, ale zbytnio nie protestowała. Nawet sama zabierała lornetkę nad wodę.
Prawdę powiedziawszy, stuprocentowego bezpieczeństwa w czasie takiego pływania nie ma nigdy, ale bardzo to lubiłem. Robiłem więc dwa razy dziennie długie dystanse zważając jedynie by być widocznym z ośrodkowej plaży. Po wielu miesiącach spędzonych za biurkiem i na niszczących zdrowie naradach, takie pływanie było świetnym relaksem.
Po odpłynięciu od kąpieliska prawie natychmiast robiło się cicho i spokojnie. Powolna „turystyczna żabka” niemal nie męczyła. Można było rozglądać się do woli. Woda była ciepła a słońce nastrajało pozytywnie do życia. Przy słabiutkim wietrze niewielka fala była niezmiernie długa i prawie nie wyczuwalna.
Ponieważ przez jezioro przepływała mała struga, miało ono dość zimne choć niezbyt szerokie prądy. Przy wietrznej pogodzie zwykle się ich nie zauważało bo intensywnie mieszały się z resztą wody. W czasie znojnych upałów mogły sprawić przykre niespodzianki. Po kilku dniach pamiętałem dokładnie gdzie się ich spodziewać i przepływałem je na plecach.
Tego dnia było wyjątkowo cicho na wodzie. Tworzona przeze mnie fala dobiegała do brzegów odległych o setki metrów. W pewnym momencie spostrzegłem na wodzie pływający suchy listek a na nim siedzącą maleńką biedronkę. Tylko taka bezwietrzna pogoda i idealnie gładka powierzchnia wody pozwalała na coś takiego. Przy normalnej pogodzie listek już dawno zostałby rozmoczony i pochłonęły by go wody jeziora.
Opłynąłem biedronkę siedzącą na listku. Nie chciałem zniszczyć tej drobnej istoty, powiedziałem jej – Dzień Dobry i oddaliłem się bardzo spokojnie, aby nie zatopić jej tratwy. Była chyba zmęczona, bo nie odfrunęła z rozkołysanego listka. Rozłożyła tylko skrzydełka, pewnie dla zachowania równowagi. A może tak właśnie odpowiadała na moje pozdrowienie.
Z jeziora wróciłem tuż przed obiadem. Przy obiedzie spotkałem kierowniczkę ośrodka i umówiliśmy się na popołudniowe pływanie. Marysia też była posiadaczką „żółtego czepka”, ale nie lubiła sama daleko wypływać. Zagoniona rozlicznymi obowiązkami ledwie co kilka dni pozwalała sobie na godzinne pływanie i to dopiero wieczorem. Zwykle - dla bezpieczeństwa, obok niej pływał ktoś na kajaku, ale w ostatnich dniach trudno było doczekać się czegoś wolnego do pływania.
Marysia wiedziała o moich uprawnieniach ratowniczych i kilka razy już pływaliśmy po odległych zakątkach jeziora. Tym razem też zaplanowaliśmy dalszy dystans.
Fajnie płynęło się we dwójkę. Oplotkowaliśmy więc wszystkich znajomych i Maria nagle zagadnęła:
-A morze byśmy zorganizowali spływ?
Sporo ważnych rzeczy w firmie zależało wtedy od moich decyzji i Maria chyba nie bez powodu umówiła się ze mną na to pływanie. Rzeka była zaledwie o kilka kilometrów, ale zorganizować ... To oznaczało koszty.
-Pomysł jest fajny, kajaki mamy. Jak jednak wywieziemy je na rzekę?
-Już gadałam z jednym rolnikiem. Odbiera odpadki ze stołówki i nie odmówi. Tylko nie wiem jak zabezpieczyć te skorupy przed zniszczeniem w transporcie. Drogi są wyboiste. Jak połamiemy kajaki to wczasowicze mnie rozszarpią.
Milczeliśmy przez chwilę. Plastikowe kajaki są odporne na wodę, ale wiezione na przyczepie po leśnych wybojach łatwo pękają.
