Strona skibicki.pl korzysta z plików cookies w celu realizacji funkcjonowania.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.

Czerwony sweterek
Wnętrze kajaka zasłane było różnymi drobiazgami. Od kilku dni nie potrafiłem nad tym zapanować. Chodząc po górach musiałem wszystko zmieścić w plecaku i to narzucało rygor porządnego pakowania. Wcale nie oznaczało to porządku w plecaku, ale w czasie przemarszów nie denerwował otaczający bałagan. Duża, w porównaniu z plecakiem, przestrzeń łódki powodowała ten rozgardiasz. Kuba był jeszcze za mały na górskie wycieczki i wymyśliłem ten spływ, aby mógł ze mną pojechać. Nie była to nasza pierwsza wyprawa kajakiem na rzekę. Mieliśmy za sobą kilka jednodniowych wypadów. Teraz przyszedł czas na dziesięciodniowy spływ o źródeł aż do ujścia.
Chłopak miał pięć lat i lubił pływać kajakiem. Z racji wieku i wzrostu jeszcze nie wiosłował, ale z tym sam dawałem sobie radę. On z kolei na biwakach pomagał z wielką ochotą. Porządek w namiocie i wokół niego był jego zajęciem i nie pozwalał mieszać się do tego. Świetnie nam było razem. Miałem wreszcie czas by z nim porozmawiać i w ogóle być. Poza urlopem czułem, że zaniedbuję dzieci.
Pomorskie rzeki wcale nie są łagodne. Wręcz odwrotnie. Po pierwsze są szybkie i bardzo kręte. Zaskakują licznymi i poważnymi urozmaiceniami. Płynąc przez podmokłe łąki mają podmyte, obrywające się brzegi. Często tuż przy brzegu są od razu głębokie. Z powodu niewielu mostów rolnicy dla wygody przerzucają przez nie piesze kładki. Od zauważenia niziutkiej kładki do koniecznego wtedy wylądowania jest zwykle tylko kilkanaście sekund czasu. Ustawienie kajaka bokiem do takiej kładki zmusza do oparcia się o nią ręką. Układ sił wyrywa wtedy kajak spod nieszczęsnego spływowicza i nic nie zatrzyma wywrotki.
Na długich odcinkach nasza rzeka przecina ogromne i słabo zaludnione Bory Tucholskie. Z dala od ludzkich osad na szybkiej i krętej rzece w lesie można spodziewać się za każdym zakrętem jakiejś niespodzianki. Najczęściej są to zwalone drzewa. Każde z nich leży w wodzie inaczej. Trzeba być bardzo skoncentrowanym, aby w ciągu kilku sekund ocenić sytuację i zdecydować o sposobie pokonania przeszkody.
Przepłynięcie pod kłodą wymaga szybkiego podpłynięcia, błyskawicznego schowania się całkiem w kajaku i natychmiastowego zajęcia miejsc dla dalszego wiosłowania. Następna przeszkoda może być dosłownie po kilkunastu metrach.
Przebicie się kajakiem wśród częściowo zatopionej korony drzewa też wymaga uwagi i ostrożności. By nie ugrzęznąć w gałęziach trzeba mocno rozpędzić kajak. Szybkość najazdu może spowodować pokaleczenie się o gałęzie. Wcale nie łatwo jest operować jednocześnie długim wiosłem, osłaniać się od gałęzi i nie stracić orientacji w nurcie rzeki.
Czasem trzeba podjąć decyzję o natychmiastowym lądowaniu przed przeszkodą. Szybkie rzeki rzadko miewają łatwe do lądowania brzegi. Przenoszenie kajaka dla ominięcia przeszkody trwa zwykle bardzo długo. Płynąc z pięciolatkiem trzeba wszystko zrobić samemu i jeszcze uważać by bąbel nie wpadł do rwącego nurtu.
Bystrza pod mostami nie są groźne, pod warunkiem że nie trafi się kajakiem w ledwo zanurzoną starą belkę filara.
Najwspanialsze są spotkania z wodnym ptactwem. Całe ptasie rodzinki uciekają przed kajakiem w przybrzeżne zarośla. Chroniąc potomstwo wspaniale kluczą próbując oszukać intruzów. Tylko spotkanie łabędzi bywa niebezpieczne z racji rozmiarów. Siedząc nisko w kajaku można przestraszyć się ogromnej rozpiętości ich skrzydeł. Zaskoczone zawsze startują pod prąd, na wprost płynącego kajaka. Kilka razy byliśmy muśnięci skrzydłami. Odruchowe zasłanianie się wiosłem niewiele pomaga.
