Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

STG z Dziećmi na Chochołowskiej - czerwiec 2008

 

2008.06.18
Po kilku godzinach jazdy docieramy wreszcie po 19-tej na Siwą Polanę, gdzie oczywiście o tak późnej porze nie działa już nic: ani parking, na którym chcąc nie chcąc i tak zostawiamy samochód oraz bramka parkowa, którą po prostu omijamy. Po szybkim telefonie zabiera nas i całe mnóstwo naszych gratów usłużny kierowca schroniska. Meldujemy się po dwudziestej i z dań kolacyjnych dostępna nam okazuje się jedynie… czekolada. Dobre i to.

2008.06.19
Śniadanie o ósmej, bo tak działa schroniskowa kuchnia. Pogoda całkiem znośna, więc szybko pokujemy plecaki wycieczkowe i… zmykamy.
Schodzimy aż do Ścieżki nad Reglamii nią wchodzimy na Przełęcz Kominiarską skąd schodzimy do Niżnej Kominiarskiej Polany,

dalej Doliną Lejową do Bramki Między Ściany, Drogą pod Reglami do Siwej Polany na samym dole Doliny Chochołowskiej. Na bramce parkowej obsługiwanej przez przedstawiciela Związku Gmin w Witowie kupujemy bilet wstępu – oczywiście jedyny dostępny, jednodniowy, ale ponoć dopóki nie wyjdziemy z parku, to on nam wystarczy – „Polska to jets dziwna kraj!”
Nogi dostały w ten pierwszy dzień mocno „popalić” i korzystamy z turystycznego „pociągu” na Polanę Hucisko, skąd powolutku, ale bez zatrzymywania się dociągamy do schroniska. Zasłużony obiad znika z talerzy i coś jakby zapachniało popołudniową drzemką…

1.
big1269.jpg
2.
big1281.jpg
3.
big1314.jpg
4.
big1340.jpg

2008.06.20
Pogoda jak drut. Szybkie śniadanie i zmykamy w Starorobociańską… całą. Im wyżej tym fajniejsze widoki – sporo śniegu zalega w żlebach.

Wytaskujemy się na Siwą Przełęcz w pełnym słońcu, więc zlani potem, ale już za chwilę niebo zakrywają podejrzane chmury, a po niecałej godzinie leje jak diabli. Na szczęście tyleż intensywnie co krótko. Zanim opuścimy szczytowe hale Ornaku, kurtki wysychają i na powrót lądują w plecakach.
Do schroniska docieramy na „ostatnich nogach”.

Zaczynamy posiłek od piwa i od razu okazuje się, że przyjechał właśnie Artur z Piotrusiem – robimy plany na następny dzień. Po obiedzie prysznic i… drzemka, bo „motorki” okazują się mocno zdewastowane.

2008.06.21
Nadal piękna pogoda. Idziemy na Trzydniowiański i Kończysty.

W dolnej części towarzyszy nam starszawy Góral idący z siekierą do pracy w lesie – gaduła z grupy tych „niemilknących”, więc oddychamy z ulgą, gdy nasze drogi wreszcie się rozchodzą.
Zaczynają dokuczać wielkie ilości much - idziemy dosłownie w ich chmurze. Co chwila któraś siada na nie osłoniętej skórze. Gdy odkładamy kijki i siadamy wszystko staje się w miarę jasne - muszyska obsiadają przepocone rączki kijków. Widać głodne i spragnione tych z potem wydzielanych drobin białkowych. Oczywiście siadają także na całym ciele a niektóre kąsają boleśnie.
Na Kończystym wieje tak zimny wiatr, że zakładamy kurtki. Po krótkim odpoczynku wracamy znów na Trzydniowiański.
Schodzimy przez Krowi Żleb – pamiętałem z dawnych lat, że to dość kiepski pomysł, ale nie że aż tak kiepski. Trochę gonią nas ciemne chmury i narastająca duchota – wprost śmierdzi ulewą, ale jakoś rozłazi się to wszystko „bokami”.

Źle jednak będziemy wspominali potworne zejście przez przerąbaną, lecz nie wykarczowaną kosówkę a później przez strasznie stromy las po koszmarnych „schodach” - chyba po raz ostatni w życiu zdecydowałem się na tę drogę.
Podczas obiadu docierają Monika z Rafałem. Robimy plany na kolejny dzień. W schronisku robi się tłocznie – pierwszy dzień wakacji…

2008.06.22
Kto By się spodziewał takiej pogody? Na dwa tygodnie przed naszym wyjazdem media siały przestrogi, że na południu deszcze, burze, ulewy i wszystko co złego leci z nieba…
No i psu na budę takie prognozy – jesteśmy w Tatrach piąty dzień i ciągle mamy wspaniałą pogodę. To znaczy prawie codziennie coś tam pokapie z nieba po południu, ale to takie śmieszne, przelotne deszczyki.