Sprytna Maria miała chyba już kompletny plan działania, ale odpowiedzialnością wolała się podzielić. Kajaki to pestka, ale jak przewieźć ludzi na start i po spływie z powrotem do ośrodka? Nie widziałem jednak żadnego powodu by przeszkadzać pomysłowi. Warto wyciągnąć pomocną dłoń jeśli nawet będzie trochę trudności do pokonania.
-Marysiu, czy ten rolnik ma słomę w balotach?
-Pewnie że ma. Po żniwach?
-No to wyłoży się dwie przyczepy balotami, kajaki owiążemy linkami i przy spokojnej jeździe powinno być dobrze. Balotów się nie będzie rozrywać. Kanister ropy można mu kupić.
-W życiu! On by nie wziął. Ludzi przewiezie się naszym Żukiem, może jeszcze ze dwa samochody wczasowiczów. Jak myślisz, będą chętni?
Teraz to ja zacząłem rozkręcać temat.
-Na pierwszy raz zrobimy to Żukiem, ale jeśli namówisz chętnych na całe dziesięć kajaków, na następny turnus przyślę Ci zakładowy autobus na cały dzień. A jak będzie za dużo chętnych to zrobisz dwa spływy dzień po dniu.
-Ratownika mam, ty popłyniesz – dwóch na dziesięć kajaków wystarczy, ale jak zostawić na cały dzień kąpielisko bez ratownika.
To był ten najważniejszy problem i ktoś musiał go rozwiązać. Gdyby pod nieobecność ratownika w czasie tego spływu ktoś na naszym kąpielisku utonął – marny Marii los a skoro ja się zgodziłem, to i mój. Utonięcie w czasie spływu też oznaczało prokuratora.
Zuch dziewczyna – pomyślałem, ale miałem jeszcze jedną obiekcję. Rzekę znałem – nie należała do płytkich, nurt miała wyjątkowo szybki i ostre zakręty a pewnie były także zwalone w poprzek drzewa.
-Marysiu, zabierzemy kapoki dla wszystkich, ale proszę Cię przyjmuj zapisy osób wyłącznie z kartą pływacką. I koniecznie uprzedź o spodziewanych trudnościach na rzece.
-No jasne. Tylko czy będzie pogoda?
Jak już przychodzi do troski o pogodę, to oznacza koniec spraw zależnych od ludzi. Nie było co dalej roztrząsać tematu. Zresztą dopływaliśmy do naszego pomostu.
Maria już w czasie kolacji zapowiedziała spływ za kilka dni. Poprosiła też o zgodę wszystkich wczasowiczów na zamknięcie kąpieliska na ten dzień.
Zawrzało. Wszyscy chcieli płynąć. Naturalnie, zgodzili się na zamkniecie kąpieliska. Warunek karty pływackiej trochę zwarzył nastroje, ale informacja o nadzwyczajnych trudnościach na rzece zrobiła swoje. Rodzice ostro ostudzili zapał młodzieży.
Niektórzy chcieli na gwałt zdobywać kartę pływacką u ratownika. Ten jednak, wyraźnie przygotowany na tą rozmowę, podniósł tylko bezradnie ręce.
-Właśnie mi się skończyły.
Następnego dnia już było wiadomo, że kajaków nam wystarczy. Kilka pań, pomnych w jaki sposób ich małżonkowie „zdobywali” swoje karty pływackie, wycofało udział mężów.
..............
Rzeka rzeczywiście okazała się dość wymagająca. Szczególnie dla osób przyzwyczajonych do pływania wyłącznie po wodach stojących. Szybki nurt i zaskakujące zakręty obnażyły od razu na początku marne umiejętności kilku załóg. Już samo wiosłowanie w dwójkę było powodem salw śmiechu i kilku awantur.
Kajaki wręcz obijały się o siebie i o brzegi.. Wspólnie z Marią i ratownikiem radziliśmy i pokazywaliśmy jak się to robi. Instruktaż „dożylny” zawsze jest skuteczny a dobre nawyki szybko się utrwalają.