Codziennie miewaliśmy powyżej dwudziestu takich atrakcji, toteż kolacje na nadbrzeżnych łąkach były krótkie i spało się wyśmienicie. Pogoda częściej doskwierała upałem niż dokuczała deszczem. Przeładowany kajak nie męczył zbytnio. Chwilami tylko niepokoił powolnością przy trudnych manewrach.
Pięciolatek nie był ciężki, ale gratów mieliśmy stanowczo za dużo. Za duży namiot, niepotrzebne na miękkich łąkach ciężkie materace dmuchane, za dużo ubrań, za duża butla z butanem i jeszcze kilka za. Pakując się byłem zbyt przezorny. Chciałem dobrze zabezpieczyć dziecko przed kaprysami pogody. Przesadziłem jednak.
Kuba nie dostrzegał ospałej zwrotności naszej łódki i zadowolony z życia wypatrywał kolejnych przeszkód. Siedział oczywiście z przodu i nie próbował nawet siadać twarzą do mnie. Tego nauczył się już na poprzednich spływach. Umiał prawidłowo ocenić niemal każdą przeszkodę i decydował jak ją pokonać. Dumnie wyciągał w górę obydwie rączki gdy pod jego dyktando pokonaliśmy kolejną atrakcję dnia. Też byłem dumny z zaradności malca i nie szczędziłem mu pochwał.
W młodości pływałem wyczynowo, byłem nawet ratownikiem wodnym, żółty czepek i tak dalej, więc nie bałem się byle wywrotki. Niepokoiły mnie jednak skomplikowane przeszkody. Wywrotka w takim miejscu mogła być trudna do opanowania. Kuba oczywiście umiał pływać. Czym innym jest jednak pływanie w basenie, albo po spokojnej wodzie jeziora obok ojca ratownika a zupełnie czym innym jest wywrotka na rwącej rzece wśród gałęzi nad i pod wodą. Nawet dla dobrze pływającego malca może to być skrajnie niebezpieczne.
Długo nad tym myślałem planując ten spływ i postanowiłem nie ubierać dziecka w kapok. W łatwych sytuacjach da sobie radę bez kapoka, a w trudnych miejscach może łatwo zaczepić się kapokiem o cokolwiek i spanikować. Decyzja była głęboko przemyślana, ale to wcale nie oznacza że nie miałem wątpliwości. Problem pogłębiał ten mocno obciążony kajak.
-Kuba, co byś zrobił gdyby kajak przewrócił się?
-Umiem pływać.
-Umiesz pływać w stojącej wodzie mając na sobie tylko majtki. Teraz masz na nogach trampki, spodnie i koszulę. To wszystko namoczone będzie bardzo ciężkie. Rzeka ma silny nurt i nie miałbyś żadnych szans w walce z nim.
-To co zrobić? – zaniepokojony zesztywniał chwytając się mocno burt. Do tej pory siedział spokojnie nawet przy dużych przechyłach. Widocznie uważał dotąd nasz kajak za absolutnie niewywrotny. Nie odwrócił się, ale czułem że w oczach ma strach.
-Myślę, że nie będzie to potrzebne, ale tak na wszelki wypadek powinieneś zrobić dokładnie to co teraz zrobiłeś. Przy wywrotce złap się mocno kajaka i zostań pod nim. Im bardziej się przestraszysz, tym mocniej będziesz się trzymał. Pod kajakiem będzie dużo powietrza a ja wyciągnę cię spod niego. Pamiętaj, najważniejsze to nie puścić się kajaka i wsadzić głowę do środka.
Przy wieczornej kąpieli przewróciłem na wodzie pusty kajak i obydwaj weszliśmy pod niego. Kuba był zdumiony przestronnością pod przewróconą łódką oraz tym, że w środku jest zupełnie widno. Biała poliestrowa skorupa przepuszczała dużo światła.
Teraz właśnie zbliżaliśmy się do trudnego miejsca. Półtorametrowy zeskok z progu mógł być niebezpieczny dla ciężkiej łódki. Skakaliśmy już udanie przez ten próg, ale wtedy mieliśmy niemal pusty kajak. Podczas postoju obiadowego uporządkowałem całe wnętrze. Wszystko popakowałem w woreczki i upchnąłem z przodu i z tyłu. Sprawdziłem wszystkie wieczka pudeł z prowiantem. Zadowolony z porządku pokazałem dziecku jak powinien wyglądać kajak w czasie spływu. Nie przejął się tym zbytnio i odbiliśmy. Zrobiło się trochę chłodno i Kuba ubrał sweter. Ja w czasie wiosłowania rozgrzewałem się wystarczająco.