Dzisiejsza wycieczka na Grzesia i Rakonia także udała się nadzwyczajnie. Po wielu latach zamknięcia otwarto wejście wprost ze schroniska chochołowskiego na Przełęcz Bobrowiecką i oczywiście musieliśmy tamtędy pójść. Szlak z tej przełęczy na Grzesia jest akurat taki, że „szlag by go trafił” – wyryp kamienistym lasem wprost na górę, ale przecież nie można było sobie tego darować. Od Grzesia przez cały Długi Upłaz, Rakonia i na sam dół Doliny Wyżnej Chochołowskiej słońce paliło niemiłosiernie i wszystko co odkryte wymagało po powrocie do schroniska natychmiastowych interwencji balsamami.

Po drodze kupujemy w bacówce chochołowskiej tęgi kawał bundzu – wszystkim smakuje.
Wieczorem wyciągam linę i uczę najważniejszego węzła życia - ratowniczego, zwanego też skrajnym tatrzańskim. Po pół godzinie jest już tylko kwestia - jak szybko da się go zawiązać?

2008.06.23
Powtarzamy trasę przez Ornak, ale w zupełnie innym składzie i w drugą stronę: Starorobociańska, Iwaniacki Żleb, Przełęcz Iwaniacka, Ornak, Siwa Przełęcz i cała Starorobociańska aż do Chochołowskiej.

Pogoda nadal piękna a nawet ciężko upalna. Na Ornaku nieco nas pokropiło, ale dosłownie po pięciu minutach już zdejmowaliśmy kurtki. Zejście Starorobociańską w lejącym się na głowy słońcu nie należał do miłych. Ugotowani dobrnęliśmy do schroniska.
Ponieważ mam także podręcznik do wiązania węzłów, chłopcy układają na podłodze nawet te najbardziej skomplikowane do momentu, gdy prawie przy tym zasypiają.

2008.06.24
Artur z Piotrusiem musieli wyjechać, a my z Moniką i Rafałem powtarzamy trasę na Trzydniowiański.

Do kapliczki Papieskiej jest wszystko w porządku, ale kiedy ruszamy dalej, pogoda zaczyna się psuć. Ledwo wyszliśmy powyżej górnej granicy lasu, gdy okazało się, że bezpieczniej będzie schować aparat fotograficzny. Gdy zamykałem plecak trzeba już było wyjąć kurtkę, a gdy ją zapinałem lunęło na poważnie. W tył zwrot i wróciliśmy do schroniska. Prawdę mówiąc do schroniska dochodziliśmy już w pełnym słońcu i może trochę za wcześnie ogłosiliśmy ten odwrót. Tak czy inaczej nie zawróciliśmy już na szlak. Popołudnie przy schronisku też miało swój specyficzny urok, a unikalno nosowej melodyki okrzyku panienki z okienka:
- Ser prażony…!!! – nie zapomnimy długo.
Niestety przyszedł czas na pakowanie się, ale Rafał nadal do późna "ćwiczy linę" .

2008.06.25
7:30 spakowani ładujemy się w czwórkę do schroniskowego Poloneza i zjeżdżamy na Siwą Polanę. Żegnamy się z mglistymi planami na przyszły rok w jakichś górach... może Karkonosze, kto wie?

Dużo więcej fotek -> tu!

2008.06.26
Ogarnąłem się jako tako po tej Chochołowskiej, więc czas na podziękowania dla tych, którzy:
- mnie do tej imprezy rok temu na Głodówce namówili,
- doradzili: gdzie, jak i dlaczego,
- zmobilizowali do konkretnego działania,
- zgłosili swój udział wraz z latoroślami,
- pomogli w zorganizowaniu,
- wzięli udział.
Ponieważ wyżej wymienione grupy nie do końca pokrywają się personalnie, dziękuję każdemu z uczestników z osobna:
- Ewie, za... całość,
- Monice, za trwałość,
- Arturowi za konkretność,
- Piotrusiowi i Rafałowi za świetność.
Najważniejsze dla mnie, że chyba się podobało, bo jesteśmy wstępnie umówieni na przyszły rok.

Zapachniało Karkonoszami...!

 
« poprzedni   następny »