Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Dwa jaja Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Zygmunt Skibicki   
17.11.2008.
Ciekawe, że nigdy o plecakach nie mówi się inaczej niż – ciężkie. Tak to już jest. Każdy plecak uwiera i każdy mógłby być lżejszy. Odczucia w tym względzie są zupełnie niezależne od rzeczywistej wagi bagażu. Kogo bym nie spytał, zgadza się z tą tezą.
Tak więc podchodziliśmy od dłuższego czasu na pokaźną górę. Polna droga nie pozwalała zabłądzić. Mało wozów tędy jeździło, bo płytkie koleiny prawie zarosły puszczającą się już trawą. Dokładnie natomiast wydeptana wzdłuż drogi ścieżka wskazywała, że tam na górze ktoś jednak mieszka.
..................................................
Wysoko położone łąki podzielone liniami żerdziowych płotów wskazywały, że nie są bezpańskie. Za skłonem stoku, niezbyt daleko od drogi ukazała się nam mała zagroda. Niewielki kawałek pola przy domu był zaorany. Z komina ulatywał dym, wiec pewnie gdzieś w pobliżu byli jego mieszkańcy.
-Słuchajcie, a może kupimy u nich jakieś jajka i chleb. – dziewczyny zwykle miewają dobre pomysły, gdy alternatywą jest ostry marsz z plecakami.
..................................................
Ponieważ dobrze rozumiałem gwarę góralską i zupełnie nieźle potrafiłem nią mówić, to na mnie trafiło pójść po zakupy. Na wszelki wypadek zabrałem jedną z koleżanek. Dziewczyny zwykle wzbudzają mniej obaw. Ta, z którą poszedłem, miała wyjątkowo dobrotliwą twarz. Plecaki zostawiliśmy.
..................................................
Największy w tej izbie był lekko okopcony piec ulepiony z gliny i pobielony wapnem. Zajmował prawie jedną czwartą pomieszczenia. Jego komin trafiał wprost w kalenicę dachu. Sufit istniał tylko w połowie a dalej widoczne były krokwie i poszycie. Na piecu i w zagłębieniach komina znajdowało się kilka żeliwnych garnków i innych sprzętów.
W kilku skansenach oglądałem takie piece, ale wejście do zamieszkiwanego domu jakby z innej epoki zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Oszołomieni wyglądem wnętrza staliśmy więc obydwoje bez słowa. Robiło się niezręcznie.
Kobieta wskazała ławę:
-Siednijcie i pockojcie kwilke.- wyszła na zewnątrz nie zamykając drzwi.
Zostaliśmy sami i rozejrzeliśmy się już bez skrępowania. W dwóch rogach były prymitywne posłania. Kołek wbity w polepę i od niego dwie grube żerdzie do ścian. Krótkie żerdki na nich zamykały konstrukcję. Na tym z kolei leżała zmierzwiona słoma i kilka leciwych owczych skór. Pod jednym z tych posłań leżała kupa mocno porośniętych ziemniaków. W czwartym rogu stał wsparty na krzyżakach toporny stół oraz wskazana przez kobietę wyślizgana ława. Za stołem pod ścianą stała okuta skrzynia z pociemniałych desek. Na ścianach tylko dwie półki z drobiazgami i jeden święty obrazek nad posłaniem. Za obrazek zatknięta wiązka zeschniętych badyli. Ubóstwo gospodarzy było przerażające.
................................
I był to najdziwniejszy obiad w moim życiu: dwie puszki tuszonki, dwa jaja, puszka śledzia w tomacie, dwa kilo chleba i niecałe dwa litry żętycy. Gaździna ugotowała jeszcze garnek ziemniaków, które po namyśle pozwoliła dziewczynom obrać, ale skończyło się na tym, że zabrała im nóż.
-Wy miatowe za grubo łobirocie, a świni ni mom.
I tym posiłkiem najadło się dwanaścioro młodych ludzi i jedna starsza kobieta. Zostało jeszcze trochę dla jej męża, który miał wrócić wieczorem. Nigdy bym w to nie uwierzył, gdybym nie wychodził z tej zagrody najedzony.
Gaździna pożegnała nas znakiem krzyża i na pewno nie był to odruchowy gest.
..................
Ilekroć widzę stragany zakopiańskich wydrwigroszów i ich samych poprzebieranych w brudne, cyfrowane portki i śmierdzących przepoconą, nie praną owczą wełną, wspominam tamtą gaździnę.
-Co tys dutki z ludzi robiom?

Całość przeczytać można w zbiorze opowiadań "Lama i inne opowieści".
Zmieniony ( 17.11.2008. )
 
« poprzedni   następny »