Po niecałej godzinie wszystkie kajaki posuwały się dość sprawnie. Co prawda kilka osób trzeba było przesadzić i tak ustawić załogi, by co najmniej jedna osoba w kajaku wiedziała do czego jest wiosło. Całkiem niekumatych sadzaliśmy z przodu kajaka i radziliśmy schować wiosło. Na szczęście tak dobraliśmy trasę, że spore kłopoty zaczęły się dopiero po kilku kilometrach
Chyba nikt nie spodziewał się aż takich atrakcji. Wyjście z szybkiego zakrętu, na rwącym nurcie rzeki wprost na zwalone w poprzek wielkie drzewo wymaga bardzo szybkiej decyzji: czy przepływać przez wystające z wody gałęzie nad zatopioną częścią pnia, czy też wykorzystać lukę pod tym odcinkiem kłody, która wystaje nad wodą.
Decyzja wcale nie musi być natychmiast jednoznaczna a nurt niesie i nie ma czasu na dyskusje i spory. Zawracanie przed przeszkodą uświadamiało natychmiast nikłość ludzkich sił wobec Natury. Kajak w poprzek nurtu między gałęziami staje się niezwykle chybotliwy.
Jeszcze nie opadły emocje po jednym zwalonym drzewie, a już za kolejnym zakrętem leżało następne - oczywiście zupełnie inaczej niż poprzednie. Kilka osób nabiło sobie guza o te pniaki. Ktoś paskudnie skaleczył sobie policzek.
Na bystrzach pod mostami pisku było co nie miara. Nikt jednak nie wykopyrtnął się z kajakiem. Uznaliśmy to za wielki sukces.
Rzeka wijąca się wśród łąk i lasów o tej porze była wyjątkowo piękna. Niespotykane w suchych lasach cudne kwiaty mokrych łąk po prostu zachwycały. Trudno powiedzieć czy podziw wzbudzała ich ilość, bujność czy olbrzymia różnorodność form i barw.
Komary pocięły nas nad wyraz dostatnio. Nie zawsze można puścić wiosło by zatłuc krwiopijcę. Pęcherze na rękach miał prawie każdy. Komuś nawet zrobił się pęcherz na plecach od oparcia. Podrapani byli dosłownie wszyscy. Ponad dwadzieścia kilometrów wodnej trasy dobrze dało się każdemu we znaki.
Kto siedział przez kilka godzin bez ruchu na twardym, ten wie co najbardziej boli na spływie. Na mecie jednak zapanował radosny nastrój wspólnie pokonanych trudności i przeżytych emocji. Z dwudziestu uczestników tylko cztery osoby wcześniej pływały na spływach.
Nasz spływ udał się znakomicie. Do końca turnusu mówiło się wyłącznie o tym, a uczestnicy chodzili w glorii czegoś nadzwyczajnego. A był to tylko krótki jednodniowy spływ po rzece nie należącej do najsławniejszych pod względem turystycznym.
Na każdym turnusie do końca sezonu organizowaliśmy spływy. Od następnego sezonu we wszystkich zakładach naszej branży dobijano się o miejsca w naszym ośrodku. Doszło do tego, że trzeba było na kilku turnusach organizować po trzy a raz nawet cztery spływy, bo każdy zainteresowany uważał, że ma pełne prawo do udziału w spływie.
Nawet odpłatność za tą atrakcję nie zmniejszyła zainteresowania. Chętni wykupywali wczasy i od razu chcieli dopłacać za udział w spływie. Dopominali się, że w kolejnym roku chcą płynąć naszą rzeką, ale na innym odcinku. Maleńka inicjatywa rozwinęła się nadspodziewanie szybko i szeroko.
W ten sposób poznałem wraz z moimi dziećmi całą rzekę niemal od źródeł aż po samo ujście, miałem bowiem stałe zajęcie sobotnio-niedzielne jako dodatkowy ratownik. Na żadnym z tych spływów nigdy nie zdarzył się poważniejszy wypadek. Kilka utopionych zegarków i aparatów fotograficznych, jakieś ciuchy jeden kapok oraz dwa złamane wiosła, ot wszystko. Był i dorobek, jedno pospływowe wesele jak poinformowali Państwo Młodzi w zaproszeniach.
......................
Wczasy w ośrodku zakładowym wcale nie muszą być nudne, gdy ludzie są ciekawi świata.
 
 
« poprzedni   następny »