Przed progiem jak zwykle rozpędziłem kajak z całych sił. Tym razem to był błąd. Gdybym zatrzymał się i obejrzał dalszy ciąg rzeki, pewnie nie próbowałbym skoku i przenosił graty za próg. Teraz poniżej progu leżało w rzece duże drzewo i to bardzo nietypowo bo koroną pod prąd. Zeskakując kajak zanurzył się bardzo. Nie nabrał wody, ale na chwilę całkowicie stracił sterowność. Nie miałem już szans ominąć korony drzewa. Ugrzęźliśmy w niej i to bokiem. Wszelkie próby wyrwania się z konarów nie dawały rezultatów. Nie było tam głęboko, może trochę ponad metr. Gdybym wyskoczył z kajaka, mógłbym wyprowadzić go na bok. Miałem jednak na nogach kalosze i nie chciałem ich zamoczyć. Szarpałem się więc z gałęziami dłuższą chwilę. Wreszcie zrezygnowałem i postanowiłem wysiąść. Uczepiłem się grubej gałęzi i uniosłem. To był drugi błąd. Odciążony kajak oparł się wyżej o konar a stojąc bokiem do nurtu natychmiast przechylił się i przewrócił. Zdążyłem tylko krzyknąć:
-Zostań w środku!
Stałem powyżej bioder w wodzie, tyłem do prądu rzeki. Przede mną uplątany w gałęzie leżał odwrócony kajak. Spod niego wypływały kolejne elementy naszego bagażu. Nijak nie mogłem ich łapać ponad przewróconą skorupą. Przeskoczyć przez kajak nie mogłem przez te przeklęte kalosze na nogach. Rejestrowałem tylko fakty. Woreczki i pudła odpływały niesione mocnym nurtem. Nawet nie wypływały na powierzchnię, tak się tam kotłowało. Wtedy zobaczyłem odpływający spod kajaka bezwładny czerwony kształt. W ułamku sekundy zginął mi z pola widzenia. Pociemniało mi w oczach. Sweterek Kuby był czerwony. Dalej działałem jakby poza świadomością. Wsadziłem rękę pod kajak i chwilę grzebałem oszalały z rozpaczy. Wymacałem na koniec uczepioną burty rączkę dziecka. Jednym pociągnięciem wyrwałem go na powierzchnię i kontynuując ten ruch jak lekką paczkę wyrzuciłem na brzeg. Naprawdę nie patrzyłem gdzie go rzucam. Dopiero bezwładnie lecącego obserwowałem czy doleci do brzegu. Wylądował na miękkich trawach, potoczył się i zaraz wstał.
Reszta to już była rutyna. Nie pierwszy raz wywracałem się z kajakiem. Najważniejsze rzeczy udało się wyłapać. Straciliśmy tylko trochę prowiantu. Ten czerwony kształt to była duża reklamówka z chlebem.
Kiedy wyciągałem moje wiosło z konarów zdradzieckiego drzewa, Kuba zawołał do mnie z brzegu.
-Chleb odpłynął! Widziałem, ale nie zdążyłem złapać.
Stał na brzegu ociekając wodą. Sweterek sięgał prawie do kolan. Z obwisłych rękawów lała się woda. Broda trzęsła mu się jakby miał się rozpłakać. Nie mogłem zrozumieć jego zmartwienia.
-A żyjesz?
-No.
-To jeszcze trochę pożyjesz. Z głodu się umiera długo. – nadrabiałem miną i głosem, ale ręce wolałem wsadzić do wody bo trzęsły mi się strasznie.
-Nie rozbieraj się.
Nie wiem jak to się stało, ale Kuba nie był nawet zadrapany. Przy wyrywaniu go spod wody mogłem przecież uderzyć jego głową o kajak. Wylądował na brzegu też bez uszczerbku. Odpłynęliśmy stamtąd najszybciej jak się dało. Rozglądałem się po zaroślach przy obydwu brzegach , ale niczego już nie odnalazłem. Po niecałym kilometrze wylądowaliśmy na suchej łące i tam dopiero rozbiliśmy biwak. Zapasowe ubrania były suche, koce i namiot też. Mogło być gorzej.
Przebrani trzęśliśmy się jednak obydwaj. To nie było z zimna. Tak działa adrenalina. Miałem ze sobą małą butelkę wódki żołądkowej. Wypiłem spory łyk i targany rozterką nalałem odrobinę do kubka.
- Wypij to.
- To jest wódka! – takiego przerażenia w jego oczach jeszcze nie widziałem.
- A ja jestem twój ojciec i wiem co robię. Nie otrujesz się.
Wypił jednym łykiem – jak skazaniec i siedzieliśmy już bez drgawek wśród porozkładanych mokrych gratów - ja i mój pięcioletni syn, którego właśnie poczęstowałem wódką. Ciekawe, co na to powie żona?
-Miałeś rację, pod kajakiem było dużo powietrza. - Kuba śmiał się przyciskając kamykami mokre banknoty na kocu.
 
« poprzedni   następny »